środa, 16 sierpnia 2017

Przystanek Tleń, czyli gdzie zjeść w Borach Tucholskich

Czy sześcioro dorosłych i ośmioro dzieci może wspólnie zjeść dobry obiad w restauracji? Oczywiście - i to w miejscu polecanym przez Slow Food.




Do Przystanku Tleń trafiamy z polecenia właścicieli Osady Słomiany Zapał. Niezobowiązujące drewniane wnętrze łączy w sobie restaurację, pensjonat i browar. Przed restauracją znajdują się stoliki dla amatorów świeżego powietrza z tucholskich lasów. Na tablicy przy drzwiach wypisane są dania dnia i desery. Jednego dnia królują jagody, innego bób i kurki. W Tleniu jemy dwa razy w ciągu tygodnia.



Wchodzimy do jasnego wnętrza w którym widać miedziane kadzie, które fascynują dzieci. Przystanek Tleń to przecież browar. Siadamy przy dużym stole i stajemy się spełnieniem najgorszego koszmaru kuchni - prawie każdy bierze co innego.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Warto pić wino, które się rozumie [Rozmowa #12]

O tym, jakie wino kupić w prezencie, jakie wino pasuje do śledzia i jak zacząć swoją przygodę z winem rozmawiamy z Wojciechem Cyranem. 



Czy Polacy potrafią pić wino?


Uczymy się. Polska jest krajem piwnym i wódczanym, bo takie są tradycje w naszym regionie. Wino dopiero pojawia się na polskich stołach. W moim domu, kiedy jadło się cokolwiek, nie było na stole wina. Natomiast u moich francuskich kolegów butelka tego trunku zawsze znajdowała się na stole. 
W Polsce kultura picia wina do posiłku rozwija się bardzo dynamicznie,  jednak jest to powolny proces. Kulturowo jesteśmy krajem wódczano-piwnym i zdecydowanie „swobodniej” czujemy się z kieliszkiem wódki czy kuflem piwa niż z kieliszkiem wina. Pijąc wódkę czy piwo po prostu je pijemy, nie zastanawiamy się czy jest to amerykańska IPA, czeski Pils, czy niemieckie pszeniczne piwo. Podobnie z wódką. Nie każdy Polak wie, że Wyborowa jest żytnia, Luksusowa ziemniaczana, a Ostoya pszeniczna. Z winem jest inaczej. Pijąc je możemy czuć się bardziej nieswojo. Pojawiają się pytania: czy wybrałem dobry szczep, czy ten gatunek pasuje do jedzenia, jak trzymać kieliszek w ręku, w jakiej serwować je temperaturze…

A jakie jest Twoje ulubione wino?

Nie mam takiego. To zależy, do czego ma pasować.

Powiedzmy, że przychodzimy w południe do restauracji i chcemy się napić wina do lunchu, to o co powinniśmy poprosić?


piątek, 14 lipca 2017

Czy przyczyną otyłości może być zapach jedzenia?

Od wielu lat naukowcy starają się znaleźć przyczynę nadwagi i otyłości. Ci pracujący na Uniwersytecie w Berkley odkryli, że jedną z przyczyn tycia może być tendencja do ... wąchania jedzenia.


To, że zmysł węchu i smaku są ze sobą nierozerwalnie związane jest dla nas oczywiste. Z wielką przyjemnością jemy czekoladę, ale też smarujemy się kremami, które mają taki sam zapach. Przechodząc obok piekarni czy cukierni dajemy się "wodzić za nos" i chwilę później z radością pożeramy świeżą bułkę czy ciastko. Jednak do tej pory nikt nie mówił o tym, że samo wąchanie jedzenia sprzyja tyciu. 

W zeszłym tygodniu na stronie uczelni pojawił się artykuł streszczający prace amerykańskich badaczy. Podzielili oni myszy na trzy grupy. Pierwsza grupa to myszy, które normalnie czuły zapachy i miały normalną wagę ciała. Druga grupa to myszy pozbawione zmysłu węchu na trzy tygodnie, które również miały normalną wagę ciała. Trzecia grupa to myszy z nadwagą. Myszy czujące normalnie i myszy, które zapachów nie czuły dostawały takie same, wysokokaloryczne posiłki. Naukowcy podejrzewali, że myszy pozbawione węchu nie będą chętnie jadły. Okazało się, że obie grupy myszy jadły dokładnie tyle samo. Z tym, że myszy nie czujące zapachów przytyły 10%, a te, które zapachy czuły przytyły niemal 100%. Ten zupełnie szokujący wynik eksperymentu sprawił, że naukowcy z większa uwagą przyjrzeli się trzeciej grupie - myszom z nadwagą. W trakcie trwania eksperymentu dostawały wysoko-kaloryczne posiłki i jadły tyle samo, co wcześniej. Pozbawione węchu, zaczęły chudnąć. 

Naukowcy byli tak zaintrygowani wynikami swoich badań, że zaprosili do współpracy kolegów z Niemiec z Intrytutu Maxa Plancka. Ci przeprowadzili podobny eksperyment na "swoich" myszach, które miały niezwykle wyczuolony zmysł węchu. Dostawały przez 3 tygodnie ten sam pokarm, co ich amerykańskie koleżanki i ... przytyły.

Eksperyment ten pokazuje, że myszy tyły nie tylko przez to co jadły, ale jak postrzegały swoje jedzenie. A w zasadzie, jak bardzo skupiały się na samym zapachu jedzenia. Jedna z hipotez mówi, że myszy chudły dlatego, że ich mózg miał poczucie, że są najedzone (nie czuły zapachu jedzenia, więc nie wywoływało to napadów głodu). W związku z tym w inny sposób zarządzał procesami metabolicznymi. 

