poniedziałek, 6 lutego 2017

Cynamonowe bułeczki dzieci z ulicy Awanturników

Uwielbiamy książki Astrid Lindgren. Są radosne, beztroskie, a jednocześnie bardzo realistyczne. Właśnie z tej miłości do prawdziwej Szwecji zrodził się pomysł cyklu #smakiAstrid. 


Kiedy po latach wróciliśmy do książek Astrid Lindgren zauważyliśmy, że są one absolutnie szwedzkie - pory posiłków, rozliczne przerwy na ciasteczko i czekoladę, opisy świąt. Chcąc pokazać naszym dzieciom, że Szwecja istnieje nie tylko w książkach postanowiliśmy "ugotować" im każdą książkę. Szukamy więc w książkach tych smakowitych fragmentów, zaznaczamy je, a potem szukamy na szwedzkich blogach i w szwedzkich książkach kucharskich przepisów na potrawy przypominające te, o których czytamy. 

Zaczynamy od cynamonowych bułeczek Majki. Majka jest służącą w domu dziadków do których jadą dzieci z ulicy Awanturników - Lotta, Jonas i Mia Maria. Cynamonowe bułeczki z czekoladą to podwieczorek, który dostają dzieci po tym jak przypadkowo zalały wodą całą podłogę w kuchni. Majka serwuje bułeczki śpiewając prostą piosenkę "paraparaparapapie zaraz Ciebie tu ucapię". Wyobrażacie sobie, że wchodzicie do domu, widzicie wodę po kostki i zamiast zacząć krzyczeć pomagacie dzieciom pozbyć się problemu, a potem serwujecie im podwieczorek? Będąc polskim dzieckiem zupełnie nie rozumiałam dlaczego Majka po prostu nie robi im nikczemnej awantury, nie skarży dziadkom i nie daje im kary... 

"Dzieci z ulicy Awanturników" to książka od której powinno się zacząć przygodę z Astrid Lindgren. Czterolatki zakochują się w niej od pierwszych zdań, które są krótkie, proste i zabawne. Dzieci jadą pociągiem do babci, smarują kiełbasą po szybie, chcąc szybko urosnąć stają na kupie gnoju podczas deszczu, bawią się w domku odziedziczonym po mamie i cioci, jedzą na podwórku, robią twaróg z malin. Przy tym bywają niesforne i akceptowane przez dorosłych takimi, jakimi są. Opowieść o małej Lottcie, która postanawia wyjechać z domu dziadków, pakuje walizkę i jest zatrzymana przez mamę mówiącą, że rozumie jej decyzję jest chyba pierwszym w literaturze dziecięcej przykładem rodzicielstwa bliskości - podobnie jak historia z Majką i mokrą podłogą. "Dzieci z ulicy Awanturników" i "Lotta z ulicy Awanturników" to krótkie i ciepłe historie opatrzone licznymi rysunkami - w sam raz dla młodszych czytelników.


Szwedzkie bułeczki "kanelbullar" to chyba najbardziej znane w Szwecji "jedzenie na pocieszenie". Drożdżowe ślimaki z delikatnie słonego ciasta drożdżowego (wiele przepisów sugeruje używanie solonego masła!) z dodatkiem ogromnej ilości cynamonu (czasem też kardamonu) posypane perlistym cukrem to najlepsze, co może się zdarzyć o poranku. I popołudniu z filiżanką kawy też. Astrid Lindgren sugeruje spożywanie bułeczek z gorącą czekoladą. Nie ma co sobie dawkować przyjemności. W Szwecji kanelbullar piecze się w specjalnych papilotkach - mają około 7 cm średnicy i 1 cm wysokości. Dzięki nim bułeczki w pieczeniu nie przyklejają się do siebie i można je łatwiej przechowywać. Papilotki możecie znaleźć w IKEA (przyznamy, że przez dłuższy czas nie potrafiliśmy znaleźć dla nich zastosowania w naszej kuchni i pieczenie w nich drożdżówek nie wydawało nam się oczywiste). Z podanych proporcji wyjdzie około 16 cynamonowych ślimaczków. Polecamy zwijanie ich z dziećmi - niezależnie od wieku poradzą sobie z tą czynnością i będą miały dużo frajdy z formowania bułeczek. Wcześniej tylko wytłumaczcie im dlaczego na ciasto drożdżowe trzeba będzie długo czekać.


