czwartek, 21 czerwca 2018

Fasolka szparagowa, czyli lunch w kwadrans

Kiedy kończą się szparagi na pocieszenie pojawiaja się ona - dwukolorowa fasolka szparagowa. Można ją gotować, smażyć i zapiekać. My wrzuciliśmy ją do lunchboxa. 



Jak gotować fasolkę szparagową?

To proste. Weź garnek, zagotuj w nim wodę i dodaj tyle soli, żeby smakowała jak woda morska. Tak, trzeba będzie spróbować. Wrzuć fasolkę (ja obcinam końcówki, ale nie jest to konieczne) i gotuj około 10 minut. Ja lubię fasolkę al dente, taką którą stawia opór. Jeśli wolisz fasolkę mięciutką jak makaron z rosołu, zostaw ją we wrzątku na kolejne 2 minuty. Potem przelej lodowatą wodą (jeśli chcesz, żeby pozostała chrupka) i już.

Fasolki i szparagi owinięte w pieczone liście i skropione olejem były jedną z przystawek w restauracji Water&Wine. Zachwyciłam się tym, jak wspaniale smakuje prostota. Przecież warzywa i olej to coś, co mamy na wyciągnięcie ręki, co nie wymaga jakichś kuchennych akrobacji. Czasem te najprostsze rozwiązania są najgenialniejsze w smaku.

Naszą fasolkę w dwóch kolorach skropiliśmy olejem rzepakowym tłoczonym na zimno, posypaliśmy odrobiną sera pleśniniowego i hojną ilością orzechów włoskich. Wszystko włożyliśmy do lunchboxa i zabraliśmy do pracy. Prościej i lepiej się chyba nie da.


Czas przygotowania: 15 minut

Składniki:
100 g fasolki zielonej
100 g fasolki białej
2 łyżki sera pleśniowego
3 łyżki orzechów włoskich
2 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno

1. Fasolkę dokładnie myjemy i możemy uciąć im końcówki.
2. W garnku zagotowujemy wodę i solimy tak, by smakowała jak woda morska.
3. Wrzucamy fasolkę i gotujemy na małym ogniu, aż będzie al dente (około 10 minut).
4. Przelewamy fasolkę zimną wodą.
5. Odcedzamy dokładnie.
6. Fasolkę skrapiamy olejem, posypujemy orzechami i serem.

niedziela, 17 czerwca 2018

Skąd się biorą jabłka w sklepie?

Kiedy robię szarlotkę albo prażę jabłka do owsianki  nie zadaję sobie pytania skąd one się w zasadzie wzięły, kto je zerwał, jak przyjechały do sklepu. Dzięki wizycie w gospodarstwie sadowniczym Marka Szymaniaka i jego żony mogę Wam pokazać, jak wygląda "jabłkowa droga".


Jabłonki niewiele wyższe od koszykarza posadzone są dość gęsto, bo co 1 metr. Każda z nich obsypana jest malutkimi jabłuszkami. Pod jabłkonkami ścielą się malutkie zielone spady, czyli jabłka które nigdy nie dojrzeją. Tak wygląda sad w połowie czerwca. Ale sezon zaczyna się tutaj wczesną wiosną.



W kwietniu sad wygląda przepięknie. Małe biało-różowe kwiatki są obietnicą dorodnych jabłek we wrześniu. Kwiecień i wczesna wiosna lubią zaskakiwać przymrozkami. Jabłoni nie otula się włókniną. Sposobem na ochronę kwiatów jest... spryskanie ich wodą. Niska temperatura zamienia wodę w lód, który otula kwiaty. Kwiaty pokryte lodem nie opadają. Dzięki temu przymrozki nie muszą skończyć się klęską nieurodzaju. To było dla mnie zaskakujące, że lód chroni kwiaty.