Naukowcy z dużą dozą ostrożności podchodzą do wpływu wyników ich badań na życie ludzi cierpiących na nadwagę. Wiadomo, że osoby pozbawione węchu jedzą mniej chętnie. Utrata węchu zwykle jest skutkiem ciężkiej choroby i wypadku, więc niechęć do jedzenia może mieć podłoże emocjonalne. Naukowcy chcą teraz zbadać w jaki sposób przebiegają procesy napadów głodu, czy da się modyfikować sposób odczuwania przyjemności z jedzenia, czy podobne procesy zachodzą u ludzi. Z pewnością za napady głodu odpowiedzialny jest zmysł węchu. Naukowcy zamierzają zbadać teraz czy również ludzie tyją od tego, że lubią wąchać swoje jedzenie.

Pełna treść artykułu dostępna jest na stronie periodyku Cell Metabolism


wtorek, 11 lipca 2017

Mathallen, czyli gdzie zjeść w Oslo

Jeśli jest jakieś miejsce w Oslo do którego miłośnik jedzenia powinien pójść to jest to zdecydowanie Mathallen. Może nie jest to dwugwiazdkowa restauracja Maemo, ale jest to miejsce pokazujące co jedzą mieszkańcy stolicy Norwegii. 



Kawałek drogi od centrum Oslo w czerwonym starym budynku mieści się oslowska hala targowa. Jest w niej wszystko, czego potrzebuje osoba lubiąca dobre smaki. Obok stoiska z suszonymi owocami, warzywami i grzybami jest stoisko z najświeższymi rybami jakie widziałam poza barcelońską La Boqueria. Można kupić tu świeże mięso, poprosić o odpowiednie pokrojenie czy zmielenie. Można w końcu tu zjeść i napić się dobrej kawy. Wydawałoby się, że w kraju, który pije najwięcej kawy na świecie o to nie jest trudno. Można się jednak grubo pomylić. 

wtorek, 27 czerwca 2017

Jak robić przetwory - recenzja "W słoiku"

Kiedy bazarki zapełniają się dojrzałymi truskawkami, na drzewach kwitną bzy, a w powietrzu unosi się zapach czerwieniejących się pomidorów trzeba wyciągnąć z szafki duży garnek, umyć słoiki i zabrać się za zamykanie smaków lata na zimę. Brzmi dobrze, ale czy da się to zrobić w każdej kuchni? Jeśli nigdy nie przygotowywaliście słoików, książka "W słoiku" na pewno Was ośmieli. 



Zacznijmy od tego, kim jest autorka. Kasia Marciniewicz od lat ma w internecie swój kąt wypełniony  dobrymi ludźmi, dźwiękami energetycznej muzyki i szlachetnymi smakami. Jej blog Chillibite to taka ogromna kuchenna wyspa - siedzisz na jednym jej krańcu, przed sobą masz najwyżej jakości składniki i perełki wynalezione na lokalnych targach i bazarkach, a obok Ciebie stoi filigranowa blondynka z wielkim uśmiechem, która stanowczym tonem mówi co masz robić, żeby było dobrze. Taka sama jest ta książka. Każdy przepis opatrzony jest ciepłą historią i konkretnymi wskazówkami - jak pasteryzować, jak sprawdzać jakość składników, skąd wziąć słodkie truskawki, dlaczego warto kupować śliwki produkowane w USA, jak wykorzystać wolnowar, jak szybko można robić nalewki w Thermomixie, jak rozmawiać z rolnikami i komu ufać. 


Na 240 stronach znajdziemy przepisy na frużeliny, dżemy, marmolady i soki, przetwory warzywne, chutneye, zakwasy, suszone owoce, 4 rodzaje pesto, 6 rodzajów granoli, przetwory mięsne, octy, dressingi i mieszanki przypraw. Obok znanej konfitury z czarnej porzeczki znajdziemy przepis na niecodzienne czereśnie w whisky, które idealnie pasują do pasztetów. Dżem morelowy to nie tylko klasyka gatunku, ale też wersja z migdałami, tymiankiem czy wiśniami. Recepturą na francuski winegret Kasia otwiera rozdział przepisów na sosy do sałatek. Ale winegret to solidna podstawa, która pozwala na eksperymentowanie z sardelami, mango, malinami czy cytrusami. Nudna zwykle granola tutaj pachnie przyprawami korzennymi, czekoladą, ale też aromatami Luizjany. Wszystkie przepisy opatrzone są zdjęciami Autorki i są niezbitym dowodem na to, że słoiki występują w każdym rozmiarze i kształcie. 

Książka "W słoiku" to idealny prezent - także dla samego siebie.  Niewiele jest przyjemniejszych śniadaniowych momentów od tych, w których słychać charakterystyczny dźwięk otwieranych konfitur. U nas w domu za większość słoików odpowiada Adam i raczej nie wchodzę mu w drogę. W zeszłym roku jednak sama smażyłam wiśnie i robiłam to tak, jak wcześniej robiła moja mama i mój brat. Gruszek w occie czy galaretki malinowej bez przepisu bym pewnie nie zrobiła. Bałabym się, że gruszki zmiękną, a galaretka będzie za luźna. W swojej książce Kasia dokładnie opisuje do jakiej konsystencji zmierzamy, opisuje wszystkie procesy, włącznie z myciem słoików i nakrętek. Co dla mnie ważne i ujmujące, uwzględnia informacje o tradycyjnych produktach, ich pochodzeniu,  sugeruje co z danym słoikiem można dalej zrobić - "posmaruj wytrawne gofry, podaj z serami, zrób zupę według mojego przepisu". Książkę zamyka lista sprawdzonych adresów (włącznie z małymi producentami olejów). Te wszystkie wskazówki sprawiają, że pasteryzowanie przestaje być takie trudne i niedostępne. Po przeczytaniu książki mam ochotę włożyć do słoika wszystkie letnie owoce, a na wakacyjną wyprawę zabrać kiełbasę w słoiku. 