Czas przygotowania: 20 minut
Czas oczekiwania: 2 godziny

Składniki:
ciasto
250 ml ciepłego mleka
25 g świeżych drożdży
75 g cukru
500 g mąki pszennej lub orkiszowej 
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka kardamonu
40 g rozpuszczonego masła

nadzienie
60 g miękkiego masła
60 g cukru
2 łyżki cynamonu

wierzch 
1 jajko
cukier perlisty



1. Do miseczki kruszymy drożdże. Dodajemy cukier i ciepłe mleko. Mieszamy do rozpuszczenia drożdży. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy na 10 minut. Drożdże powinny ruszyć - zrobi się gęsta piana. 

2. Do drożdży dodajemy mąkę, sól, kardamon, masło. Mieszamy, aż ciasto zacznie odstawać od ręki - około 10 minut. Możemy użyć miksera planetarnego - ciasto wyrabiamy 5 minut. 

3. Do miski wkładamy wyrobione ciasto. Smarujemy wierzch 1 łyżką oleju. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do napuszenia na 1 godzinę. 

4. Gotowe ciasto rozwałkowujemy na prostokąt o szerokości 40 cm i długości ok. 30 cm. Smarujemy masłem, oprószamy cukrem i cynamonem. Zawijamy w ciasny rulon. 

5. Rulon kroimy w plasterki o grubości ok. 1,5 cm. Każdy ślimaczek wkładamy do papilotki lub kładziemy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia. 

6. Bułeczki przykrywamy czystą ściereczką, wstawiamy do ciepłego miejsca i pozwalamy im urosnąć jeszcze przez godzinę. 

7. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni Celsjusza. 

8. Wyrośnięte bułeczki smarujemy rozmąconym jajkiem i posypujemy cukrem (opcjonalnie). 

9. Bułeczki wstawiamy do pieca i pieczemy, aż będą złote - 12-14 minut. 


wtorek, 31 stycznia 2017

Skóra w której trzeba nauczyć się żyć - #sosAZS

Chroni, ogrzewa, oziębia, pozwala odczuwać, jest naszą wizytówką. Skóra to największy organ naszego ciała. Jak nauczyć się żyć z narządem, który ciągle swędzi i boli?


Skóra dla chorych na atopowe zapalenie skóry to błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie. Oczywiście spełnia wszystkie swoje podstawowe funkcje, ale ma funkcję zupełnie nadprogramową - jest lusterkiem w którym odbijają się wszystkie emocje. Kiedy inne dzieci podgryzają koszulki, trzymają palce w buzi czy po prostu krzyczą, dzieci z AZS okrutnie się drapią. Wtedy też u rodziców, ale też samych chorych, pojawia się pytanie: jak walczyć z AZS?

Przez wiele lat to samo pytanie zadawaliśmy sobie my. Do czasu. Atopia to nie jest zewnętrzny wróg - źródłem problemu nie są bakterie ani wirusy; nie są nim też czynniki zewnętrze chociaż one zaostrzają objawy. Głównym źródłem tej choroby jest sam chory - wyjątkowo wrażliwy człowiek, którego ciało reaguje nie tylko na alergeny, ale też na trudne emocje. Czy można zatem walczyć z samym sobą? Czy można walczyć z dzieckiem? Może się wydawać, zmiana w nazywaniu procesu z "walki" na "oswajanie" to kosmetyczna zmiana językowa. Okazuje się, że od tej zmiany w nazywaniu biorą się zmiany w zachowaniu.

Kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że musimy oswoić tę chorobę zaczęliśmy bardziej przyglądać się naszej córce. Zorientowaliśmy się, że kiedy wszyscy rozmawiają o wakacjach, ona zauważa ptaka siedzącego na gałęzi za oknem. Po prostu, zauważa więcej niż my. Kiedy wraca z przedszkola i widzimy rozdrapane ręce wiemy, że coś się działo. Ona nie zawsze jest sobie w stanie szybko przypomnieć co się stało, ale my mamy sygnał, że to był trudny dzień. Dzięki temu wiemy też co robić dalej. Było trudno tam, więc w domu będzie spokojnie i bezpiecznie. Rezygnujemy ze wspólnych zakupów w zatłoczonym centrum handlowym i wybieramy spokojne czytanie i kolorowanie. Dlaczego zmieniamy plany? Bo chcemy mieć dobrą i spokojną noc - taką podczas której nikt nie krzyczy, że boli. Wiemy, że swędzenie nasila się pod wpływem silnych emocji dlatego chcemy dać jej bufor - czas i przestrzeń na spokojne wyciszenie się. 

