środa, 16 sierpnia 2017

Przystanek Tleń, czyli gdzie zjeść w Borach Tucholskich

Czy sześcioro dorosłych i ośmioro dzieci może wspólnie zjeść dobry obiad w restauracji? Oczywiście - i to w miejscu polecanym przez Slow Food.




Do Przystanku Tleń trafiamy z polecenia właścicieli Osady Słomiany Zapał. Niezobowiązujące drewniane wnętrze łączy w sobie restaurację, pensjonat i browar. Przed restauracją znajdują się stoliki dla amatorów świeżego powietrza z tucholskich lasów. Na tablicy przy drzwiach wypisane są dania dnia i desery. Jednego dnia królują jagody, innego bób i kurki. W Tleniu jemy dwa razy w ciągu tygodnia.



Wchodzimy do jasnego wnętrza w którym widać miedziane kadzie, które fascynują dzieci. Przystanek Tleń to przecież browar. Siadamy przy dużym stole i stajemy się spełnieniem najgorszego koszmaru kuchni - prawie każdy bierze co innego.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Warto pić wino, które się rozumie [Rozmowa #12]

O tym, jakie wino kupić w prezencie, jakie wino pasuje do śledzia i jak zacząć swoją przygodę z winem rozmawiamy z Wojciechem Cyranem. 



Czy Polacy potrafią pić wino?


Uczymy się. Polska jest krajem piwnym i wódczanym, bo takie są tradycje w naszym regionie. Wino dopiero pojawia się na polskich stołach. W moim domu, kiedy jadło się cokolwiek, nie było na stole wina. Natomiast u moich francuskich kolegów butelka tego trunku zawsze znajdowała się na stole. 
W Polsce kultura picia wina do posiłku rozwija się bardzo dynamicznie,  jednak jest to powolny proces. Kulturowo jesteśmy krajem wódczano-piwnym i zdecydowanie „swobodniej” czujemy się z kieliszkiem wódki czy kuflem piwa niż z kieliszkiem wina. Pijąc wódkę czy piwo po prostu je pijemy, nie zastanawiamy się czy jest to amerykańska IPA, czeski Pils, czy niemieckie pszeniczne piwo. Podobnie z wódką. Nie każdy Polak wie, że Wyborowa jest żytnia, Luksusowa ziemniaczana, a Ostoya pszeniczna. Z winem jest inaczej. Pijąc je możemy czuć się bardziej nieswojo. Pojawiają się pytania: czy wybrałem dobry szczep, czy ten gatunek pasuje do jedzenia, jak trzymać kieliszek w ręku, w jakiej serwować je temperaturze…

A jakie jest Twoje ulubione wino?

Nie mam takiego. To zależy, do czego ma pasować.

Powiedzmy, że przychodzimy w południe do restauracji i chcemy się napić wina do lunchu, to o co powinniśmy poprosić?


piątek, 14 lipca 2017

Czy przyczyną otyłości może być zapach jedzenia?

Od wielu lat naukowcy starają się znaleźć przyczynę nadwagi i otyłości. Ci pracujący na Uniwersytecie w Berkley odkryli, że jedną z przyczyn tycia może być tendencja do ... wąchania jedzenia.


To, że zmysł węchu i smaku są ze sobą nierozerwalnie związane jest dla nas oczywiste. Z wielką przyjemnością jemy czekoladę, ale też smarujemy się kremami, które mają taki sam zapach. Przechodząc obok piekarni czy cukierni dajemy się "wodzić za nos" i chwilę później z radością pożeramy świeżą bułkę czy ciastko. Jednak do tej pory nikt nie mówił o tym, że samo wąchanie jedzenia sprzyja tyciu. 