W Słoiku. Przetwory przez cały rok
Kasia Maciniewicz
Wydawnictwo Publicat
Cena: 39,90 pln 


piątek, 23 czerwca 2017

Wakacje, sandały i restauracje

Leżysz na plaży i odpoczywasz, bo masz wakacje. Nagle jednak okazuje się, że nie potrafisz żywić się promieniami słońca i powiewem wiatru. Chcesz jeść, ale czy można pójść zjeść będąc niedostatecznie ubranym?

Kevin Curtis

Facebook nie przestaje dostarczać mi tematów do rozważań - a to źli ludzie nie rozróżniają między botwinką a boćwiną, a to numerki na jajkach jakieś oszukane, a to truskawki za drogie, względnie za tanie, bo tyle się przy nich trzeba narobić. Jednak jeden z tematów mocno zwrócił moją uwagę. Człowiek wrzucił do internetu zdjęcie mężczyzny w sile wieku siedzącego w restauracji w sandałach. Zawrzało. Sandały, restauracja, gdzie kultura osobista, szacunek dla "Chefa" znikomy i kilka innych argumentów. Wiadomo, w sandałach nie idziesz dobrze zjeść. Pewnie nie obeszło by mnie to jakoś szczególnie, gdyby nie okoliczności w których to czytałam. 

Siedziałam sobie akurat przy stoliku w znanej i lubianej warszawskiej piekarni. Siedziałam, co ostatnio zdarza mi się rzadko, bo raczej biegam za naszym najmłodszym. Siedziałam więc w ogródku mając obok siebie wózek ze śpiącym dzieckiem. Przede mną i za mną przegryzali listkujące się rogaliki francuskie sami piękni i dobrze ubrani ludzie. Ja też byłam piękna i dobrze ubrana o 9 rano. Była 13. Popołudniu miałam już spodnie w plamach po mące ziemniaczanej, stopy nie do końca wymyte z błota, a moja koszulka była całkowicie wymazana musem marchwiowym połączonym z nonszalancko wtartym bobem. Dziecię zaś miało błoto we włosach, na anielskich licach i nogawkach. Wcześniej świetnie się razem bawiliśmy na zajęciach dla młodocianych do osiemnastki (liczonej w miesiącach). Wracając jednak dziecko padło w objęcia Morfeusza, a mnie dopadł wilczy głód. Mogłam oczywiście wciągnąć bułkę z piekarni i pożreć ją w parkowych krzakach, ale miałam ochotę na coś innego. Usiadłam spokojnie w ogródku, zamówiłam co chciałam i nie czułam ani przez moment, że psuję decorum.

Czy naprawdę idąc zjeść musimy się pindrzyć i stroić? Nie możemy po prostu pójść i zjeść? Rozumiem, że są takie miejsca w których obowiązują jakieś standardy i zwykle na stronie internetowej restauracji można to wyczytać - menu degustacyjne, obco brzmiące nazwy przystawek i zdjęcia pięknych wnętrz sugerują, że powinniśmy przyjść ubrani oczko wyżej niż na zakończenie roku szkolnego w klasie maturalnej. Ale czy do ogródka zwykłego bistro możemy po prostu przyjść ubrani normalnie? I czy naprawdę siedząc w knajpie nudzimy się tak bardzo, że cichaczem musimy pstrykać obcym ludziom zdjęcia i wrzucać je do internetów wstawiając im jednorożce zamiast twarzy? Ja rozumiem, że można nie czuć radości z jedzenia, kiedy musimy patrzeć w czyjś nagi tors. Rozumiem, że trudno znieść ludzi jedzących głośno i nie panujących do końca nad swoimi zwieraczami po obu stronach układu pokarmowego. Ale czy naprawdę człowiek w sandałach/crocsach/niedobranych szortach do polówki to takie zło? 

Zaczęły się wakacje i nawet zaliczając najlepszą przygodę życia pewnie zechce nam się jeść. Restauracje to miejsca publiczne i dobrze, kiedy wszyscy starają się dostosowywać do norm tam panujących. Ale na miłość boską - niech to jedzenie będzie na tyle dobre, żeby nam się chciało oceniać tylko to, co na talerzu, a nie tych, którzy spokojnie jedzą dwa stoliki dalej. 

środa, 31 maja 2017

Pozwólcie dzieciom normalnie jeść

Dzień Dziecka to taki dzień w którym wszyscy przypominają sobie, że jest w nich odrobina dziecka. Jeśli rzeczywiście tak jest, to dlaczego duże dzieci zabraniają tym mniejszym normalnie jeść?

fot. Dan Gold
Od siedmiu lat obserwuję sobie dzieci. Są różne - niektóre spokojne, inne wybuchowe, jeszcze inne uśmiechnięte nawet, kiedy zabierze im się zabawkę. Ta różnorodność wydaje się naturalna - skoro dorośli nie są tacy sami, to dlaczego takie same mają być dzieci? Ale są momenty w których tej barwnej schedy wolimy nie zauważać i traktujemy ją niczym homogenizowany serek. 