Oswajając chorobę i rozmawiając o tym, że musimy wszyscy nauczyć się z nią żyć wysłaliśmy córce sygnał - jesteś dobra taka, jaka jesteś. O co chodzi? O to, że jak się jest dziewczynką którą lubi się przebierać tysiąc razy dziennie to takie smarowanie ciała białym kremem może się wydawać jednorazową akcją. Posmarujemy - problem zniknie. My wiemy, że ten problem nie zniknie i chcemy, żeby ona też to wiedziała. Smarowanie będzie jej codziennością. Jej skóra się nie zmieni nagle w zupełnie jędrną, jednolitą i idealnie różową. Nawet, jeśli te nawroty będą się zdarzały rzadziej, to i tak będzie musiała uważać na swoją delikatną skórę. AZS potrafi niespodziewanie wrócić po 20 latach i lepiej to rozumieć i być na to przygotowanym. Oswajając AZS mówimy jednak coś ważniejszego niż "przygotuj się na nieustanną pielęgnację". Mówimy o emocjach - kochamy Cię codziennie. Kochamy Cię tak samo mocno kiedy się drapiesz do krwi i kiedy siedzimy w nocy przy Twoim łóżku próbując chociaż na chwilę uśmierzyć świąd. To, że cię swędzi nie jest Twoją winą. To, że masz AZS nie sprawia, że jest gorsza i brzydka. Nie patrzymy na Ciebie tylko przez pryzmat choroby.
Chcemy, żeby nasze dziecko akceptowało swoje ciało. Chcemy, żeby nasze dziecko wiedziało, że AZS to nie jest kara. Chcemy, żeby umiała cieszyć się ze swego ciała. Chcemy, żeby ubierała się w to, co jest dobre dla jej skóry i co jej się podoba. Nie chcemy, żeby wstydziła się swojego ciała, bo ma czerwone plamy czy zadrapania. Ta skóra to jest ona. 

Uczenie się życia z AZS to też większa motywacja do trzymania diety. O diecie dobrej dla skóry pisałam tutaj. Zwykle diety traktujemy jakoś coś chwilowego - jak będzie lepiej to znowu zacznę jeść normalnie. Kiedy sobie uświadomisz, że z AZSem się nie walczy, rozumiesz że dieta jest czymś stałym, że to naprawdę jest "styl życia", że to jest niejako lekarstwo. Odstępstwa od diety zawsze mają skutki uboczne. Ta dieta nie ma ram czasowych. 

W końcu też oswajanie choroby daje siłę do szukania pomocy. Wszyscy rodzice dzieci z AZS wiedzą, że ta choroba to pasmo niekończących się prób. Najpierw szuka się najlepszego sposobu pielęgnacji skóry, szuka się lekarza dermatologa i alergologa, którzy zrozumieją istotę choroby, szuka się odpowiednich leków, szuka się alergenów, które uczulają. Szuka się też najlepszego proszku do prania i producenta bawełnianych koszulek. To wszystko na początku wygląda jak nieustanna walka z wiatrakami, bo mimo wielu prób poprawa jest znikoma. Kiedy raz się uda zatrzymać kolejny rzut, mamy poczucie, że jesteśmy krok dalej. Nauczyliśmy się czegoś nowego, wiemy jak sobie poradzić następnym razem, jesteśmy na to przygotowani i czujemy się pewniej i spokojniej. Wiemy, że jakość tej pomocy jest kluczowa - jeśli jeden lekarz rozkłada ręce, idziemy do kolejnego, bo zaostrzenia są normą, a my chcemy je jak najszybciej je załagodzić. I naprawdę mając poczucie, że ta choroba z nami będzie nie zadowalamy się jakąś namiastką skutecznej pomocy tylko szukamy prawdziwego wsparcia. 