W maju i czerwcu drzewa odciąża się strącając najsłabsze owoce. Dzięki temu te, które są na drzewie mają szansę urosnąć i pięknie się wybarwić. Wybarwianie się jest bardzo ważne. Ludzie chcą kupować jabłka jednokolorowe -- mniej chętnie sięgają po jabłka, które z jednej strony są zielone, a z drugiej czerwone. Sadownicy starają się, by wszystkie jabłka soczyście czerwone lub zielone.

sobota, 9 czerwca 2018

Wiosenny ogród Water&Wine

Ogrody lubię raczej podziwiać niż się nimi zajmować. Jest jednak jeden ogród pośrodku którego mogłabym zamieszkać – to ogród ze wspaniałą restauracją.


fot. Maciej Stankiewicz

Water&Wine to miejsce tuż obok Nałęczowa stworzone przez Cisowiankę. Byliśmy tam na wiosnę tylko raz – dwa lata temu. O naszej ówczesnej wizycie możecie przeczytać w tym tekście. W tym roku pojechałam tam ponownie. Nie sama, oczywiście! Były wszystkie Damy W&W – Magda, Maia, Agata, Sylwia, Kasia, Agata i nasz ulubiony fotograf Maciej Stankiewicz. To właśnie jego zdjęcia możecie podziwiać. 

fot. Maciej Stankiewicz

Na miejscu przywitał nas srebrny water bar mieniący się w słońcu. Był to prawdziwy water truck! W nim zjawiskowa Ewelina, która jest kwintesencją kelnerki – rzeczowa, sympatyczna, doskonale znająca wszystkie składniki, słuchająca. Lampka idealnie schłodzonego szampana, domowe chorizo, karczek, półgęsek, sery z Mlecznej Drogi, kimchi i fermentowane marchewki. Tyle wystarczyło, żebyśmy wszyscy poczuli odprężający powiew lata. Uwierzcie, inaczej pije się szampana patrząc na piękną winnicę! Jest w tym coś hollywoodzkiego i sybarytycznego. Po prostu, wszystkie czułyśmy się na swoim miejscu.

fot. Maciej Stankiewicz

fot. Maciej Stankiewicz

piątek, 8 czerwca 2018

O jeden kawałek za dużo

Kiedy w czwartkowe południe wybieraliśmy się na rodzinny spacer nad Wisłę mieliśmy mnóstwo planów. Jeden kawałek ciasta przekreślił je wszystkie.

Gdyby czas można było modyfikować tak łatwo jak zdjęcia i po prostu wyciąć to ciasto... Zdjęcie zrobiłam 31.05.

Milczymy od ponad tygodnia. Nie ma nas na blogu, nie ma na Facebooku i Instagramie. Od ponad tygodnia walczymy z czymś, czego się zupełnie nie spodziewaliśmy.

Mam chwilę. Robię kubek ciepłej herbaty. W końcu odkrywam jakim przywilejem jest ciepła herbata... Przez ostatni tydzień ciepła herbata tylko wzmagała ból. Dzisiaj już mogę poczuć to kojące uczcie kiedy ciepła herbata powolutku dociera do każdej komórki twego ciała.

Długi weekend miał być taki wspaniały - kawa nad Wisłą, działka u przyjaciół, spotkanie z tymi, którzy mieszkają na końcu świata a przyjechali na moment, spotkanie z tą, którą kochamy a która właśnie wyjeżdża pomagać ludziom w Afryce, chrześniaki, dawno nie widziani przyjaciele. W końcu mieliśmy cztery naprawdę wolne dni.

Dzieci jednak namówiły nas na spacer nad Wisłą. I kawałek pięknie zielonego ciasta Wimbledon z serkiem mascarpone. Było pyszne, jak zwykle. Nad Wisłą było tak beztrosko i radośnie. Niby wolny dzień, a jednak całkiem pusto. Ospałe i rozleniwione miasto obiecywało odpoczynek.

Wieczorem córka bardzo źle się poczuła. Naiwnie myślałam, że to przez tę wodę gazowaną, której nigdy nie pijemy. Ale tak chciała jej spróbować, że nie miałam serca jej odmówić. Chwilę później ja poczułam, że ta woda wzięła też mnie.