Kiedy przychodzi pora posiłków okazuje się, że dzieci obowiązują trochę inne zasady niż dorosłych siedzących przy stole. Przy stole dzieci stają się jak ten serek - odpowiednio zmielone i traktowane jak zupełnie inny od dorosłych twór. Dziecko przy stole odzywać się nie powinno, bo przecież "nie mówi się z pełną buzią". To nic, że rodzice, wujkowie, kuzyni i ciotki trajkoczą przy stole. To nic, że na tym polegają w Polsce święta - na siedzeniu przy stole, przeżuwaniu kotleta czy zimnych nóżek i opowiadaniu po raz setny anegdoty o wuju, który zapomniał kluczy. Dzieci przy stole odzywać się za bardzo nie powinny, bo przecież kraczące ptaki i szczekające psy... Szczególnie mocno widać to w szkole i przedszkolu. Cisza na stołówce budzi moje najgorsze podejrzenia - przecież nawet w barze mlecznym rozmawiają ze sobą nieznajomi, którzy przypadkowo usiedli przy jednym stoliku i wspólnie delektują się kluseczkami i kotlecikami. 

Dzieci też, w przeciwieństwie do dorosłych, swoje posiłki powinny zjadać stosunkowo szybko. Ot takie niewinne - "jak będziecie się guzdrać to nie pójdziemy na plac zabaw" skutecznie zamienia dziecko w młodego pelikana połykającego wielkie gryzy jedzenia. My, dorośli, szybko posiłków nie jemy, bo to niezdrowe dla żołądka. No i niech ktoś śmie nas terroryzować przy stole! Nie ma za to żadnego problemu w poganianiu dzieci.  

Może być tak chociaż przez jeden dzień potraktować dzieci normalnie? Jak siebie samych? Pozwolić im przy jedzeniu poopowiadać, pośmiać się, ponarzekać i trochę pokłócić? Może ich nie poganiać tylko pozwolić im spokojnie zjeść? Może pozwolić im wymieszać te ziemniaczki z surówką na jednolitą papkę, skoro tak im bardziej smakuje? I spokojnie przyjąć to, że mogą czegoś nie lubić? Przecież bakłażan się nie obrazi jak usłyszy, że jest niedobry. A pomidorom nie będzie przyjemniej od tego, że mały człowiek będzie chciał ich zjeść 3 kilo na raz. Bo, że rączki trzymamy na stole, to rozumiem, ale że język zawsze za zębami, to tego już nie. 

czwartek, 25 maja 2017

Mama, czyli historia niejednej kawy

Jednym z pierwszych silnych wspomnień jest wydłubywanie fusów z jej filiżanki po kawie po turecku. Drugim, stanowcze "idź się pobaw, a ja się napiję kawy". 


Jako małe czteroletnie stworzenie zupełnie nie rozumiałam co takiego fascynującego może być w piciu kawy. I czytaniu gazety albo książki. I dlaczego w ogóle mama chciała przez chwilę być sama, beze mnie, przy stole, w ciszy czytając i pijąc kawę ze szklanki z cienkiego szkła (bo moja mama nie znosi kubków). 

Napisać, że moja mama jest niezwykła to tak jakby napisać, że pączek musi być z lukrem. Kiedy nikt nie słyszał o rodzicielstwie bliskości, a płacz dziecka uznawany był za przejaw zdrowej socjalizacji, mama pozwalała mi ze sobą spać i jako pierwsza osoba zupełnie poważnie potraktowała moją niechęć do przedszkola. Niechęć to naprawdę mało powiedziane - nienawidziłam tej głupiej instytucji w której najpierw pytano czy chcę budyń z sokiem, a kiedy odpowiadałam przecząco dostawałam tego soku dwa razy więcej niż koleżanki obok. Do dzisiaj uważam, że budyń z sokiem to jakieś koszmarne połączenie. A mama nie dość, że tego soku do budyniu nie dolewała, to zabrała mnie z przedszkola i została ze mną w domu. I cierpliwie wyklaskiwała ze mną sylaby najdziwniejszych słów, bo była to moja ulubiona zabawa. 

Mama pozwalała mi spełniać marzenia mimo, że musiało ją to dużo kosztować. Najpierw chciałam być skrzypaczką. Dopiero teraz, kiedy nasza pięciolatka marzy o graniu bez ćwiczenia lub ćwiczeniu zbyt energicznym niż jesteśmy w stanie to znieść, rozumiem jej poświęcenie. Mama nigdy mi nie powiedziała, że straszliwie nieudolnie jeżdżę tym smyczkiem po strunach i tak naprawdę najchętniej posłuchałaby własnych myśli. Dzisiaj dopiero rozumiem, że szkoła muzyczna była nie tylko moją orką, ale też jej ugorem. Żebym nie opychała się kanapkami, przynosiła mi w słoiczku mój ulubiony kremowy krupnik z klopsikami. Byłam słoikiem zanim się przeprowadziłam do Warszawy! 

Kiedy byłam młodsza potrafiłam jej zrobić sceny kulinarnej zazdrości o mojego starszego brata. Kiedykolwiek by się nie pojawił w naszym rodzinnym domu czekała na niego szarlotka i babka ziemniaczana i mnóstwo innych pyszności. Dzisiaj my dostajemy nie tylko szarlotkę na "wejście", ale na wyjście. I moje ulubione drożdżówki z cynamonem i kawałkami jabłek. I babkę piaskową, której nie umiem tak jak ona. 