Nasza dorosła przyjaciółka z AZS ze śmiechem powtarza, że od małego słyszała, że z tego "wyrośnie". Już ponad 30 lat ciągle czeka, a jej skóra wciąż wydaje się być za młoda, żeby raz na zawsze skończyć z tym AZSem. To ona zainspirowała nas do tej zmiany w myśleniu. Ona nauczyła się z tym żyć - porządnie je, zna adresy lekarzy, którzy pomagają jej kiedy ma zaostrzenie choroby, przetestowała na sobie setki emolientów i ciągle odkrywa ich jasne i ciemne strony. Dzięki niej jesteśmy przekonani, że jedyną drogą do leczenia atopowego zapalenia skóry jest nieustanne dbanie o siebie - nie tylko o skórę, ale przede wszystkim o siebie. I nie ma tutaj miejsca na walkę - tu jest miejsce tylko na spokojną akceptację i troskę.

zdjęcie: vchili
Cousins via photopin (license)

środa, 25 stycznia 2017

Dieta, która pomaga skórze - #sosAZS


Atopowe zapalenie skóry, które znane jest też jako egzema, to choroba, która dotyka coraz więcej osób. Można ją opisać jako swędzenie, którego nie uśmierza drapanie. Czy dieta może je wyleczyć?


O AZS po raz pierwszy usłyszeliśmy 15 lat temu. Wiedzieliśmy tyle, że jest to choroba skóry, która objawia się zaczerwieniem skóry i świądem. 10 lat później urodziła się nasza córeczka, której skóra schodziła płatami od pierwszego dnia życia. Usłyszeliśmy od lekarzy, że niektóre maluchy mają problem z adaptacją do nowych warunków i mamy przeczekać. Czekaliśmy i adaptacja chyba nigdy nie nastąpiła.

Na AZS cierpi około 20% populacji, a w ciągu ostatnich 30 lat w krajach uprzemysłowionych liczba zachorowań wzrosła trzykrotnie. AZS to choroba genetyczna o podłożu zapalnym. Nie znana jest jej dokładna przyczyna. Wiadomo, że ponad 30% dzieci z AZS ma alergie pokarmowe, ale AZS alergią nie jest. Jest to choroba, która zaostrza się pod wpływem stresu. Skóra i układ nerwowy są ze sobą ścisłe powiązane, bo to centralny układ nerwowy zarządza wieloma czynnościami skóry. Nic więc dziwnego, że pod wpływem stresu na skórze pojawią się najpierw niewielkie, a potem coraz większe czerwone plamy, które swędzą i zamieniają się w małe rany.

Wiele osób chcąc ułatwić sobie zrozumienie atopii przyjmuje, że jest to po prostu złożona alergia. Dlatego po zrobieniu testów zleconych przez alergologa unikają alergenów w nadziei, że wszystko będzie dobrze. Nie jest. Nie będzie. Czasem będzie, a czasem nie będzie, bo AZS to nie jest alergia. Dlatego wyłączając z diety wszystkie produkty, które alergizują nie uda nam się uniknąć zaostrzenia choroby. Chociaż oczywiście, nie zmieniając diety będzie jeszcze gorzej. Dlaczego? Dlatego właśnie, że na AZS składa się wiele czynników i jeszcze nikomu nie udało się znaleźć jego przyczyny. 

Jest jednak nadzieja dla wszystkich, którzy chorują lub opiekują się osobą z atopią (tak, to do Was, rodzice!). Tą nadzieją jest dieta, która wzmacnia organizm, uszczelnia jelita, które u atopików są zwykle osłabione, dodaje siły. Początki tej diety są wymagające - nagle okazuje się, że czeka nas więcej pracy. Efekty też nie od razu widać - organizm potrzebuje czasu na oczyszczenie się i przez pierwsze dwa, trzy tygodnie nie będzie widać poprawy. Kiedy przestrzegacie diety, jest dużo lepiej, za to po każdym "dniu bez wyrzutów sumienia" skóra atopika od razu reaguje.

Nie jesteśmy lekarzami ani dietetykami. Piszemy o naszym doświadczeniu, o doświadczeniu naszej dorosłej przyjaciółki z AZS i doświadczeniach dorosłych, którzy przestrzegają tych zaleceń. Nie gwarantujemy, że nagle AZS zniknie, ale na pewno będzie go łatwiej opanować. Ta dieta była zresztą podawana naszemu dziecku w szpitalu, chociaż o nią nie prosiliśmy. Jest to po prostu najczystsze i najprostsze (w sensie składników) jedzenie. 

