środa, 18 października 2017

Jak instagram i blogi zmieniły sposób jedzenia?

Co widzisz, kiedy myślisz o „dobrym jedzeniu”? Owsiankę z idealnie ułożonymi owocami, placki z kusząco spływającym sosem z solonego karmelu, burgera z frywolnie wychylającymi się plasterkami pomidora, kolorowe sałatki?




Żyjemy w czasach w których ważne jest już nie tylko co jemy, ale jak jemy. Nie mam na myśli powrotu do celebrowania posiłków. Chodzi mi o to jak wielką wagę dzisiaj przykładamy do wyglądu potraw. Rozglądaliście się kiedyś jak zachowują się ludzie w restauracji czy śniadaniowni? Niby rozmawiają, niby są umierający z głodu i z ogromną niecierpliwością w oczach wyczekują kelnerów. A kiedy ich jedzenie ląduje na stole, zaczynają cały rytuał. Zdjęcie z jednej strony, pogląd, przewracamy talerz, zdjęcie, podgląd. Teraz wstaniemy, bo jednak w perspektywie „z góry” będzie wyglądało lepiej. Podgląd. Teraz trudna decyzja – jemy czy dopieszczamy? Jeśli jemy, to temat chwilowo uznajemy za zamknięty. Jeśli zdjęcie ma od razu żyć własnym życiem, to zaczynamy zabawę z vsco, snapseedem albo po prostu filtrami na instagramie.

Czy jest w tym coś złego?


Jako osoba z natury nazbyt miła i unikająca konfliktów napisałabym, że raczej nie. Czuję jednak przez skórę, że to jednak trochę źle. Po pierwsze, jak wizualizuję sobie dania, które kocham bezwzględnie i wiernie to w pierwszej trójce są: babka ziemniaczana, gulasz z kopytkami i klopsiki z ziemniakami. Jaki mają kolor? Brązowo-szary. Bury. Nieładny. W takiej formie w jakiej wychodzą z garnka czy piekarnika są mało atrakcyjne. Teraz wpiszcie w google hasło „klopsiki” czy „gulasz”. Zdjęcia, które pokażą jak danie wygląda naprawdę będą straszne. Te piękne, aranżowane zdjęcia będą miały tu zielone kiełki czy natkę, tu marchewki ugotowane nie do końca (bo takie ugotowane na miękko nie są tak fotogeniczne) albo będą najmniej istotnym elementem całej fotografii. Czy przeszkadzają mi piękne zdjęcia? Absolutnie nie! Przeszkadzałoby mi jednak, gdyby z naszego krajobrazu obiadowego zniknęły te cudowne i nieco wymagające wizualnie dania – gulasze, wątróbki, kartacze, kluchy leniuchy, jajecznica „nic”, płatki owsiane na mleku bez pięknie zaaranżowanych owoców i orzechów (które naprawdę czasem potrafią wyglądać odwrotnie proporcjonalnie do smaku). Byłoby mi ogromnie źle, gdyby blogerzy i autorzy książek kulinarnych specjalnie unikali promowania takich dań tylko dlatego, że niezwykle trudno je zaprezentować. Jedzenie jest jednak przede wszystkim po to, by zaspokoić głód i nas uszczęśliwić.

Próby upiększenia jedzenia za wszelką cenę to też domena restauracji. Jedzenie, które pięknie wygląda dobrze się wiraluje, jest świetną wizytówką knajpy. Im większa liczba udostępnień, tym większa rozpoznawalność restauracji czy baru. Czy to źle? Jeśli za wyglądem idzie smak to oczywiście, że nie ma w tym nic złego. Jeśli jednak wszystko to dzieje się tylko po to, żeby dobrze wyglądało to jednak coś tu nie działa. Dla mnie najlepszym przykładem instagramowego jedzenie są freak shakes. Tego nie da się wypić ze smakiem. Po przebiciu się przez kilometry bitej śmietany i kilogramy posypek nie mam ochoty próbować koktajlu. A nawet jak spróbuję, zwykle okazuje się słaby, słodki i niesmaczny. O głębokomrożonym pączku nie wspomnę.

