poniedziałek, 18 lipca 2016

Chłodnik śledziowy z jabłkiem i ziemniakami

Graliśmy już różne chłodniki, ale żaden nie był tak zaskakujący.

Ogórkowy z kolendrą i szczypiorkiem, arbuzowy z fetą i bazylią, pomidorowo-arbuzowy, melonowo-ogórkowy z szynką parmeńską  to nasze chłodnikowe faworyty. Sprawdzają się zawsze, nie wymagają zbyt wiele pracy. Są pyszne i "bezpieczne", czyli smakują wszystkim. Ale marzyło nam się coś innego. 

Bardzo lubimy śledzie. Albo takie w korzennej zalewie albo klasyczne solone filety z odrobiną cebulki. Lubimy też ziemniaki, szczególnie takie młode. Młode ziemniaki są stworzone dla śledzi. Są parą idealną na którą warto czekać cały rok. Czasem jednak warto poeksperymentować. Mieliśmy akurat w lodówce resztkę młodych ziemniaków, śledzie i kefir. Szybko zmiksowaliśmy to wszystko tak, by mieć pyszny chłodnik. Z małą niespodzianką, takim nieoczywistym składnikiem, który możecie zobaczyć w przepisie. 


Czas przygotowania: 10 minut
Liczba porcji: 2

Składniki:
1 płat śledzia a'la matjas
4 ugotowane młode ziemniaki
1 małe jabłko
250 ml kefiru
250 ml jogurtu naturalnego 
koperek


1. Śledzia kroimy w kosteczkę. Połowę wrzucamy do misy blendera.

2. Ziemniaki kroimy w kosteczkę. Połowę wrzucamy do misy blendera.

3. Jabłko kroimy w kosteczkę wielkości ziemniaków. Połowę wrzucamy do misy blendera.

4. Do blendera wlewamy kefir i jogurt naturalny. Mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji.

5. Na dnie miseczek układamy pokrojone śledzie, ziemniaki i jabłka. Oprószamy posiekanym koperkiem. Wlewamy chłodnik. Podajemy natychmiast.


niedziela, 17 lipca 2016

Chłodnik rabarbarowy z różowym pieprzem

Chłodnik kojarzy nam się głównie z zimną zupą z botwinką, rzodkiewką, ogórkiem, jajkiem na twardo. A może dzisiaj spróbujesz przełamać swoje skojarzenia?

Są takie składniki dań, które kojarzą się z deserami. Najlepszym tego przykładem jest rabarbar, który świetnie smakuje w kompotach czy ciastach. Rabarbar, który jak się okazuje jest warzywem, może grać pierwsze skrzypce w wytrawnym chłodniku. Taki właśnie niecodzienny chłodnik zaserwowaliśmy naszym dzieciom. 

Wszystko to ze względu na kampanię „Owoce i warzywa w szkole”, której jesteśmy ambasadorami. Są takie warzywa i owoce, które uznajemy za „pewniaki” – dzieci je zjedzą zawsze. Ale chcieliśmy z nimi porozmawiać o tym, co naprawdę lubią. Okazało się, że w ścisłej czołówce ulubionych warzyw znajdują się marchewka, pomidory, fasolka szparagowa i … ogórki kiszone. Ulubionymi owocami są truskawki, jabłka, borówki i cytryny, bo dobrze smakują w herbacie. Nasz syn przypomniał nam też, że kiedyś nie lubił słodkich ziemniaków, ale ostatnio zrobił z nich frytki i już je lubi.

Jak to się stało? Nasza koleżanka napisała książkę z przepisami dla dzieci. Wpadł mu w oko przepis na kolorowe frytki z ziemniaków, słodkich ziemniaków, marchewki i pietruszki. Wszystkie warzywa kupiliśmy razem, a potem on je pokroił i przygotował zgodnie z ilustrowaną instrukcją. Zjadł absolutnie wszystkie i przekonał się do słodkich ziemniaków. To nam uświadomiło coś bardzo ważnego – nie warto ciągle dawać dzieciom tego, co tak bardzo lubią. Warto dać im poeksperymentować. My w czasie robienia frytek byliśmy pewni, że słodkie ziemniaki będą dla nas. Przecież oni nigdy nie chcieli ich jeść. A tu taka niespodzianka. 