Mama do dzisiaj się dziwi, że lubię gotować. W końcu jako podlotek z całym przekonaniem twierdziłam, że takie rzeczy są nie dla mnie. Ale przez osmozę chyba nauczyłam się robić te wszystkie kluski, kopytka, ciasta, klopsiki, zupy i surówki. Wiem, że najlepsza kasza zawsze znajduje się pod kołdrą, a słodycze przed dziećmi chowa się pod łóżkiem. 

Ostatnio powiedziałam Mamie po raz kolejny, że muszę się odchudzać. Usłyszałam wtedy mądre słowa "też całe życie się odchudzałam. Odmawiałam sobie tego i tamtego, bo chciałam być szczupła. I co? Minęły lata i teraz chciałabym wiele zjeść, ale już nie mogę". Przemyślałam sprawę i przestałam być dla siebie taka surowa. 

Jak ktoś mi mówi, że dzieci lepiej zachowują się bez rodziców to sobie myślę, że mają rację. Przy mamie mogę być szorstka, zezłoszczona, rozgoryczona, szczęśliwa i wzruszona. Ona to widzi i nadal mnie kocha. Fascynuje mnie to, mimo że sama mam dzieci. 

W Dniu Matki życzę Ci, Mamo, żebyśmy zawsze miały czas na wspólną kawę. I dziękuję Ci, że cierpliwie czekasz na nasz wspólny czas, aż dzieci w końcu pójdą spać. I że nauczyłaś mnie, że przesadnie dbając o dobrostan innych trzeba zawalczyć chociaż o te kawowe pięć minut na zebranie własnych myśli. 

wtorek, 23 maja 2017

5 amerykańskich sklepów dla miłośników kuchennych gadżetów

Kiedy widzę na horyzoncie jeden z tych sklepów czuję się jak dziecko stojące przed automatycznymi drzwiami sklepu z zabawkami. Wiem, że za chwilę wejdę do miejsca w którym co krok będę czuła ogromne "chcenie". Zabieramy Was na wycieczkę do naszych pięciu ulubionych amerykańskich sklepów. 


1. Williams Sonoma

fot:  Brooke Buchanan - Communications & Public Relations Manager - Williams-Sonoma, Inc. 

Williams Sonoma to najbardziej ekskluzywnych i najdroższy z naszych ulubionych sklepów. To tutaj na półkach z radością ukazują swoją moc sprzęty świetnej marki Cuisineart, którą lubią amerykańscy szefowie kuchni. Tutaj można kupić nóż za 750 dolarów, ale też świetnej jakości jest ten za "jedyne" $75. W Williams Sonoma po raz pierwszy 6 lat temu zobaczyliśmy całe komplety miedzianych garnków i sztućców. Tutaj też odkryliśmy mnóstwo nieznanych nam kuchennych przydasiów o których z ogromną pasją opowiadają pracownicy. W każdym sklepie można zobaczyć jak wielką wagę przykładają do zastawy ci, którzy mają duże domy i spore dochody. Talerze i tekstylia stołowe występują we wszystkich wzorach i kolorach. Łączy je jedno - są ponadczasowe. Nie ma tutaj plastikowych, nieco kiczowatych elementów zastawy typowej dla popołudniowego lipcowego pikniku. Mamy za to piękną zastawę z melaminy wysokiej jakości. Są to takie drobnostki, które dają poczucie, że mamy do czynienia z dużą dbałością o jakość i szczegóły. Tutaj też lubi zaglądać nasza córka - Williams Sonoma sprzedaje akcesoria do pieczenia dla dziewczynek i ich lalek.




Williams Sonoma współpracuje też z szefami kuchni i cukiernikami. Na stronie internetowej można zamówić mrożone wypieki czy gotowe składniki do przygotowania ciast i deserów. 
Wszystko możecie zobaczyć na stronie www.williams-sonoma.com  Sklep z wielką radością wysyła swoje towary do Polski - musimy jednak zapłacić cło i należne koszty przesyłki.

2. Sur la Table



Sur la Table to połączenie sklepu z przestrzenią warsztatową. Niezbyt piękne, ale solidne metalowe regały uginają się pod ciężarem żeliwnych garnków z LeCreuset, wszystkich możliwych rodzajów ekspresów do kawy (tutaj miła niespodzianka: można przetestować kawę zaparzoną w każdym z nich), form do pieczenia z Nordic Ware. W Sur la Table znajdziemy dużo akcesoriów do grillowania, wszystkie znane kuchenne marki, a także wielki stojak z ponad setką wzorów wykrawaczek do ciastek. Naszym ulubionym miejscem jest stół na samym środku sklepu. Stoją na nim pojemniki wypełnione silikonowymi szpatułkami w każdym rozmiarze i kolorze - od maleńkich wyglądających jak łyżka krasnoludka do przygotowywania owsianki dla Królewny Śnieżki po ogromne łopatki, którymi spokojnie możnaby nakładać ziemniaki z wojskowego kotła. Zapomniałabym o naszej ulubionej ścianie - ściana o długości ok. 4 metrów jest cała obwieszona nożami. W sklepie jest też przestrzeń do nauki gotowania. Odbywają się tutaj warsztaty z robienia croissantów, gnocchi, ravioli, tortów. Ich asortyment możecie obejrzeć na stronie www.surlatable.com. Nie wysyłają do Polski.