Potem to już nie pamiętam niczego aż do sobotniego poranka. Nieprzytomne ścieżki wydeptywane między łazienką i kanapą. Najgorsze uczucie - kiedy jesteś tak słaba, że nie masz siły wstać i pomóc dzieciom. Chociaż słyszysz, że jest im trudno. Nie wiesz czy jest noc czy dzień, po omacku szukasz kolejnej butelki wody do której wsypujesz resztki elektrolitów z domowej apteczki. W przebłysku świadomości łapiesz za telefon i nagrywasz wiadomość z prośbą o pomoc. Budzisz się w dzień, który okazuje się sobotą. Woda, próby sprzątania, dzieci, woda z cytryną, lekarz. Byle nie zabrali nas wszystkich, mówisz sobie w myślach. Lekarzowi sugerujesz rotawirusa. Ona śmieje się w żywe oczy pytając czy przypadkiem nie byliśmy w jakiejś kawiarni. Byliśmy, tak, ale może to jednak wirus. Tak to się przecież panoszy. Lekarz daje skierowanie do szpitala jako wskazanie wpisując "salmonella". Na odchodne rzuca, że mówią o nas już w radio.

Minął ponad tydzień. Powoli wychodzimy na prostą. Ostatnie osiem dni ktoś nam wyciął z życia jak puzzel, który na siłę próbował włożyć do innego kalendarza niż nasz. Dostaliśmy tyle wsparcia od rodziny i przyjaciół ile tylko moglibyśmy unieść. Dostaliśmy też smsem link do przeprosin. Jak się naprawdę choruje to się nie ma siły na fejsa.

„Czy w tym roku będzie jeszcze Dzień Dziecka?” zapytał mój syn. „Nie mieliśmy przecież Dnia Dziecka!” Będziemy mieli najlepszy dzień dziecka. Jeszcze będziemy go mieli...

czwartek, 31 maja 2018

Naleśnikowy makaron z pesto i mozzarellą - lunchbox w 30 minut

Lunchbox i śniadaniówka to temat rzeka. Nie dość, że samo pudełko musi być ładne to jeszcze jego zawartość powinna wywołać nagłą chęć zjedzenia wszystkiego. Co można tam wrzucić poza starą dobrą kanapką?


Od pewnego czasu zauważyliśmy powtarzające się reklamacje zawartości śniadaniówki - kanapka miała nie taką bułkę jak trzeba, masło było nierówno rozsmarowane, wędlina zupełnie obrzydliwa, a warzywa to oczywiście zupełna pomyłka. Kiedy po raz kolejny obserwowałam kanapkę, która cały dzień przeleżała w plecaku zrobiło mi się naprawdę źle. Nie tylko dlatego, że moje prywatne no waste właśnie stało się prawdziwym waste. Zrozumiałam, że robię nudne jedzenie. Wzięłam kartkę, długopis (bo te analogowe zabawki ciągle lepiej na mnie działają niż notatnik w telefonie) i spisałam wszystko, co lubią nasze dzieci.

Lista produktów i ulubionych składników była o tyle zawiła, że każde z naszych dzieci lubi troszeczkę co innego: córka zajada się ogórkami ale tylko kiszonymi; syn nie znosi kiszonych, ale konserwowe i świeże je kilogramami. Dlatego lawirując między ogórkami w różnych formach trafiłam na pomidory. Pomidory pasują wszystkim. Lubią się też z mozzarellą i naturalnym domowym pesto z bazylii. W wersji 5-minutowej zrobiłabym je z makaronem. Wiedziałam, że makaron też stanie się waste. Dlatego usmażyliśmy dwa naleśniki i zrobiliśmy z nich naleśnikowy makaron. Wyszedł cudownie wiosenny lunchbox. Łączy smaki tego, co właśnie dojrzewa w ogrodzie Water & Wine w którym ostatnio byłam (możecie o nim przeczytać tutaj). Jest też zupełnie dobry dla dorosłych, którzy mogą w pracy wyciągnąć kolorowe pudełko i chociaż raz zjeść zbilansowany posiłek.



Czas przygotowania: 30 minut

Składniki na 1 pudełko:
8 pomidorków koktajlowych
1/2 kulki mozzarelli lub 6 małych kulek

pesto:
1 ząbek czosnku
5 łyżek oliwy z oliwek
1 łyżka płatków migdałowych
szczypta soli
garść liści bazylii

naleśniki: 
1 jajko
1/2 szklanki mąki
szczypta soli
1/2 szklanki mleka
1/4 szklanki wody gazowanej