W zeszłym tygodniu na stronie uczelni pojawił się artykuł streszczający prace amerykańskich badaczy. Podzielili oni myszy na trzy grupy. Pierwsza grupa to myszy, które normalnie czuły zapachy i miały normalną wagę ciała. Druga grupa to myszy pozbawione zmysłu węchu na trzy tygodnie, które również miały normalną wagę ciała. Trzecia grupa to myszy z nadwagą. Myszy czujące normalnie i myszy, które zapachów nie czuły dostawały takie same, wysokokaloryczne posiłki. Naukowcy podejrzewali, że myszy pozbawione węchu nie będą chętnie jadły. Okazało się, że obie grupy myszy jadły dokładnie tyle samo. Z tym, że myszy nie czujące zapachów przytyły 10%, a te, które zapachy czuły przytyły niemal 100%. Ten zupełnie szokujący wynik eksperymentu sprawił, że naukowcy z większa uwagą przyjrzeli się trzeciej grupie - myszom z nadwagą. W trakcie trwania eksperymentu dostawały wysoko-kaloryczne posiłki i jadły tyle samo, co wcześniej. Pozbawione węchu, zaczęły chudnąć. 

Naukowcy byli tak zaintrygowani wynikami swoich badań, że zaprosili do współpracy kolegów z Niemiec z Intrytutu Maxa Plancka. Ci przeprowadzili podobny eksperyment na "swoich" myszach, które miały niezwykle wyczuolony zmysł węchu. Dostawały przez 3 tygodnie ten sam pokarm, co ich amerykańskie koleżanki i ... przytyły.

Eksperyment ten pokazuje, że myszy tyły nie tylko przez to co jadły, ale jak postrzegały swoje jedzenie. A w zasadzie, jak bardzo skupiały się na samym zapachu jedzenia. Jedna z hipotez mówi, że myszy chudły dlatego, że ich mózg miał poczucie, że są najedzone (nie czuły zapachu jedzenia, więc nie wywoływało to napadów głodu). W związku z tym w inny sposób zarządzał procesami metabolicznymi. 

Naukowcy z dużą dozą ostrożności podchodzą do wpływu wyników ich badań na życie ludzi cierpiących na nadwagę. Wiadomo, że osoby pozbawione węchu jedzą mniej chętnie. Utrata węchu zwykle jest skutkiem ciężkiej choroby i wypadku, więc niechęć do jedzenia może mieć podłoże emocjonalne. Naukowcy chcą teraz zbadać w jaki sposób przebiegają procesy napadów głodu, czy da się modyfikować sposób odczuwania przyjemności z jedzenia, czy podobne procesy zachodzą u ludzi. Z pewnością za napady głodu odpowiedzialny jest zmysł węchu. Naukowcy zamierzają zbadać teraz czy również ludzie tyją od tego, że lubią wąchać swoje jedzenie.

Pełna treść artykułu dostępna jest na stronie periodyku Cell Metabolism


wtorek, 11 lipca 2017

Mathallen, czyli gdzie zjeść w Oslo

Jeśli jest jakieś miejsce w Oslo do którego miłośnik jedzenia powinien pójść to jest to zdecydowanie Mathallen. Może nie jest to dwugwiazdkowa restauracja Maemo, ale jest to miejsce pokazujące co jedzą mieszkańcy stolicy Norwegii. 



Kawałek drogi od centrum Oslo w czerwonym starym budynku mieści się oslowska hala targowa. Jest w niej wszystko, czego potrzebuje osoba lubiąca dobre smaki. Obok stoiska z suszonymi owocami, warzywami i grzybami jest stoisko z najświeższymi rybami jakie widziałam poza barcelońską La Boqueria. Można kupić tu świeże mięso, poprosić o odpowiednie pokrojenie czy zmielenie. Można w końcu tu zjeść i napić się dobrej kawy. Wydawałoby się, że w kraju, który pije najwięcej kawy na świecie o to nie jest trudno. Można się jednak grubo pomylić. 

wtorek, 27 czerwca 2017

Jak robić przetwory - recenzja "W słoiku"

Kiedy bazarki zapełniają się dojrzałymi truskawkami, na drzewach kwitną bzy, a w powietrzu unosi się zapach czerwieniejących się pomidorów trzeba wyciągnąć z szafki duży garnek, umyć słoiki i zabrać się za zamykanie smaków lata na zimę. Brzmi dobrze, ale czy da się to zrobić w każdej kuchni? Jeśli nigdy nie przygotowywaliście słoików, książka "W słoiku" na pewno Was ośmieli. 



