środa, 31 sierpnia 2016

Semifreddo z miodem pitnym

Miód pitny to jeden z naszych ulubionych trunków. Degustujemy, porównujemy i dodajemy do różnych deserów. 


Miód pitny w Polsce ma historię dużo dłuższą niż polska wódka. Już Piastowie raczyli się bursztynowym trunkiem. Miodosytnictwem zajmowali się głównie mnisi, którzy cierpliwie mieszali miód z wodą, podgrzewali go, dodawali drożdże i fermentowali. Po leżakowaniu, miód można doprawić dodatkowym miodem lub wyciągami ziołowo-korzennymi. W polskiej literaturze często spotykamy opisy suto zastawionych stołów i beczek miodów pitnych. Miodosytnictwo jest niesamowitą sztuką, która została nieco zapomniana. Wszystko przez wódkę, której produkcja jest prostsza i duża tańsza. 

Miody pitne to jest jednak zupełnie inny rodzaj trunku. Miody smakują tak różnie w zależności od tego gdzie leżakują, jakie mają dodatki. Stąd można znaleźć na rynku wspaniałe miodowe perełki. W sklepach z alkoholami wystarczy wspomnieć o pasiece Jaros, Miodach Polskich czy Apis. 

Najlepszym miodem do deserów jest słodki półtorak i dwójniak. Trójniak i czwórniak najlepiej sprawdzają się jako dodatki do ryb, mięs i sosów. My najbardziej lubimy jednak delektować się ich smakiem bez żadnych dodatków. 

Trójniak to dobry dodatek do deserów, który jest rzadko wykorzystywany. A jest przecież takim naszym polskim produktem. Marek Flisiński, szef kuchni restauracji Water&Wine, zainspirował nas do zrobienia tego deseru po tym jak zaserwował nam wspaniałe lody z dodatkiem lubelskiego miodu i owocami z ogrodu.. My do naszego semifreddo dodaliśmy miodu z Mazowsza i miodu pitnego z Lubelszczyzny. Dzięki dodatkowi alkoholu, semifreddo jest gładkie jak doskonałe lody i nie wymaga mieszania. Jego przygotowanie zajmuje 5 minut. Po 5 godzinach w zamrażarce deser jest gotowy.

Robienie semifreddo to dobra okazja, żeby zamrozić maliny. Wystarczy półkę zamrażarki wyłożyć papierem do pieczenia i położyć owoce tak, żeby się nie dotykały. Po 2-3 godzinach zamrożone maliny można wrzucić do woreczka strunowego i zostawić w zamrażarce do czasu, gdy będą potrzebne. 

Wpis powstał we współpracy z Cisowianka - Gotujmy Zdrowo.


Czas przygotowania: 5 minut
Czas oczekiwania: 5 godzin

Składniki:
400 ml śmietanki 36%
3 łyżki miodu (użyliśmy akacjowego)
2 łyżki trójniaka
1/2 szklanki malin 


1. Keksówkę o długości ok. 25 cm wyściełamy folią spożywczą tak, by można było nią zawinąć brzeg lodów. 

2. Śmietankę ubijamy na bitą śmietanę. Dodajemy miód i miód pitny. Chwilę miksujemy. 

3. Gotową masę wlewamy do keksówki. Przykrywamy folią. Wstawiamy do zamrażarki. 

4. Po 2 godzinach do deseru wciskamy maliny i wyrównujemy brzeg. Zostawiamy w zamrażarce na kolejne 3 godziny. 

5. Deser wyciągamy z blaszki, kroimy i serwujemy. 

wtorek, 30 sierpnia 2016

Bezglutenowe pierogi z wędzonymi rybami

Czy bezglutenowe pierogi muszą oznaczać pierogi z ciasta, którego głównym składnikiem jest gotowa mieszanka mąk bezglutenowych?

Podczas jednej z wizyt w restauracji Water&Wine w Drzewcach w menu zauważyliśmy bezglutenowe pierogi z grzybami. Przygotowaliśmy się na pierogi z ciasta gryczanego, kokosowego - coś z "nieklasyczną" mąką. Kiedy zobaczyliśmy talerze, byliśmy zaskoczeni. Szef kuchni Marek Flisiński użył plastrów kalarepy. Kalarepa ugotowana była w wodzie z dodatkiem masła. Dzięki temu nie tylko stała się miękka, ale miała wyraźny aromat. A ostatnio w Drzewcach bezglutenowe pierogi serwowane były w liściach nasturcji. 