Smaki, dania, preferencje są kreowane przez kulturę. Dajemy dzieciom to, co sami jedliśmy jako dzieci, to co wydaje nam się idealnie dziecięce, to co dzieciom dają inni. W Polsce rozszerzanie diety syna rozpoczęliśmy od marchewki i ziemniaków. W USA rozszerzanie diety córki rozpoczęliśmy od kukurydzy, słodkich ziemniaków i mango. Dzieci w Hiszpanii zajadają się cieciorką, w Meksyku fasolą, a w Indonezji kokosami. 
Zupełnie różne dania różne kultury serwują dzieciom w tym samym wieku. Czy to podniebienia dzieci tak diametralnie się różnią? Nie różnią się wcale! Różnią się tylko kręgi kulturowe w których dorastają. Dlatego nie warto ograniczać dzieci własnym strachem (nie, lepiej nie dawać mu szpinaku, bo nie zje) tylko pozwolić im decydować. Może się okaże, że coś zupełnie niedziecięcego stanie się ich najukochańszym składnikiem. 

W poście o sposobach na warzywnego niejadka wspominaliśmy o piosence promującej warzywa i owoce z muzyką Smolika (klik). Teraz możecie śpiewać razem z dziećmi – wejdźcie na owocowekaraoke.pl i zobaczcie jak świetnie można się bawić krzycząc, że „lepsza marchewka niż tablet”. 



Czas przygotowania: 20 minut
Liczba porcji: 2

Składniki:
1 łodyga rabarbaru
½ szklanki wody
1 łyżeczka tymianku
1 łyżeczka miodu
1 łyżeczka różowego pieprzu
400 ml jogurtu naturalnego


1. Rabarbar myjemy i siekamy.

2. Do rondelka wkładamy kawałki rabarbaru. Wlewamy wodę, dodajemy tymianek i miód. Doprowadzmy do wrzenia i gotujemy 2 minuty.

3. Rabarbar delikatnie studzimy.

4. Do misy blendera wlewamy jogurt, dodajemy rabarbar i miksujemy na jednolitą masę.

5. Gotowy chłodnik posypujemy pokruszonym w rękach różowym pieprzem.


piątek, 15 lipca 2016

Ja nie pytam o smak, ale o wrażenia [Rozmowa #9]

O pracy szefa kreatywnego, instagramie dla szefów kuchni i eksperytmentach w restauracyjnej kuchni rozmawiamy z Marcinem Przybyszem, szefem kreatywnym restauracji Belvedere i zwycięzcą 3. edycji Top Chef. 


Crust and Dust: Co robi szef kreatywny?

Marcin Przybysz: Kreuje. Jestem odpowiedzialny za menu a la carte i za odświeżenie marki Belvedere. Tworzę nowe menu, wdrażam receptury w kuchni. Mam swoją oddzielną kuchnię eksperymentalną i tam eksperymentuję z nowymi daniami. Jak coś wymyślę, to wtedy idę na główną kuchnię.
Zobaczyłem, co to znaczy „szef kreatywny” na stażu w Nomie. Tam jest oczywiście Rene Redzepi i on jest głównym szefem, ale kreatywnym jest Tom. On jest Niemcem, ciągle pracuje w kuchni testowej i eksperymentuje z produktami. Przerabia na przykład jarmuż na setki sposobów i właściwie to on odpowiada za tworzenie nowych dań. 

Czyli w Twojej pracy chodzi o szukanie nowych smaków?

Chodzi o testowanie produktów, kuchnia eksperymentalna to takie laboratorium – coś jak dział badań i rozwoju. 

Jakie właściwie prowadzisz eksperymenty?