Zacznijmy od tego, kim jest autorka. Kasia Marciniewicz od lat ma w internecie swój kąt wypełniony  dobrymi ludźmi, dźwiękami energetycznej muzyki i szlachetnymi smakami. Jej blog Chillibite to taka ogromna kuchenna wyspa - siedzisz na jednym jej krańcu, przed sobą masz najwyżej jakości składniki i perełki wynalezione na lokalnych targach i bazarkach, a obok Ciebie stoi filigranowa blondynka z wielkim uśmiechem, która stanowczym tonem mówi co masz robić, żeby było dobrze. Taka sama jest ta książka. Każdy przepis opatrzony jest ciepłą historią i konkretnymi wskazówkami - jak pasteryzować, jak sprawdzać jakość składników, skąd wziąć słodkie truskawki, dlaczego warto kupować śliwki produkowane w USA, jak wykorzystać wolnowar, jak szybko można robić nalewki w Thermomixie, jak rozmawiać z rolnikami i komu ufać. 


Na 240 stronach znajdziemy przepisy na frużeliny, dżemy, marmolady i soki, przetwory warzywne, chutneye, zakwasy, suszone owoce, 4 rodzaje pesto, 6 rodzajów granoli, przetwory mięsne, octy, dressingi i mieszanki przypraw. Obok znanej konfitury z czarnej porzeczki znajdziemy przepis na niecodzienne czereśnie w whisky, które idealnie pasują do pasztetów. Dżem morelowy to nie tylko klasyka gatunku, ale też wersja z migdałami, tymiankiem czy wiśniami. Recepturą na francuski winegret Kasia otwiera rozdział przepisów na sosy do sałatek. Ale winegret to solidna podstawa, która pozwala na eksperymentowanie z sardelami, mango, malinami czy cytrusami. Nudna zwykle granola tutaj pachnie przyprawami korzennymi, czekoladą, ale też aromatami Luizjany. Wszystkie przepisy opatrzone są zdjęciami Autorki i są niezbitym dowodem na to, że słoiki występują w każdym rozmiarze i kształcie. 

Książka "W słoiku" to idealny prezent - także dla samego siebie.  Niewiele jest przyjemniejszych śniadaniowych momentów od tych, w których słychać charakterystyczny dźwięk otwieranych konfitur. U nas w domu za większość słoików odpowiada Adam i raczej nie wchodzę mu w drogę. W zeszłym roku jednak sama smażyłam wiśnie i robiłam to tak, jak wcześniej robiła moja mama i mój brat. Gruszek w occie czy galaretki malinowej bez przepisu bym pewnie nie zrobiła. Bałabym się, że gruszki zmiękną, a galaretka będzie za luźna. W swojej książce Kasia dokładnie opisuje do jakiej konsystencji zmierzamy, opisuje wszystkie procesy, włącznie z myciem słoików i nakrętek. Co dla mnie ważne i ujmujące, uwzględnia informacje o tradycyjnych produktach, ich pochodzeniu,  sugeruje co z danym słoikiem można dalej zrobić - "posmaruj wytrawne gofry, podaj z serami, zrób zupę według mojego przepisu". Książkę zamyka lista sprawdzonych adresów (włącznie z małymi producentami olejów). Te wszystkie wskazówki sprawiają, że pasteryzowanie przestaje być takie trudne i niedostępne. Po przeczytaniu książki mam ochotę włożyć do słoika wszystkie letnie owoce, a na wakacyjną wyprawę zabrać kiełbasę w słoiku. 

W Słoiku. Przetwory przez cały rok
Kasia Maciniewicz
Wydawnictwo Publicat
Cena: 39,90 pln