Ta wersja pierogów jest rewelacyjna! Można eksperymentować również z innymi warzywami (buraki, biała rzodkiew). Ten pomysł pokazuje, jak bardzo jesteśmy przywiązani do klasycznej wersji tego dania zapominając, że pierogi to przecież tylko forma. 

Wpis powstał we współpracy z Cisowianka - Gotujmy zdrowo


Czas przygotowania: 15 minut
Liczba porcji: 2

Składniki:
1 kalarepa 
1 łyżka masła
500 ml wody 
szczypta soli
3 wędzone sielawy
200 g wędzonego pstrąga
1 łyżka chrzanu
1 łyżka posiekanej natki pietruszki


1. Zagotowujemy wodę z masłem i solą. 

2. Kalarepę obieramy i bardzo cienko kroimy (najlepiej użyć mandoliny, ale można zrobić to bardzo ostrym nożem).

3. Do gotującej się wody wrzucamy kalarepę i gotujemy 3 minuty. 

4. W międzyczasie przygotowujemy nadzienie. Obieramy ryby. Wkładamy do miseczki z chrzanem i natką pietruszki. Mieszamy. 

5. Miękkie plastry kalarepy nadziewamy 1 łyżeczką pasty z wędzonych ryb. Zawijamy.


środa, 24 sierpnia 2016

Dynie - odmiany, techniki, przepisy

Zaczął się sezon dyniowy i wielki festiwal dyń. Dynie to królowe babiego lata.

Przyglądamy się bacznie stronie gospodarstwa rolnego Ludwika Majlerta (klik), żeby zobaczyć co pojawiło się w sklepiku. Pojawiły się dynie - przeróżne, piękne, pękate, pomarańczowe i nieco szare, okrągłe i podłużne, makaronowe i ozdobne. Pozostaje jednak dylemat - którą dynię wybrać, która nadaje się do przygotowanie naszego ulubionego dania,  jak uprażyć pestki i co zrobić z tymi kilogramami pomarańczowego dobra?


Jak wybrać dynię? 

1. Zawsze wybieraj dynię, która wydaje się dorodna i ciężka. Najlepiej wziąć do ręki kilka dyń tego samego gatunku i porównać je. Starsze egzemplarze będą lżejsze niż te świeższe.

2. Obejrzyj dynię dokładnie. Skóra powinna być jednolita - bez pęknięć, miękkich plam, oznak pleśni.

3. Szukasz dyni idealnej do gotowania? Wybierz hokkaido. Ma miękką skórkę, która idealnie się rozgotowuje. Można zrobić z niej zupę, puree do wypieków.


Jeśli nie przeszkadza Ci obieranie, warto spróbować dyni piżmowej (butternut squash). Dynia piżmowa idealnie nadaje się do nadziewania, zapiekania, zup, ciast.

Jeśli chcesz przygotować dyniowy makaron, kup dynię makaronową. Wystarczy upiec ją w całości w 200 stopniach Celsjusza (1,5-2 kg dynię pieczemy około 90 minut). Potem przekrawmy ją na pół, wyrzucamy pestki, a makaronowy miąższ wybieramy widelcem.


wtorek, 23 sierpnia 2016

100 dni bez kawy - czy da się bez niej żyć?

Najpierw była jedna na kilka dni, potem jedna dziennie, a niedawno jedna co dwie godziny. Sześć kaw dziennie. Od 100 dni nie wypiłam ani jednej. 


Uwielbiam zapach świeżo zaparzonej kawy. Nie musi być zaparzona - zapach mielonej kawy jest jednym z moich ulubionych. Pamiętam, że jak byłam mała lubiłam wyjadać z dna filiżanki fusy po kawie mamy. Po kawach gości też mogłam wyjadać. Tak ją to denerwowało, że pierwszą rzeczą, którą robiła była zmywanie szklanek. Kawy nie piłam do 19 roku życia. Zaczynałam klasycznie - od dużego latte. Było w niej sporo mleka i wydawała się lekka. Taka wersja kawy dla początkujących i wierzących, że kawa z mlekiem jest lekka. 