Kolejnym przykładem o którym przypominała mi nasza znajoma jest sernik. W kawiarni. Z czereśniami. Naiwnie myślałam, że czereśnie zdobiące wierzch sernika są pozbawione pestek. Wszak tak robią w niektórych miejscach (np. mojej najukochańszej białostockiej kawiarni Fly High Coffee). Po tym jak poczułam pod zębem coś twardego, co ewidentnie chciało sprawdzić czy ząb czasu nie ukruszył mojego uzębienia, postanowiłam podzielić się moją nieco niepochlebną opinią na temat czereśni z pestkami z właścicielką przybytku. "To Pani nie wie, że w czereśniach są pestki"? Zasadniczo wiem, ale jakoś uznaję, że wszystko, co na talerzu jest po prostu jadalne, 

Zapomniałabym wspomnieć o ciastach i ciasteczkach. Piękne są te wielopiętrowe bezy, których nie potrafiłabym ukroić bez instrukcji obsługi. Uwielbiam patrzeć na ciasteczka z wymalowanymi lukrem kształtami. Jednak najbardziej na świecie kocham zwykłą drożdżówkę, zupełnie niefotogeniczne ciasto marchewkowe, babkę piaskową bez żadnych dodatków i powykrzywiane bułeczki z cynamonem i jabłkami. Proste, niewyszukane dania, bez stylizacji, bez pięknego talerza. Takie, które sprawiają, że czujesz się wspaniale i dobrze. Takie, które uszczęśliwiają innych. Takie, które nie zrobią furory na instagramie, ale wywołają realny uśmiech na którym zależy bardziej niż na kolejnym wirtualnym serduszku. 

Czy mam coś przeciwko stylizacji? Nie, pod warunkiem, że stylizuje się bezapelacyjnie dobry smak. 


P.S. Natka pietruszki, kolendra, kiełki, granat, kakao często „ratują” zdjęcia, ale nie smak. Pamiętajcie o tym inspirując się zdjęciami z sieci.


piątek, 15 września 2017

A Ty, co wiesz o ziołach? Recenzja książki Zioła – dla smaku, zdrowia i urody

Czy na prawie 300 stronach da się przekonać, że zioła są dla nas łatwym sposobem na lepszy wygląd i zdrowie? Małgorzata Kaczmarczyk podejmuje tę heroiczną próbę.


Zioła kojarzą mi się z herbatkami z Herbapolu, KlaudynąHebdą i świętem Matki Boskiej Zielnej. Idąc na łąkę czy do lasu wiem, że one tam są, ale trudno mi je rozpoznać. Zupełnie też nie wiem do czego miałyby służyć. Książka opisuje działanie poszczególnych ziół, sposoby ich konserwowania i przepisy z ich wykorzystaniem. Przy każdej substancji zaznaczone są możliwe skutki uboczne przyjmowania jej w zbyt dużej ilości – wszystko zostało opatrzone przypisami do publikacji naukowych.


Przyznam się, że mnie najbardziej zainteresowały trzy rozdziały: przeziębienia, kosmetyki i nalewki. Autorka opisując sposoby walki z przeziębieniami odwołuje się do skutecznych metod naszych babek, podaje przepisy na ziołowe antybiotyki i doradza które herbatki ziołowe pozwalają pozbyć się przykrej choroby. Z wielką radością odkryłam, że nalewka z jarzębiny, cytryny i miodu jest świetnym źródłem witaminy C i jest bardzo prosta do zrobienia. Z wielką ekscytacją przejrzałam rozdział o ziołowych kosmetykach. Oprócz samych receptur na kremy czy peelingi w książce znajdziemy opisy całych rytuałów relaksacyjnych i pielęgnacyjnych. Są bardzo proste. Jeśli ktoś ma poczucie, że wymagają zbyt długich przygotowań, Autorka podaje sposoby na równie skuteczne, ale szybsze metody pielęgnacji. Dla przykładu: peeling możemy zrobić z mielonych ziaren kawy, ale kiedy zupełnie nie mamy czasu na jego przygotowanie możemy wykorzystać skrystalizowany miód.

Autorka we wstępie zaznacza, że jej książka nie jest poradnikiem mającym na celu pokazanie jak sobie radzić z konkretną chorobą. Akceptuję to podejście. Zupełnie zgadzam się z tym, że zioła mogą wspomóc leczenie, ale jak każda substancja aktywna mogą przeszkodzić medycynie tradycyjnej (przeczytajcie co o tym mówiła onko-dietetyczka). Dlatego nie można bagatelizować ich mocy. 



Jedyną rzeczą, której bardzo mi brakuje w książce to zdjęcia wszystkich wspominanych ziół. Rozumiem, że książka nie jest zielnikiem. Mam jednak poczucie niedosytu, kiedy nie wiem jak wygląda konkretna roślina i raz po raz muszę szukać jej zdjęcia w internecie. Można by rzec, że w ten sposób po prostu się uczę. Ja jednak mam dość pobożne podejście do książek i jak już mam ją w ręku, to chciałabym, żeby było w niej wszystko.