Testuję produkty i miliony sposobów ich obróbki. Na przykład dwa tygodnie testowałem jagnięcinę, żeby znaleźć najlepszy sposób jej obróbki – tak żeby wychodziła nie za twarda i nie za miękka. Wyobraźcie sobie, że macie comber, który ma sześć kostek. I ja każdą poddaję innej obróbce termicznej: jedna idzie na sous-vide w określonej temperaturze, druga na sous-vide w innej temperaturze, trzecia – do pieca, czwarta – na patelnię, piąta jest marynowana, szósta jest poddana jeszcze innej obróbce. Potem zjadam po kolei każdą i próbuję, która jest najlepsza. 


Spisujesz to potem wszystko na kartce?

Nie, na komputerze! Choć właściwie najczęściej piszę w notatniku w telefonie, bo nie chce mi się otwierać komputera. 

Co tam zapisujesz?

Dużo rzeczy. Wypisuję to, co wyszło najlepiej – i potem zdarza się, że sięgam do notatek i łączę różne techniki. Muszę kombinować z różnymi technikami, bo zamawiam do restauracji całe zwierzęta: całe jagnięta, całe ptactwo. Na talerzach u naszych gości nie ma tylko combra – takie rzeczy to były w oldschoolowych knajpach, oni zamawiali kawałki comberka i kawałki przyjeżdżały mrożone. W Polsce nie ma w sprzedaży samych combrów, bo polscy hodowcy jak sprzedają to całe zwierzę. I coś musisz zrobić z tym całym zwierzęciem. Dlatego właśnie podczas lunchu podajemy karkówkę, udziec czy inne elementy. Podobnie z ptactwem. Jakbym chciał zaserwować gościom tylko piersi, to koszty byłyby ogromne, bo używam bardzo dobrej jakości drobiu, który jest drogi. 

Skąd Ci przychodzą do głowy pomysły na eksperymenty?

To samo przychodzi. Jak wracam do domu po pracy, to mam taki moment wyciszenia i przychodzą mi do głowy różne pomysły. Zapisuję je w notatniku i potem testuję. 

Czyli nie przestajesz pracować w domu?

Raczej nie! To jest jednak sfiksowanie. Chyba każdy kucharz tak ma. 

Kuchnia eksperymentalna może się kojarzyć z jakimiś kosmicznie zaawansowanym sprzętem. Jaki jest Twój ulubiony sprzęt kuchenny?

Patelnia! Jestem fanem teflonowej patelni do ryb i dobrej żeliwnej patelni (i masła) do mięs. W ogóle jestem zwolennikiem smażenia. Używam sous-vide, bo dzisiaj tego chyba nie da się uniknąć. Ale jeśli jakiś produkt da się doskonale zrobić na patelni, to trzeba to robić. Sous vide to jest duże ułatwienie dla kucharzy i szczerze mówiąc nie wymaga żadnych umiejętności: ustawiasz temperaturę, czas, wyjmujesz, obsmażasz i już. Każdego można tego nauczyć. Ale żeby wziąć kawałek mięsa, dobrze go obsmażyć, dociągnąć w piecu, odłożyć i odpowiednio długo dać mu odpocząć – to jest jednak wymagające. Wymaga doświadczenia i umiejętności. 

Ktoś Ci pomaga w eksperymentach?

Często się konsultuję. Ja nie lubię sam próbować dań, które przygotuję, bo mam specyficzne kubki smakowe. Bardzo lubię smak umami i dla mnie coś, co nie ma umami jest… średnie. A nie każdy lubi takie nasycenie smaku. Dużo eksperymentuję z warzywami, których sam nie jestem wielkim miłośnikiem, więc daję je innym osobom do spróbowania. I te osoby potwierdzają czy jest OK czy nie.

Czy eksperymentujesz z rożnymi źródłami dostaw?