Na czwartym roku studiów wyjechałam do Katalonii na erazmusa i tam odkryłam cortado. Espresso z małą ilością mleka wypijane w ulubionej kawiarni i przegryzane malutkim croissantem z czekoladą stało się moim codziennym rytuałem. Codziennie o 16 wpadałam po zajęciach z torbą pełną notatek i słownikiem angielsko-katalońskim, zamawiałam kawę i rogala, płaciłam 2 euro i siedziałam przez godzinę pisząc listy do A., plotkując z czeską koleżanką i czytając gazety.  Kiedy wyjechaliśmy na rok do USA już w pierwszym tygodniu kupiliśmy tradycyjną włoską kawiarkę. Mamy ją do dzisiaj. Teoretycznie wychodzi z niej 6 espresso, ale zwykle jedna kawiarka wystarczała na dwie kawy. 

Potem przestawiłam się na nieco mocniejszy flat white - ciągle z mlekiem, ale podwójne espresso. Pewnego dnia pokochałam kawy jednorodne. Zaczęłam pić kawę "czarną". Wcale nie była zupełnie czarna. Nie smakowała też jak pluja po turecku ze szklanki z koszyczkiem. Raz była bardzo lekka i owocowa, raz nieco kwaśna. Po rozmowie z właścicielem palarni kawy Karma (możecie przeczytać ją tutaj) zdecydowaliśmy się na zakup ręcznego młynka do kawy. Bo grubość mielenia też ma znaczenie. Dzisiaj w naszym domu mieszka elektryczny młynek do kawy (który kawy nigdy nie widział), ręczny młynek do kawy, dwie kawiarki, chemex i ekspres ciśnieniowy. 

Od pierwszego maja nie piję kawy. Żadnej. Nawet bezkofeinowej. 


środa, 17 sierpnia 2016

Zjedz Suwalszczyznę

Kuchnia województwa podlaskiego to taka kulinarna kinder niespodzianka. Kiedy wydaje Ci się, że próbowałeś już wszystkiego, trafiasz na kolejną perełkę.


Wychowywaliśmy się w Białymstoku. Jako dzieci jakoś niespecjalnie zdawaliśmy sobie sprawę z tego, co to oznacza. Nasi rodzice nie zaciągają, chociaż potrafimy wszyscy. Nikt nie śledzikuje, chociaż jak się mocno postaramy to i to nam wychodzi. Jedliśmy w domu zupełnie normalnie - kartacze, kiszka ziemniaczana, babka, wędzone sielawy, węgorze (których nie znosiłam będąc dzieckiem), sękacze, mrowiska, marcinki na specjalne okazje. Takie proste codzienne jedzenie.

Ostatnio jednak zawitaliśmy na Suwalszczyznę i trafiliśmy na kilka nowych, nieznanych nam perełek. 

Suwalszczyzna to kraina sękaczem i miodem płynąca. Sękacz to ciasto, które składa się z mąki, cukru, masła i grzesznej liczbie żółtek. Tradycyjnie sękacz piecze się nad ogniskiem, a ciasto wylewa na gruby drewniany wałek warstwa po warstwie. Sękacz po przekrojeniu wygląda jak pień drzewa. Nie jest to jednak nasz polski wynalazek - "ściągnęliśmy" ten przepis od Prusów. Dlatego w Niemczech w wielu piekarniach można znaleźć Baumkuchen, czyli ciasto drzewo. Na Suwalszczyźnie najlepsze sękacze kupicie w Sejnach i Puńsku w cenie około 30-40 zł/kg. Warto! 


Warto również spróbować mrowiska, czyli smażonych placków faworkowych ułożonych w kształt kopca oblanych miodem i posypanych makiem i rodzynkami. Przyznamy się, że mrowisko przez wiele lat było na naszej liście deserów nielubianych. Czym to się zachwycać? Rozmiękczonymi od miodu faworkami? Kiedy zaczęliśmy pić kawę zrozumieliśmy, że ten deser jest po prostu stworzony do kawy lub mocnej herbaty. 

Naszym największym odkryciem jest jednak stuliściec Drożdżowe ciasto wałkuje się bardzo cienko (lub rozciąga na poszwach od poduszek), smaruje rozpuszczonym miodem, nadziewa serem lub makiem i zwija w kształt ślimaka. Marzenie drożdżowej baby! W cieście widać warstwy ciasta, które, mimo opisu, zupełnie nie przypominają croissantów. Ciasto jest ciężkie, mocno maślane i niezwykle sycące. Kosztuje ok. 50 zł/kg.