poniedziałek, 11 grudnia 2017

Bożonarodzeniowa herbata [Jadalne prezenty #19]

Świąteczną herbatę pachnącą cynamonem, anyżem z delikatnie słodką nutą można kupić w każdej porządnej herbaciarni. Ale można ją też zrobić w dwie minuty. Za połowę ceny.

Święta, a przynajmniej Mikołajki, kojarzą mi się z wizytą w herbaciarni. Równiutko poustawiane identyczne słoiki kryją w sobie magię, jakąś szaloną miksturę aromatów. Uwielbiam je wąchać, chociaż po piątym nie pamiętam już czym dokładnie różnił się pierwszy i drugi. Nawet nie pomaga mi wtedy powąchanie ziarenek kawy, które podobno świetnie resetują nos. W herbaciarni potrafiłam wydać fortunę – herbata dla cioci, kuzynki, teściowej kuzynki, czyli dla tych, którzy są przy stole. Już w zeszłym roku postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i sama przygotować herbatę świąteczną. Nie jest to trudne, wystarczy jedna wizyta w supermarkecie i chwila między półkami z przyprawami. Potem wszystko mieszamy, zamykamy w torebeczkach czy słoiczkach. Po tygodniu herbata przechodzi aromatami przypraw i smakuje idealnie.

My herbatę pakujemy do pojedynczych torebeczek (takich) – 1 łyżka herbaty na torebeczkę. A potem wszystkie torebeczki pakujemy w celofan, żeby nasze aromaty się nie ulotniły poza herbatę.



Czas przygotowania: 2 minuty

Składniki:
100 g czarnej herbaty liściastej 
2 laski cynamonu
4 gwiazdki anyżu
12 ziarenek kardamonu
1 łyżka goździków
1 łyżka czerwonego pieprzu
opcjonalnie: 50 g suszonej wiśni lub śliwki kalifornijskiej 

1. Laskę cynamonu kruszymy na mniejsze kawałki. Najłatwiej zrobić to uderzając tępą stroną noża lub wałkując cynamon na desce do krojenia.

2. Anyż łamiemy na kawałki. Kardamon delikatnie miażdżymy.

3. Śliwki siekamy drobno.

4. W miseczce mieszamy wszystkie składniki. Przekładamy je do słoiczków lub woreczków i folii.

Najlepiej smakuje zaparzona ze plastrami świeżej pomarańczy.



piątek, 8 grudnia 2017

Pralinki daktylowo-migdałowe bez cukru [Jadalne prezenty #18]

Na słowo „pralinki” reaguje kołataniem serca i wyrzutem endorfin. Na frazę „bez cukru” zwykle reaguję śmiechem, bo niesłodkie słodycze zwykle nie są smaczne. Ale kiedy chce komuś na diecie podarować coś wspaniałego, po prostu stawiam na zdrowy środek i gorzką czekoladę. 

Jakiś czas temu pisałam już, że cukier to cukier i dla naszego organizmu nie ma znaczenia w jakiej formie go przyjmuje (zobaczcie tutaj pełną treść tekstu). Okazuje się, że jednak dla naszych jelit ma to znaczenie i są produkty, które im pomagają w życiu. Jednym z nich są daktyle. Wspomagają perystaltykę jelit i mają łatwoprzyswajalne cukry. 

Do zrobienia tych pralinek użyłam daktyli medjool, które są duże, mięsiste i miękkie. W skrócie: dobrze się miksują. Dodałam też naszego ulubionego masła migdałowego i ... odrobinę świątecznych aromatów. Całość obtoczyłam w gorzkiej czekoladzie. Najważniejsze w robieniu tych pralinek jest schładzanie masy w zamrażarce. Dzięki temu nie tylko zachowują kształt, ale też pięknie błyszczą (czekolada się naturalnie temperuje). 

Pralinki można zapakować do pudełeczek. Najlepiej zjeść je w ciągu 10 dni.