Jasne, dostawa to podstawa w gastronomii. W menu mam właściwie tylko dostawców , których znalazłem sam. Oni są sprawdzeni, ale i tak ciągle szukam nowych. W tej kwestii nie można się po prostu zatrzymać, tym bardziej, że pod względem dostawców mamy jednak dużo do nadrobienia w porównaniu do Zachodu. Tam dostawca przychodzi do knajpy i chce zaoferować swój produkt. A u nas jest odwrotnie – nikt do ciebie nie przyjdzie, to ty musisz go znaleźć, znaleźć produkt. A czasem jeszcze dostawca będzie kręcił nosem zanim Ci cokolwiek sprzeda: bo mam mało, bo to, bo tamto…

Kiedy uznajesz, że to jest wreszcie gotowe danie, takie które może wejść do karty?

To się zdarza mniej więcej w trzecim albo czwartym dniu prób. Oczywiście jeśli uda mi się dopracować główne elementy. Potem są jeszcze próby wykończeniowe – jak to podać na talerzu Do wiosennej karty wszedł  sum ze szparagami i ze szczawiem. Tam był podwędzany sum, marynowane szparagi i szczaw. Różne rodzaje szczawiu, bo był akurat sezon i daliśmy tam cztery rodzaje szczawiu. Całe danie było nim przykryte i w ogóle nie było widać ryby. Szczaw pasuje do suma idealnie, zamiast cytryny. Eksperymentowałem też ze szparagami: robiłem małosolne, kiszone, poddane laktofermentacji, ale przebijały smak suma, więc w końcu je tylko zamarynowałem delikatnie z miętą, gorczycą i werbeną. 

Kiedy właściwie jesteś zadowolony z dania?

Nigdy (śmiech). Dobra, czasami jestem zadowolony – ale generalnie sceptycznie podchodzę do swoich dań. Uważam, że nie ma dania, którego nie można by zrobić lepiej.

A jak próbujesz czyjegoś dania?

W ogóle jedzenie zrobione przez kogoś innego lepiej smakuje. Zazwyczaj staram się być rzetelny w ocenach innych dań. Jak jest średnie, to mówię, że jest średnie, ale jak jest naprawdę dobre, to też to mówię. Mam paru kucharzy w Polsce, których kuchnia bardzo mi smakuje i lubię chodzić do ich restauracji, to dość wąskie grono.

Współpracujesz z szefem cukierni?

Tak. Ja też eksperymentuję ze słodkimi rzeczami i w ogóle pracowałem kiedyś na cukierni. Na Zachodzie kucharze pracują na każdej sekcji – na zimnej i ciepłej kuchni, na warzywach, na cukierni. Ja przerobiłem wszystkie sekcje. W Polsce dla wielu ludzi cukiernictwo jest czymś zupełnie odrębnym. Ja nie jestem w tym mistrzem, ale lubię robić lody, ciasta. Ostatnio miałem w kuchni chrobotka i chciałem go użyć do deseru. Robiłem lody, a Rafał Gajownik,  nasz szef cukierni powiedział: „zrób je trochę inaczej, będą lepsze”. Jak robiłem czekoladki z laktofermentowanego borowika z brzozą, to oni zaczęli tego składnika używać do deserów. Współpracujemy ze sobą, nikt przecież nie pozjadał wszystkich rozumów.

A eksperymentujecie z układaniem dania?

Tak, ale przyznaję, że nie przykładam największej uwagi do platingu, raczej do smaku. Fajnie jak danie jest ładne, ale to jednak nie jest najważniejsza rzecz. Jak danie nie będzie dobre, to i tak go nie zapamiętam.
To, w czym podajesz danie też jest jego elementem. Pracujemy teraz nad nową zastawą, szukamy odpowiednich naczyń, bo to wcale nie jest łatwe – trzeba to dobrać pod wystrój restauracji, pod charakter dań. Teraz wszyscy używają kawałków drewna i ręcznie robionej ceramiki. U nas to się nie sprawdzi, bo jesteśmy przecież w środku parku. Drzewa wokół i drzewo na stole to już za dużo. Czekamy więc na klasyczną zastawę, która będzie dobrze z tym kontrastować. 

Robisz zdjęcia swoich dań?