1. Dietę dopasuj do alergii. Jeśli wiadomo, że coś uczula to bezwzględnie należy to wyeliminować. Przykład? Dziecko uczulone na pomidory nie tylko nie je pomidorówki i plastrów pomidora, ale też ketchupu, gotowych sosów w słoiku z dodatkiem pomidorów, przekąsek z pudrem pomidorowym, etc. Czytamy etykiety i nie pozwalamy na "cheat day" (on bardzo dużo kosztuje i tego, kogo swędzi i boli i tego, kto musi w nocy siedzieć przy łóżku i bezradnie na to patrzeć). 

2. Wszystko, co możliwe rób samodzielnie. Unikaj kupowanych wędlin z długim składem, nabiału z niewyobrażalną ilością cukru i barwników, gotowych dań w słoikach i puszkach. Barwniki i konserwanty bardzo zaostrzają chorobę.

3. W czasie mocnego zaostrzenia postaw na lekkostrawną dietę. Podawaj pieczone mięsa, gotowane warzywa, kasze, pieczone owoce. Unikaj octu (który jest też w majonezie, ketchupie, gotowych sosach, piklach), ostrych przypraw, produktów wędzonych i cukru, alkoholu.

4. Podawaj ciepłe posiłki. Skóra potrzebuje nawilżenia, a najlepiej "od środka" nawilżają ciepłe posiłki i ciepła woda. Wszystko, co mocno chrupie mocno wysusza.

5. Pokochaj kaszę jaglaną. Kasza jaglana działa trochę jak odkurzacz usuwający z organizmu toksyny. Żeby nie było nudno, jaglankę można podawać na słodko (tutaj macie przepisy) i na słono. Można robić ją na mleku, mleku roślinnym, soku (pyszna jest jaglanka na soku jabłkowym). Można ją zmiksować na jaglankowy budyń. Można skropić ją olejem lnianym i podać z pestkami dyni. Nasza przyjaciółka z AZS jest mistrzynią jaglanki i mówi, że nie wyobraża sobie bez niej życia. My też nie.

6. Unikaj cukru i nabiału z cukrem. Nabiał, a szczególnie nabiał słodzony, bardzo obciąża organizm i widać to na skórze. Jeśli atopik lubi jogurty owocowe, to spróbujcie przynajmniej robić je samodzielnie - do jogurtu naturalnego dodajcie zmiksowane owoce.

7. Wspomagaj jelita probiotykami. Zauważyliśmy, że od kiedy podajemy dziecku sanprobi, jest lepiej. A może inaczej, kiedy odstawiamy probiotyk, jest zawsze gorzej. Jest jakaś ogromna zależność między dobrostanem jelit, a dobrostanem skóry. Dlatego warto podawać dziecku probiotyki, żeby wzmocnić jelita.

To jest bardzo podstawowa dieta dla atopika - przede wszystkim musi być lekkostrawna (i taką też podają dzieciom na oddziale dermatologicznym w Międzylesiu). My w czasach zaostrzenia choroby staramy się dietę jeszcze bardziej ograniczyć. Na co dzień jednak trzymamy się tych reguł. Dla naszego dziecka przygotowujemy też posiłki do przedszkola - jeśli chcecie zobaczyć jakie to przeczytajcie ten tekst "Dieta, AZS i przedszkole".

Matkom z maluszkami bardzo polecam karmienie piersią. Dopóki nie odstawiłam naszej córki, nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo mleko matki pomaga dziecku zmagać się z chorobą - jest to pełnowartościowy pokarm, a poza tym podczas karmienia dziecko się uspokaja i mniej drapie. 

wtorek, 17 stycznia 2017

7 rzeczy, których uczy gotowanie z dziećmi

Do gotowania z dziećmi zachęcamy od kiedy sami zostaliśmy rodzicami. Rozumiemy, że to może być wyzwanie, którego nie wszyscy chcą się podjąć. Dlatego chcemy napisać dlaczego warto.


1. Uczymy się współpracy

Gotowanie i przygotowywanie czegokolwiek z dziećmi bywa trudne. Ich umiejętność skupienia uwagi wydaje się zbyt krótka, żeby coś zrobić. My wolimy myśleć o tym w inny sposób. Jeśli dziecko się nudzi, daj mu inne zadanie. I pozwól mu zrobić to po swojemu. Gotując z dziećmi nauczyliśmy się odpuszczać kontrolowanie wszystkiego. Nauczyliśmy się też, że naprawdę czasem nie ma znaczenia czy coś jest starte na tarce o dużych oczkach czy mniejszych. Dzieci za to nauczyły się, że jeśli one nie zetrą jabłek na tarce (i powstrzymają się przed zjedzeniem ich) nie będziemy mieli szarlotki.  Nauczyły się też, że są w stanie zrobić naprawdę dużo. My się nauczyliśmy, że dzieci zwykle potrafią więcej niż nam się wydaje. Wszyscy uczymy się, że oczywiście można coś zrobić samemu, ale robiąc razem jest radośniej.  