Czas przygotowania: 15 minut
Czas oczekiwania: 15 minut


Składniki:
200 g daktyli medjool (można kupić w Lidlu, internecie i sklepach ze zdrową żywnością)
50 g skórki pomarańczowej 
2 łyżki przyprawy do piernika
100 g masła migdałowego (użyliśmy Maslove)
100 g gorzkiej czekolady


1. Pozbywamy się pestek z daktyli. Wkładamy je do blendera razem z przyprawą do piernika i masłem migdałowym. Miksujemy do uzyskania jednolitej masy.

2. Do masy daktylowej dodajemy skórkę pomarańczową i mieszamy.

3. Deseczkę wykładamy papierem do pieczenia. W zamrażarce robimy tyle miejsca, żeby zmieścić tę deseczkę.

3. Z powstałej masy formujemy kuleczki o średnicy ok. 2 cm. Układamy na deseczce.

4. Kulki wstawiamy do zamrażarki na kwadrans.

5. W międzyczasie w kąpieli wodnej rozpuszczamy czekoladę.

6. Z zamrażarki wyciągamy daktylowe kuleczki. Przy pomocy dwóch łyżeczek do herbaty obtaczamy je delikatnie w czekoladzie i odkładamy na deseczkę.

7. Pralinki w czekoladzie wkładamy do zamrażarki na 5 minut. Wyciągamy i pakujemy.


środa, 6 grudnia 2017

Świąteczne chrupiące masło orzechowe [Jadalne prezenty #17]

Mikołajki, Boże Narodzenie, urodziny, imieniny. Każda okazja jest dobra, żeby podarować coś od serca. A jeśli to coś jest szybkie i proste, to jeszcze lepiej dla obdarowującego. 

Lubimy być Świętym Mikołajem, który w kuchni czaruje prezenty. Czasem brakuje nam elfów, które by zmywały. Rozumiemy, że w tym czasie są zajęte ważniejszymi sprawami. Dlatego z radością wyciągamy blendery, słoiczki i wstążki i czarujemy. 

Zapytaliśmy na naszym facebooku czy są jakieś jadalne prezenty, które chodzą Wam po głowie. Kilka razy pojawiło się masło orzechowe jako główny składnik. Jako nieskrywani wielbiciele mielonych fistaszków postanowiliśmy przyjąć to wyzwanie z radością. Masło orzechowe jako główny składnik powinno być naprawdę świetnej jakości. Przetestowaliśmy dla siebie (i dla Was też) kilka popularnych marek. Jedna z nich zagościła w naszej kuchni na stałe i chcemy się z Wami podzielić tym odkryciem. Maslove to masło z samych orzechów. Skład jest zatem bardzo krótki. Masło jednoskładnikowe jest rewelacyjne i świetnie sprawdza się w kuchni. Można je po prostu posmarować na toście czy placku, ale można z niego robić inne cuda. My zrobiliśmy i będziemy się z Wami dzielić tymi odkryciami. 

Pierwsze cudo to masło orzechowe pachnące Bożym Narodzeniem - piernikiem, keksem, makowcem. Robi się w jednej misce przy użyciu jednej łyżki. Ja lubię masło chrupiące, z wyczuwalnymi kawałkami orzechów. Lubię też raz po raz czuć skórkę pomarańczową. Jeśli tego nie lubicie i wolicie gładkie masło, użyjcie masła idealnie zmiksowanego, a skórkę zblendujcie na gładką masę. 



Czas przygotowania: 5 minut

Składniki:
200 g masła crunchy (użyliśmy Maslove mega crunch)
30 g miodu
2 łyżki przyprawy do piernika
50 g kandyzowanej skórki pomarańczowej

1. Przygotowujemy słoiczek do którego będziemy chcieli włożyć gotowe masło.
2. W miseczce mieszamy wszystkie składniki.
3. Masło przekładamy do słoiczka.



sobota, 2 grudnia 2017

Jak smakują nasze Święta?

Święta Bożego Narodzenia to dla większości z nas mieszanka wspomnień z dzieciństwa, chęć odcięcia się od tradycji nadwyżki, okazja do poeksperymentowania. Poproszeni o wybranie naszych smaków postawiliśmy na klasykę i wygodę. 