3. Crate and Barrel 



To zdecydowanie nasz ulubiony stacjonarny sklep z gadżetami. Jest połączeniem IKEI i Zara Home. Można w nim kupić wszystko - od mebli ogrodowych, przez dywany, do malusieńkich widelczyków do kukurydzy. W Crate and Barrel po raz pierwszy zobaczyliśmy jak wiele szklanek i kieliszków ma w swojej ofercie polska firma - Krosno. To w Polsce ogromna amerykańska sieć zamawiała swego czasu szklane wyroby, które cieszyły się ogromną popularnością. W Crate and Barrel bardzo lubimy sezonowe kolekcje - to tutaj znaleźliśmy nasze ulubione talerzyki z tekstami "I don't carrot at all" czy "just beet it". Podczas ostatniej wizyty kupiliśmy porcelanowy koszyczek do malin wyglądający zupełnie jak ten tekturowy. Dzieciaki zakochały się w miskach wyglądających jak liście sałaty i niezliczonej ilości stojaczków do zaznaczania miejsc przy stole (to ich ulubiona rozrywka przed każdą imprezą). My w Crate and Barrel najbardziej lubimy dział z przecenionymi rzeczami - znaleźliśmy tam małe nożyki idealne do serwowania past kanapkowych i małe ramekiny w których można podać gościom drobne przekąski. 
Crate and Barrel wysyła swoje produkty do Polski. 


poniedziałek, 22 maja 2017

Brunost, czyli jak pokochaliśmy brązowy ser

Nasz przygoda z brunostem zaczęła się pewnego poranka w Oslo 2 lata temu. Na śniadanie dostaliśmy chleb, dżem truskawkowy i blok czegoś brązowego


Nasz gospodarz krótko wyjaśnił, że robi nam mały test. Mieliśmy sprawdzić się jako potencjalni Norwegowie. Prostopadłościan w kolorze karmelowym stanął przed nami, a wraz z nim strug do sera (bo tak się nazywa taki śmieszny przyrząd do krojenia twardych serów). Ukroiliśmy sobie po plasterku czegoś, co miało strukturę nieco twardszą niż mozzarella, a w kolorze przypominało kajmak. Lub deskę barlinecką. Powąchaliśmy. Pachniało trochę karmelem, trochę kwasem, trochę zsiadłym mlekiem, a trochę maślanką. Raczej maślanką. Spróbowaliśmy. Plasterek delikatnie się złamał, a potem obkleił język i podniebienie. Był trochę kremowy, delikatnie słodkie i mdły. Pierwsze skojarzenie to chyba cukierki werter's original tylko bardziej karmelowe i kwaskowate. Drugie, Rivella - szwajcarski napój z serwatki.

Brunost to norwesku brązowy ser. Chociaż serowarzy oburzyliby się, że nie ma to nic wspólnego z prawdziwym serem. Nie ma w nim ani grama podpuszczki. Brunost powstaje w procesie wygotowywania serwatki i mleka lub śmietany. Dzięki serii reakcji aminokwasów i cukrów powstaje brązowa masa. Po odparowaniu wody z masy powstaje brunost. Nie trzeba go dojrzewać, można go jeść od razu, a w lodowce może być przechowywany przez kilka miesięcy. W norweskich sklepach leży czasem poza lodówką, więc nie jest wymagający. Dziecięca i uboższa wersja brunosta to prim - pasta kanapkowa o konsystencji i kolorze masy krówkowej, którą łatwo posmarować pieczywo czy gofra.  


Oślańskie kawiarnie i piekarnie wypełnione są o poranku klientami kupującymi obowiązkową kawę (Norwegowie są niekwestionowanymi liderami w konsumpcji kawy) i bułeczkę z brunostem. Bułeczka z brunostem to po prostu bulka i dwa plasterki sera (bez masła). W wersji luksusowej zamiast bułeczki występuje gofr - taki w kształcie klasycznego serduszka przygotowany w gofrownicy, którą można dostać w każdym polskim sklepie, a brązowy ser posmarowany jest konfiturą truskawkową. Brunost to nie tylko słodki ser kanapkowy. Dodaje się go do wypieków i dań wytrawnych. Szczególnie dobrze sprawdza się w sosach nadając im głębokiego, karmelowego smaku. 

W sklepie można znaleźć trzy rodzaje brunosta: ekte geitost produktowany wyłącznie z serwatki mleka koziego; geitost produktowany z mleka krowiego z dodatkiem mleka koziego i fløtemysost produktowany wyłącznie z mleka krowiego. Im więcej koziego mleka, tym intensywniejszy smak. Najpopularniejszym producentem brunosta jest firma Tine, która produkuje aż 13 rodzajów brązowego sera. W każdej norweskiej lodówce można znaleźć kilka rodzajów brunostów. Jak to zwykle bywa, w całej Norwegii jest mnóstwo małych manufaktur zajmujących się produkowaniem sera od szczęśliwych krów i kóz. 

Po spróbowaniu brunosta stwierdziliśmy, że jest pyszny. Zupełnie inny niż cokolwiek, co jedliśmy do tej pory. Nasze dzieci były innego zdania. Nigdy nie widzieliśmy, że ser tak szybko może pokonać drogę z ust do talerza. Jest jednak coś niesamowitego w tym produkcie – jego długa historia, fakt, że jest produktem ubocznym (bo jednak robi się go z serwatki) i norweskość. Dla miłośników natury Norwegia to fiordy. Dla miłośników jedzenia Norwegia to brunost. 