2. Uczymy się szanować pracę innych

Gotując wspólnie rozmawiamy często o składnikach, których potrzebujemy do przygotowania dań – skąd pochodzą, jak rosną, jak się je zbiera. Dzięki temu dzieci wiedzą, że jedzenie jest darem ziemi, jest pracą wielu ludzi i trzeba je szanować. Co za tym idzie, nie warto brać na talerz więcej niż się zje (bo my pozwalamy im nakładac sobie porcje) i warto zjeść absolutnie wszystko, szczególnie jeśli chodzi o mięso. 

3. Uczymy się o produktach

Jajka są najlepszym przykładem tego jak można pokazać dzieciom jak działa przemysł spożywczy i jak warto podejmować dobre decyzje. Dlaczego niektóre jajka, np. te od cioci nie mają stempli, a na innych jest cyferka 0,1? Skąd mamy miód, dlaczego miód się krystalizuje? Jak poznać świeżą rybę? Nie oznacza to, że jak za dotknięciem magicznej różdżki przestają kochać żelki, ale oznacza to, że jak będą dorosłymi ludźmi to będą to po prostu wiedzieli. 


4. Uczymy się o historii naszej rodziny

Jedna babcia robi najlepszą szarlotkę, druga babcia jest mistrzynią sałatki jarzynowej. Ja będąc małą dziewczynką uwielbiałam pączuszki serowe, a babcia gotowała mi parówki z ziemniakami. Ciocia smażyła najlepsze pączki i była siostrą babci Marii. Ciocia Ewa gotuje zupy z posiekanym jajkiem i jest siostrą dziadka. To jest fantastyczny sposób, żeby dzieci poznały drzewo genealogiczne, żeby poznały rodzinne anegdoty, które przypominają się w zupełnie nieoczekiwanych momentach. 

5. Uczymy się dobrych praktyk

„Clean as you go” było najlepszą radą jaką dostałam do koleżanki cukierniczki i próbuję to przekazać dzieciom. Nie emożesz gotować jak masz bałagan wokół. Spróbuj zastanowić się ile naczyń potrzebujesz, czy możesz zredukować ich ilość, sprzątnij po sobie od razu, zetrzyj plamę z podłogi od razu. To wszystko sprawia, że w kuchni jest naprawdę akceptowalnie. Uczymy też je czytać przepisy od początku do końca zanim zaczną gotować. Żeby po tym jak wyleją do zlewu żółtka nie okazało się, że do ciasta nie wystarczą same białka. 

Piszę tutaj o gotowaniu z dziećmi, które mają 4 5, 6, 7 lat. Ja gotowałam z dziećmi od kiedy miały rok. Ciasto drożdżowe na pizzę jest świetne do ćwiczenia integracji sensorycznej. 

6. Uczymy się bezpieczeństwa

Nasze dzieci używają noży od 3 roku życia. Prawdziwych, ostrych noży. Czy się pocięły? Zdarzyło się. Może 3-4 razy. Ale teraz wiedzą, że jeśli chcesz coś kroić musisz użyć deski i ustabilizować produkt. Nie warto kroić warzyw i owoców w ręku. Obieranie warzyw wymaga precyzji i cierpliwości. Jeśli czujesz, że Twoje dziecko nie jest gotowe, spróbuj z nożem obiadowym i jakimś prostym zadaniem – na pewno może pokroić jabłka do placków, obrać mandarynki, rozbić jajka. 

7. Uczymy, że przyjaciół trzeba karmić 

Zwykle z dziećmi robimy pizzę, kanapki, owsiankę, szaszłyki owocowe, kolorowe warzywne frytki albo ciastka. Zawsze (prawie zawsze) staramy się dzielić tym, co ugotujemy czy upieczemy. Zapraszamy gości, którzy mogliby z nami cieszyć się jedzeniem. A tym samym uczymy ich, że dobrze myśleć o innych, sprawiać im przyjemność. Bo przyjemnościami łatwo się dzielić. 