Niezwykle rzadko zdarza się, żebyśmy mogli nakarmić zupełnie obcych ludzi. Na blogu publikujemy przepisy w nadziei, że ktoś je powtórzy w domu. Za każdym razem cieszymy się, gdy dostajemy sygnały, że wyszło, że wyszło mimo adaptacji do zawartości spiżarni czytelników. Dzisiaj mieliśmy okazję ugotować nasze ulubione świąteczne dania na żywo. 



Na zaproszenie Selgros Cash&Carry przyjechaliśmy do Brasserie mieszczącej się w hali na ul. Puławskiej w Warszawie, żeby z szefem Krystianem Zalejskim przygotować dania z naszych świątecznych przepisów. Kruszyliśmy, mieszaliśmy, podgrzewaliśmy opowiadając przy tym o naszych rodzinnych tradycjach. Nie wyobrażamy sobie świąt Bożego Narodzenia bez kutii wypełnionej hojnie orzechami włoskimi, laskowymi, migdałami, rodzynkami, żurawiną, śliwkami kalifornijskimi, morelami. Takiej, która jest przygotowana z prawdziwego maku z dodatkiem miodu i odrobiną cukru (tutaj możecie zobaczyć przepis). Lubimy śledzie w różnych odsłonach, więc śledź z musztardą, śledzik w korzennej zalewie (przepis) czy śledzik ze śliwką kalifornijską i olejem rydzowym (przepis) to niemal rodzinny obowiązek. Czasami jednak ilość świątecznych dań nas przerasta i staramy się iść na skróty i przygotowywać wcześniej to, co się tylko da. Pasztet z łososia i dorsza na białym winie to jedna z takich potraw. Smakuje cudownie, jest niecodzienna, nieco pracochłonna, ale ... można ją przygotować kilka dni wcześniej bez uszczerbku dla smaku. Podobnymi pobudkami kierujemy się przygotowując świąteczny obiad. Najlepsze składniki, krótkie przygotowanie i zniewalający smak. Wszystkie te wymagania spełnia wołowina po burgundzku. Dobre mięso, warzywa, chwila podsmażania i kilka godzin w piekarniku sprawia, że świąteczny obiad pachnie i smakuje obłędnie. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy w święta nie chcieli przemycić czegoś niecodziennego. Naszą małą słabością jest eggnog - napój na bazie żółtek, whisky ze sporą szczyptą gałki muszkatołowej. Bez kieliszeczka eggnog nie ma Świąt. 





Wszystkie te smaki Bożego Narodzenia porcjowaliśmy i przekazywaliśmy klientom Hali. Niektórzy byli zaskoczeni smakiem, bo kutię jedli pierwszy raz w życiu. Inni przychodzili po dokładki obłędnej, rozpadającej się na kawałeczki i pachnącej tymiankiem wołowiny. Jeszcze inni skubali pasztet twierdząc, że bardziej pasuje im do świąt wielkanocnych. Dowiedzieliśmy się też, że Larousse sugeruje dodanie do wołowiny pieczarek, a najlepsze śledzie to matjasy (które można w kupić w dziale mrożonek). Wspaniale móc się czegoś nauczyć od zupełnie obcych ludzi. A jeszcze milej zobaczyć tych, którzy przyszli specjalnie dla nas. 


Pokazy kulinarne w Brasserie są zupełnie bezpłatne - 16.12 będzie można spróbować dań świątecznych z różnych stron świata w wykonaniu Kurta Schellera! Więcej o wydarzeniach organizowanych przez Akademię Kulinarną TransGourmet i Selgros możecie dowiedzieć się wchodząc na profil facebookowy lub stronę internetową




środa, 25 października 2017

Arendel - mała Norwegia w sercu Wielkopolski

Do Arendel przyjeżdżamy w deszczowy piątkowy wieczór. Wita nas znak łudząco przypominający znaki drogowe w Norwegii, radosny pies Chrupek i jego uśmiechnięci właściciele - Agata i Aleksander.