środa, 10 maja 2017

Aebleskiver czyli duńskie placko-kuleczki

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam patelnię z dziurami nie byłam pewna do czego służy. Potem zobaczyłam nazwę, której nie potrafiłam poprawnie wymówić. W końcu użyłam jej i wyszły z tego najpyszniejsze śniadaniowe kulki w historii. 

Aebleskiver to puszyste placuszki w kształcie kulek. Tak naprawdę, nazwa oznacza jabłka w cieście. W Danii placuszki czasem nadziewa się konfiturą, czekoladą lub świeżymi owocami. Najczęściej jednak smaży się po prostu kuleczki bez nadzienia, a dodatki podaje obok. Tak jest znacznie prościej. Serwuje się je zawsze w bożonarodzeniowy poranek.  

Smażenie tych kuleczek wymaga nieco zachodu. Najpierw trzeba rozgrzać patelnię i masło. Każdą dziurkę wypełniamy masą. Kiedy placki usmażą się z jednej strony, trzeba je przewrócić. Jeśli jednak mamy ochotę je nadziewać to to jest moment, żeby je włożyć w kuleczkę. Nadzienie musi być odpowiednio zwarte, żeby od razu nam nie umknęło na patelnię. Dlatego dobrze się sprawdzają dżemy, kostki czekolady czy małe maliny. Placki przewracać najlepiej bambusowym patyczkiem do szaszłyków. I lepiej nie pomagać sobie ręką, bo patelnia jest naprawdę gorąca (sprawdziłam, niestety). 

Jeśli kiedyś wpadnie Wam w oko patelnia do aebleskiver to koniecznie ją kupcie. Okrągłe placki to fajne urozmaicenie weekednowych śniadań. Jeśli będziecie w Warszawie, to koniecznie spróbujcie ich w restauracji Nabo. Podają je z konfiturą i lodami. Są przepyszne! 


Czas przygotowania: 40 minut

Składniki: 
250 g mąki pszennej
1 /2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżeczka cukru waniliowego 
3 jajka
2 szklanki maślanki
50 g masła
plus masło do smażenia (100 g)



1. Mąkę, sodę i cukier waniliowy mieszamy. Odstawiamy.

2. 50 g masła rozpuszczamy i studzimy. Wlewamy do czystej miski. Dodajemy maślankę i mieszamy.

3. Białka oddzielamy od żółtek. Żółtka dodajemy do maślanki z masłem. Mieszamy.

4. Ubijamy pianę z białek.

5. Zawartość miski z mąką miksujemy z zawartością miski z maślanką. Wyłączamy mikser. Łyżką dodajemy białka i delikatnie mieszamy.

6. Patelnię stawiamy na ogniu. Do każdego otworu wkładamy odrobinę masła. Kiedy masło się rozpuści wypełniamy otworki masą do 3/4 wysokości. 

7. Smażymy, aż boki placuszków zrobią się złote - ok. 1,5 minuty. Patyczkiem delikatnie przewracamy kuleczki i smażymy, aż się zezłocą z drugiej strony. 

8. Powtarzamy do wyczepania masy. 
9. Podajemy z konfiturą, cukrem pudrem, bitą śmietaną, owocami.  



piątek, 5 maja 2017

Jak gotować i piec z amerykańskich przepisów?

Amerykańskie strony internetowe i blogi to niesamowita kopalnia kulinarnych inspiracji. Mieszkając w USA zauważyliśmy, że ich podstawowe produkty spożywcze są nieco inne niż polskie. Po powrocie próbowaliśmy odtwarzać nasze ulubione smaki, ale nie było to takie proste. Nasze rodzime produkty spożywcze zachowują się nieco inaczej. Dlatego napisaliśmy mały poradnik o tym jak uniknąć międzykulturowej wtopy kulinarnej. 



1. Sól

Może się wydawać, że każda sól ma taki sam smak. Nic bardziej mylnego. W USA używa się w zasadzie czterech podstawowych rodzajów soli: table salt (zwykle to sól jodowana o nieco drobniejszych kryształkach niż nasza), kosher salt (sól o grubszych ziarnach), sea salt (klasyczna sól morska) i fleur de sel. To, jakiej soli użyjemy ma ogromne znaczenie dla smaku dania czy deseru. Dla przykładu: 1 łyżeczka soli stołowej będzie bardziej słona niż 1 łyżeczka soli koszernej, bo będzie jej w daniu więcej. Inaczej będzie się też rozpuszczać na mięsie sól miałka i sól w kryształkach. 

Kolejną kwestią, którą musimy wziąć pod uwagę są preferencje smakowe. Amerykanie uwielbiają połączenie bardzo słodkiego smaku z wyraźnie słoną nutą. W końcu to oni są największymi miłośnikami solonego karmelu. Dlatego w przepisach na słodkości często trzeba dodać dużo więcej soli niż nam się wydaje. Jeśli chcemy piec coś, co ma smakować polskiemu łasuchowi ograniczmy ilość soli o połowę. Dobrze też czytajmy przepis - "salt" to zwykle sól jodowana. 