Zioła – dla smaku, urody i zdrowia to pozycja dla tych, którzy wierzą w siłę natury, lubią alchemię i nie boją się eksperymentów. Bo jednak trzeba mieć naturę alchemika, żeby do ketchupu dodać lebiodki i głogu, a do zupy gwiazdnicy, nasturcji czy nagietka.



Małgorzata Kaczmarczyk
Zioła – dla smaku, zdrowia i urody
wydawnictwo Samo Sedno
Cena: 44,90


wtorek, 5 września 2017

Słodycze do szkoły bez wyrzutów sumienia - część II

Znowu w lodówce mieliście światło i nie bardzo wiedzieliście co dać dziecku do szkoły. Przekraczając próg spożywczaka przeklinaliście ustawę zakazującą słodyczy w szkole, a jedyną rzeczą, którą chciało dziecko był ten zupełnie nowy batonik w białej czekoladzie z naklejką do kolekcji? 

Przed rokiem opublikowaliśmy listę naszych śniadaniówkowych odkryć (przejrzyj je tutaj).  Tym razem publikujemy nową listę słodyczy do szkoły bez wyrzutów sumienia.

1. Dobra kaloria




W Dobrej Kalorii zakochałam się w ciąży i pasjami pożerałam ekspandowaną grykę z miodem. Dzieciom do szkoły kupujemy jednak batoniki. Sprawdzają się nie tylko w szkole, ale podróży (nie bardzo brudzą samochód), w parku (a tamta babcia daje dziewczynce batonika i ja też chcę), na wakacjach. Ulubiony smak dzieci to jabłko z cynamonem, ulubiony smak Adama to chrupiący orzech, ja kocham śliwkę i ziarno. Dobra kaloria dostępna jest w Rossmanie, Lidlu i chyba wszystkich hipermarketach. Cena: ok. 2,50 PLN

piątek, 25 sierpnia 2017

Termosy i śniadaniówki dla dzieci - subiektywny przegląd #sosAZS

Niedługo rozpoczynamy czwarty rok gotowania obiadów do przedszkola i drugi rok przygotowywania obiadów do szkoły. Przez ten czas przetestowaliśmy kilka termosów i śniadaniówek. Być może nasze doświadczenia pomogą Wam dobrać termos czy śniadaniówkę dopasowaną do potrzeb Waszego dziecka. 

Zanim zaczniecie przeglądać termosy i śniadaniówki, przeczytaj dlaczego gotujemy dla dzieci i jaką dietę stosujemy. Jeśli obawiasz się jak dziecko przyjmie fakt, że będzie jedynym dzieckiem w grupie czy klasie przynoszącym własne pojemniczki, to porozmawiaj z nauczycielem. Jeśli trudno Ci zebrać myśli, przeczytaj o czym nauczyciel wiedzieć powinien.


TERMOSY 

Wybierając termos musimy odpowiedzieć sobie na pytania:

- ile dziecko je (żeby dobrać odpowiedni rozmiar)
- co będzie zabierało do szkoły (czy tylko zupę czy dwa dania)
- czy będzie jadło bezpośrednio z termosu czy będzie można to jedzenie przełożyć na talerz
- jak długo termos musi trzymać ciepło
- czy będzie musiało termos odkręcać samo czy ktoś termos będzie otwierał za dziecko

środa, 16 sierpnia 2017

Przystanek Tleń, czyli gdzie zjeść w Borach Tucholskich

Czy sześcioro dorosłych i ośmioro dzieci może wspólnie zjeść dobry obiad w restauracji? Oczywiście - i to w miejscu polecanym przez Slow Food.




Do Przystanku Tleń trafiamy z polecenia właścicieli Osady Słomiany Zapał. Niezobowiązujące drewniane wnętrze łączy w sobie restaurację, pensjonat i browar. Przed restauracją znajdują się stoliki dla amatorów świeżego powietrza z tucholskich lasów. Na tablicy przy drzwiach wypisane są dania dnia i desery. Jednego dnia królują jagody, innego bób i kurki. W Tleniu jemy dwa razy w ciągu tygodnia.



Wchodzimy do jasnego wnętrza w którym widać miedziane kadzie, które fascynują dzieci. Przystanek Tleń to przecież browar. Siadamy przy dużym stole i stajemy się spełnieniem najgorszego koszmaru kuchni - prawie każdy bierze co innego.