Na zdjęciach widzicie nas w takich samych fartuszkach - dla dorosłego i dla dziecka. Fartuszki dostaliśmy w prezencie od naszej koleżanki Agnieszki. Wybrała materiał na stronie KUKA - księżniczkowy dla dziewczyn i liskowy dla chłopaków, kupiła gotowy wykrój w naszych rozmiarach i zrobiła nam najpiękniejszy kuchenny prezent. Takie ręcznie robione prezenty są cudowne i mamy ochotę je powiescić w ramce (bo fartuszki jednak się brudzą). Walczymy jednak ze sobą i pozwalamy im spróbować trochę sosu do pizzy czy czekolady z brownie, bo one też chcą żyć swoim własnym kuchennym życiem. Jeśli szukacie prezentu dla dzieci to koniecznie wejdźcie na stronę KUKA i przejrzyjcie te wspaniałe wzory. Na pewno coś Wam od razu wpadnie w oko (i do koszyka!). 

wtorek, 10 stycznia 2017

Portobello z pęczakiem, szynką i szpinakiem

Portobello to piękna nazwa ogromnych pieczarek, które są stworzone do faszerowania i zapiekania. I właśnie w ten sposób je przygotowaliśmy.

Pierwszy raz portobello widzieliśmy w jakimś programie kulinarnym kilka lat temu. Jakaś piękna pani grillowała je i podawała razem z pomidorami i papryką. Nie mogliśmy ich znaleźć wtedy w żadnym sklepie, więc pomyśleliśmy, że to była jakaś genetycznie zmodyfikowana pieczarka stworzona na potrzeby programu. Ale ostatnio takie piękne duże pieczarki leżały sobie spokojnie w Biedronce i czekały, aż ktoś je zabierze do koszyka. Więc je wzięliśmy. Okazało się, że smakują zupełnie jak ich mniejsze pieczarkowe odpowiedniki. 

W domu mieliśmy ugotowany pęczak, jakieś resztki szpinaku, szynkę dojrzewającą i kawałek parmezanu. Wszystko to zupełnie nadawało się do zrobienia farszu do pieczarek. Wyszło naprawdę pyszne i lekkie danie - takie, które można zrobić sobie do oglądania ulubionego serialu albo nakarmić nim przyjaciół. Wystarczy pół godziny i wszystko jest gotowe. Prostota i smak!


Czas przygotowania: 30 minut

Składniki dla 3 osób:

3 pieczarki portobello
1/2 szklanki pęczaku
1 mała cebula
1 ząbek czosnku
2 łyżki masła
1 1/2 szklanki szpinaku (jakieś 100 g)
1/2 szklanki tartego parmezanu
3 plastry szynki dojrzewającej (może być jamón lub szwarzwaldzka)
1 łyżka octu balsamicznego
szczypta soli
duża szczypta pieprzu


1. Na dno prostokątnej blaszki w której zmieszczą się nasze pieczarki wylewamy 1/2 szklanki wody. Kładziemy pieczarki i wstawiamy do zimnego piekarnika. Ustawiamy temperaturę 180 stopni Celsjusza i zabieramy się za przygotowanie kaszy.

2. Do rondelka wsypujemy kaszę, wlewamy 1 szklankę wody. Doprowadzamy do wrzenia. Zmniejszamy ogień i gotujemy, aż kasza wchłonie wodę - około 10 minut. W tym czasie myjemy szpinak pod bieżącą wodą.

3. Liście szpinaku myjemy, odrywamy końcówki.

4. Szynkę kroimy w cienkie paseczki.

5. Cebulę i czosnek drobno siekamy.

6.  Na patelni rozgrzewamy masło, dodajemy cebulę. Przykrywamy i zostawiamy na małym ogniu na minutę. Okrywamy, dodajemy czosnek i szpinak. Ciągle mieszając czekamy, aż szpinak zwiędnie - około 2 minut. Dodajemy szynkę, parmezan, ocet balsamiczny, sól i pieprz. Mieszamy, zdejmujemy z ognia.

7. Ugotowany pęczak wkładamy na patelnię i mieszamy z pozostałymi składnikami.

8. Z pieca wyciągamy pieczarki. Każdą z pieczarek nadziewamy farszem, który jest na patelni.

9. Pieczarki wstawiamy do piekarnika i podpiekamy 10 minut.