Czasami wrzucam na Instagram, jak mam czas. Nie jestem wielce zakręconym instagramowiczem i nie muszę wrzucać zdjęć codziennie. 

A są jakieś eksperymenty kuchenne, które są za drogie?

Z kosztami nie mogę przeholować, ale jak raz na jakiś czas przeprowadzę jakiś drogi kuchenny eksperyment to nie ma problemu. Trzeba to tylko dobrze przeliczyć – czy wyjdzie z tego danie, które się sprzeda. Nie sztuka wstawić do karty danie, które kosztuje 500 złotych, a nie znajdzie nabywców. Nie można zapominać, że restauracja to też biznes i musi zarabiać.

Czyja opinia jest dla Ciebie najważniejsza?

Gości, oczywiście. Każdy szef chyba robi to co robi, żeby usatysfakcjonować gości.
Od gości słyszę różne rzeczy. Kiedy mam chwilę, podchodzę do stołów i rozmawiam z nimi. I mniej więcej 95% jest zadowolonych. Niektórzy nie są, ale nie ma restauracji, która zaspokoi gusta wszystkich. Tym bardziej dotyczy to miejsca, które ma swoją tradycję od 26 lat i gości przyzwyczajonych do smaków, które ja zmieniłem.

A pozytywny feedback – to jaki?

Jak ludzie mówią, że to niesamowita przygoda, dobre danie. Ja nie pytam o smak, ale o wrażenia. Bo chcę wiedzieć, jak oni to odbierają – tę całą otoczkę. Chcę, żeby kelnerzy dużo się udzielali przy daniach. Mamy szkolenia dla kelnerów, żeby ostatni touch przy daniu był od kelnera, żeby oni zrobili trochę spektaklu wokół dania. Nie lubię, kiedy kelnerzy za dużo gadają o jedzeniu. Ja chcę, żeby oni umieli powiedzieć krótko i szybko.

Zdarza się, że goście sugerują dania, których im brakuje?

Tak, zdarzało mi się to zimą.  Ludzie chcieli zimą sałatki – a ich wtedy u nas nie ma. To jest właśnie jeszcze ten brak wiedzy na temat jedzenia i sezonowości, który w Polsce ciągle jest częsty. Ktoś myśli, że w Polsce w środku stycznia dostanie sałatkę z truskawkami. I ja wiem, że w wielu miejscach gościom to dadzą – tylko jakiej jakości to jest produkt? Ja nie chcę tego dawać gościom. Ostatnio tłumaczyłem pewnemu panu, że nie może dostać zwykłych pokrojonych pomidorów. Kelner przyszedł do kuchni i powiedział, że gość ma ochotę na pomidora. Ale u nas ich nie było. Gość się zdziwił, że nie mamy pomidorów. Wytłumaczyłem mu, dlaczego w styczniu nie mogę mu sprzedać pomidora, że nawet jakbym go miał, to nie byłby on warty jego pieniędzy. Zdarzyło mi się też, że gość chciał śledzia albo przyprawę maggi do tatara. Nie mamy tego u siebie – musiałem mu to wyjaśnić.

Goście rozumieją coraz więcej – tylko trzeba ich uświadamiać i im tłumaczyć, że jedzenie jest bardzo uwarunkowane porą roku. 

Byłeś też na stażu w słynnej Nomie. Po co w ogóle szef kuchni jedzie do innej restauracji na staż? Czy tam realnie można się czegoś nauczyć?