Arendel to agroturystyka inspirowana norweskimi hytte. Hytte to mały, drewniany domek w lesie. Kiedy piszę w lesie to nie mam na myśli domku na skraju lasu, ale dom zaszyty głęboko w lesie do którego trzeba dojść pieszo. Zapytani o to, co w takim miejscu można robić - Norwegowie odpowiadają bez zastanowienia. W hytte się odpoczywa sprzątając domek, kosząc trawę, rąbiąc drzewo i codziennie jedząc spaghetti z gotowym sosem pomidorowym. Jeśli chcecie się dowiedzieć czym jest hytte i jak ważne jest dla każdego Norwega, to koniecznie zobaczcie ten teledysk (klik). Jest fenomenalny i zabawny.



W Arendel są dwa urocze domki.  Jeden ma kolor błękitny i nazywa się Lyngdal (zdjęcie niżej), a drugi czerwony nazywa się Å. W każdym jest dwuosobowe łóżko, bogato wyposażony aneks kuchenny (np. w blender do robienia koktajlu z owoców zebranych w lesie), łazienka (z przyborami toaletowymi), stół i krzesła. Jest prosto, pięknie i przytulnie. W każdym domku zmieści się rodzina taka jak nasza - rodzice, dziecko do lat 3 i dwójka starszych dzieci śpiących na materacu na podłodze (dla nich to była przygoda życia).


W Arendel jest beztrosko. Jak inaczej opisać fakt, że wstając rano gałęzie drzew prawie włażą Ci do domu przed okno, za szybą widzisz słodką mordkę psa, który tylko czeka aż wyjdziesz, a w oddali słyszysz rżenie kucyków? A potem wybiegasz i możesz witać się z tym całym radosnym majdanem, obserwować jak są karmione, jak działają w grupie. Możesz grać w siatkówkę plażową albo wspinać się po wielkiej piaszczystej górze, możesz iść do lasu na grzyby albo pograć w podchody i w Indian. Możesz spokojnie napić się kawy na tarasie przed domkiem, w stodole albo w kawiarni tuż przy placu zabaw na którym też jest maleńki skandynawski domek. Możesz odpoczywać każdą komórką ciała.



W Arendel można też coś zjeść – na razie śniadania podczas których można spróbować wspaniałych serów korycińskich i dżemów własnoręcznie robionych przez rodziców właścicieli, a na deser skosztować domowych ciast. Na specjalne okazje można zamówić domowy catering (i spróbować baraniego rosołu, islandzkiej pieczonej ryby, pomidorowej konfitury czy rodzinnych ciasteczek maślanych).  

Kjokkenhage to ogródek kuchenny, czyli zioła przydatne w kuchni.


Jeśli wybieracie się do Arendel z dziećmi to koniecznie weźcie ze sobą coś Astrid Lindgren – Emila ze Smalandii, Lottę z ulicy Awanturników, Ronję córkę zbójnika. Jest jakaś nieopisana magia w czytaniu tych książek w takim miejscu. Nagle okazuje się, że te książki są takie realne, że to miejsce to jest właśnie taka trochę lindgrenowską wsią.

My pojechaliśmy tam w grupie 8 osobowej – 4 dorosłych i 4 dzieci. W czasie deszczu dzieci bawiły się w błocku i w trawie albo wchodziły do nas do stodoły. Stodoła to duża, wolnodostępna przestrzeń. Na dole są stoły i krzesła, a na pięterku można pograć w bilard, wyłożyć się na  kanapie i przejrzeć mnóstwo magazynów wnętrzarskich, których wielką miłośniczką jest pani Agata. Można też pobawić się w chowanego, posłuchać muzyki i po prostu odpocząć (jeśli dzieci akurat usną).

Poszukiwacze przygód i miłośnicy miast mogą z Arendel wybrać się na zwiedzanie Kalisza, który jest piękny. W Kaliszu musicie koniecznie kupić andruty kaliskie – cienkie jak opłatek lekko słodkie wafelki. Są wpisane na unijną listę produktów z chroninionym oznaczeniem geograficznym. Inaczej mówiąc, andruty kaliskie można kupić tylko w Kaliszu. Miłośnikom prawdziwych wędlin polecamy też wyroby Jacka Nowickiego, które można kupić w PSS Tęcza. Miłośników sushi zachęcamy do wizyty w KOKU Sushi - właściciele tej restauracji, tak jak my, są z Białegostoku!



Kontakt:

Arendel - wioska norweska
www.arendel.pl 
Włodzimirów 16, Zagórów