Ja się nauczyłem bardzo dużo. Chodzi o podejście, o myślenie o jedzeniu. W Nomie nie chodzi po prostu o zaserwowanie posiłku, ale o co coś więcej – o sposób myślenia o gastronomii, o jej rozwoju. Tam myślą o takich rzeczach. Dużo się nauczyłem na temat fermentacji.
A teraz jadę na kolejny staż do Massimo Bottury do Oesteria Franscescana, najlepszej restauracji świata. Mój wymarzony staż. Najbardziej podoba mi się jego styl gotowania i wydaje mi się, że mój styl jest do niego zbliżony.   Skandynawski  styl nie jest mi tak bliski. Choć oczywiście nie ma co się zamykać na jeden horyzont, jeśli chce się być dobrym. Niektórzy idą tylko w naturę, a ja lubię elementy natury, ale lubię też elementy kuchni francuskiej – czyli dużo masła. Bottura jest temu bliższy i podobają mi się jego dania: Najlepsza Część Lazanii, jego broth [bulion], on daje do wszystkich wywarów skóry z parmezanu. Mój znajomy tam ostatnio był i mówił, że kiedy spróbował kawałka mozzarelli to po prostu było… mamma mia. 

A czy nie jest tak, że dobry szef kuchni chce ukryć swoją wiedzę przed innymi? Nie ma tajemnicy zawodowej?

U nas też mamy ludzi na stażu i chcemy, żeby zobaczyli jak gotujemy. Fajnie się dzielić wiedzą i można zobaczyć jak ktoś zrobi podobne danie do twojego, jak go zainspirowałeś. Ja też obserwuję na Instagramie innych szefów i widzę, że tam są na przykład dania inspirowane tym co robi Rene Redzepi. To nie jest ściąganie, tylko inspirowanie do bycia lepszym.
Zresztą, karta przecież ciągle ewoluuje. Widzę, jak wyglądała karta kiedy tu przyszedłem i jak wygląda teraz. Widzę, jak to się zmienia…

Skoro już dostałeś tytuł Szefa Przyszłości, to jak właściwie widzisz przyszłość kuchni?

Myślę, że w Polsce idziemy w dobrym kierunku. Ludzie zaczynają otwierać oczy. Przestają przychodzić do restauracji tylko po to, żeby się najeść i wyjść. Zaczynają doceniać to, że to może być fajną przygodą, że wyjście do restauracji może zaangażować wszystkie zmysły: smak, zapach, również dotyk, wzrok i słuch – na przykład kiedy coś strzela w daniu.

Myślisz, że kiedyś przestaniesz eksperymentować?
Nie! 

Marcin Przybysz - jeden z najbardziej znanych polskich szefów kuchni. Szef kreatywny warszawskiej restauracji Belvedere. Zwyciężył trzecią edycję programu Top Chef. Międzynarodowa Akademia Gastronomiczna nadała mu prestiżowy tytuł Chef de l’Avenir (Szef Przyszłości).

ZapiszZapisz

czwartek, 14 lipca 2016

Cytrynotka z lodami

W każdej polskiej restauracji w menu deserowym znajdziemy ciasto czekoladowe z płynnym środkiem, panna cottę i szarlotkę na ciepło z lodami waniliowymi. A może zamiast szarlotki spróbujemy czegoś innego?

Cytrynotka to klasyczne ucierane ciasto z dużą ilością soku cytrynowego. Zrobienie jej zajmuje 10 minut i nie ma chyba prostszego ciasta. Cytrynotka jest wilgotna, aromatyczna i delikatnie kwaśna. Świetnie współgra z kremowymi lodami jagodowymi z intensywnie jagodowymi sosem Carte d'Or Blueberry and Vanilla, które mają kształt łatwych do nałożenia rozetek. Lody posypane są serduszkami z białej i ciemniej czekolady. Jagody są słodkie, ale bardzo delikatne. Cytryna, z kolei, dodaje nim charakteru. Cytryna i jagody to naprawdę dobre połączenie, które sprawdzi się w wielu deserach. 
Cytrynotki nie musimy podgrzewać przed podaniem. Wystarczy ukroić kawałek ciasta, położyć na nim rozetkę lodową, a wokół ułożyć owoce. Ciasto jest sprężyste, więc nie nasiąka lodami i zachowuje swoją delikatnie piaskową strukturę. To jeden z najprostszych i najładniejszych letnich deserów, którym można delektować się cały rok. 



Czas przygotowania: 10 minut
Czas pieczenia: 30-35 minut

Składniki:
150 g miękkiego masła
130 g cukru pudru
150 g mąki pszennej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 jajka
sok z 1 cytryny
1 opakowanie lodów Carte d'Or Blueberry and Vanilla 
borówki, maliny, porzeczki do dekoracji 


1. Piekarnik nagrzewamy do temperatury 170 stopni. 

2. Keksówkę lub prostokątną blaszkę o wymierach 17,5x25 cm wykładamy papierem do pieczenia.

3. Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia. 

4. W misce miksujemy masło, cukier, mąkę z proszkiem,  jajka i sok z cytryny do otrzymania jednolitej masy - około 3 minut. 

5. Masę wylewamy na blaszkę i pieczemy. Po 25 minutach warto sprawdzić patyczkiem czy ciasto jest już upieczone.

6. Gotowe ciasto studzimy. Kroimy je w plastry i serwujemy z lodami. 


Wpis powstał we współpracy z Carte d'Or

poniedziałek, 11 lipca 2016

Chłodnik ogórkowy z kolendrą i szczypiorem

Chłodnik to chyba najprostsze i najszybsze danie. Ogranicza nas tylko zawartość lodówki i ... temperatura. 

W Polsce prawie wszyscy ogórki obierają. Nie za bardzo wiemy dlaczego, ale domyślamy się, że chodzi o strach przed pestycydami. Albo przed mityczną skórką przyklejającą się do żołądka...My się ich nie boimy i dodajemy do chłodnika całe ogórki. Dzięki temu chłodnik ma intensywniej zielony kolor i jest gęstszy. Żeby nie wiało nudą, dodajemy "chrupiące " kostki ogórka, kolendrę i kawałeczki szczypioru. Niby nic takiego, a jest to najprostszy sposób przekonania naszych dzieci, że zupa nie-rosół może być godna ich uwagi. 

Kolendra ma specyficzny smak i zapach. Albo się ją kocha jak Karol Okrasa i wrzuca do wszystkich dań albo nienawidzi i wyczuwa na kilometr - jak Adam. Niektórym kolendra kojarzy się z mydłem i  to bardzo dobre porównanie! Badania pokazują, że to wszystko kwestia genów. Zbadano 30000 osób i okazało się, że mają one podobny zestaw genów odpowiadających za odbieranie smaku i zapachu. Jeśli jedząc kolendrę, jesz mydło - nie dodawaj jej do chłodniku. 

Kefir czy jogurt naturalny?

Wiele osób robi chłodnik tylko na jogurcie, niektórzy tylko na kefirze. My lubimy i jedno i drugie, więc dodajemy do chłodniku równe proporcje kefiru i jogurtu. Nie używamy gęstego jogurtu, bo zwykle w trakcie miksowania blenderem cała ta gęstość ucieka. 

Warto pamiętać, że jeśli chce się zjeść chłodnik od razu to wszystkie składniki należy wyjąć z lodówki tuż przed przygotowaniem. Do tego chłodniku nie polecamy dodawania kostek lodu - będzie zbyt wodnisty. 




Czas przygotowania: 10 minut
Liczba porcji: 2

Składniki:
1 długi ogórek 
200 ml kefiru
200 ml jogurtu naturalnego 
garść kolendry (opcjonalnie)
3 łodygi szczypioru

1. Szczypior siekamy lub tniemy nożyczkami (jest szybciej!).

2. Ogórek myjemy i obieramy. Skórkę wrzucamy do misy blendera.

3. Ogórek przekrawamy na pół i wyciągamy gniazda nasienne. Wrzucamy je do blendera.

4. Połowę ogórka kroimy w kostkę. Resztę wrzucamy do blendera.

5. Do blendera dodajemy kefir i jogurt naturalny (i kolendrę, jeśli używamy). Miksujemy do uzyskania jednolitej masy. Delikatnie ją solimy.

6. Do miseczek/kieliszków wkładamy pokrojony w kostkę ogórek, wlewamy chłodnik. Posypujemy posiekanym szczypiorkiem.