2. White sugar


Większość amerykańskich wypieków wydaje nam się zdecydowanie za słodka. Dlaczego? Powody są dwa. Amerykanie uwielbiają przesadnie słodkie wypieki. Bułeczki cynamonowe, dla przykładu, są wypełnione masą z cynamonu z ogromną ilością cukru, a na wierzchu udekorowane są grubą warstwą lukru lub serka typu philadephia z cukrem. To wszystko można zjeść tylko z ogromnym kubkiem gorzkiej kawy czy herbaty. Drugi powód to rodzaj cukru. Większość polskiego cukru to cukier z buraków cukrowych. Większość białego cukru w USA to rafinowany cukier trzcinowy. Jest on delikatnie mniej słodki od naszego rodzimego cukru buraczanego. Dlatego sugerujemy ograniczanie ilości cukru w wypiekach o 30%. Dzięki temu wypieki będą słodkie, ale nie ulepkowate. 


3. Brown sugar

niedziela, 30 kwietnia 2017

Koszmar dietetyka, raj głodomora - deep dish pizza

Kiedy już myśleliśmy, że "zawsze z podwójny serem" jest dietetycznym samobójstwem, przypomnieliśmy sobie o deep dish pizza.

Deep dish pizza to pizza pieczona w głębokiej blaszce - takiej w jakiej zwykle piecze się ciasto zebra czy inny placek. Wymyślili ją Amerykanie włoskiego pochodzenia. W latach czterdziestych XX wieku w jednej z chicagowskich pizzeri szef kuchni postanowił ciastem do pizzy wyłożyć głęboką blaszkę i obficie wypełnić ją tym, czym zwykle napełnia się amerykańską pizzę - pepperoni, mozzarellą i sosem pomidorowym. Z pieca wyciągnął marzenie każdego miłośnika pizzy z serem. Ciasto chrupiące na brzegach i miękkie w środku, z serem, który wyciąga się wysoko, nie chce się oderwać do końca za to przerywa się tworząc pajęczyny w których gdzie nie gdzie widać czerwony, mocno pomidorowy sos pachnący koprem włoskim i oregano. To wkładanie łopatki pod kawałek, który chce się zaraz mieć na swoim talerzu wygląda trochę jak torturowanie wygłodniałego zwierzaka. Bardzo chcesz jeść, czujesz jak ślinianki szaleją, ale pizza tak łatwo nie odpuszcza i nie daje się po prostu położyć na talerz. Zmusza do wykonania klasycznego manewru "ręka do góry" podczas którego możesz dokładnie zobaczyć co zamówiliście. Zamówiliście, bo tej pizzy nie da się zjeść w pojedynkę. Nie tylko dlatego, że po dwóch kawałkach czujesz się gorzej niż po imieninach u cioci Krysi. Ale przede wszystkim dlatego, że jesteś w Ameryce w której wszystko jest duże. A my w staromodnej Europie to raczej wolimy skromniej i mniej.


Poza tym, w Ameryce nawet Twoja pizza w rozmiarze "small" jest duża i wygląda jak klasyczna średnia, którą przywozi pan na skuterku prosto pod Twoje drzwi. Jest spora i jest w niej wszystkiego bardzo dużo - kiełbasy, pieczarek, papryki, sosu. Wgryzasz się więc w miękką, ciągnącą się masę sera. Powoli żujesz i czujesz odświeżającą moc pomidorów i kopru włoskiego. Bez sosu pomidorowego ta pizza byłaby niejadalna. Bez kopru włoskiego to nie byłaby amerykańska pizza. Zjadamy po dwa kawałki (z sześciu przewidzianych dla rozmiaru small). Resztę bierzemy na wynos mając nadzieję, że nadejdzie dzień w którym będziemy w stanie coś w siebie wcisnąć.

Wychodząc zaglądamy przez szybę do kuchni i widzimy krępego Meksykanina dzierżącego coś na kształt maczety. Kilka sprawnych ruchów i w ciągu 3 sekund kolejna pizza jest pokrojona. Spektakularne!


Deep dish pizza w Chicago można spróbować w Pizzerii Uno, która twierdzi, że ją wymyśliła i w sieciówce Giordano's (którą bardzo polecamy). W Giordano's jest zwykle zatrzęsienie klientów. Ale błyskotliwi właściciele znaleźli sposób na zatrzymanie tych, którzy nie mogą usiąść od razu. Wchodząc dowiadujesz się, że na stolik musisz poczekać godzinę. Dokładnie tyle, ile zwykle trzeba poczekać na deep dish pizza. Możesz więc czekając złożyć zamówienie tak, by po przyjściu do stolika móc od razu cieszyć się swoimi daniami. Tak też było. Zamówiliśmy, poczekaliśmy pijąc lemoniadę i korzystając z dobrodziejstw darmowego wi-fi. Po godzinie dostaliśmy stolik i jedzenie przyszło w ciągu 2 minut. Nie, nie musieliśmy zapłacić z góry. I to było coś w co nie mogłam uwierzyć. Nie mieściło się to w mojej polskiej głowie. Przecież mogliśmy zamówić i zrezygnować. Kiedy zapytałam Panią czy mamy zapłacić z góry była równie zaskoczona moim pytaniem jak ja jej odpowiedzią, że płacimy po posiłku. Jak widać, Amerykanie jak już coś zamówią to raczej nie rezygnują. A jak nie chcą czekać, to po prostu wychodzą i nie zamawiają.

fot. TNVWBOY 

piątek, 28 kwietnia 2017

Jak smakuje Ameryka?

O to jak smakuje Ameryka (a właściwie Stany Zjednoczone) i jakie mamy skojarzenia z amerykańską kuchnią pytało nas wiele osób. Napisać, że Ameryka to ogromny kraj to tak jakby nie napisać nic. Wyobraźcie sobie starszą panią żyjącą na podlaskiej wsi i jej obiad. A teraz wyobraźcie sobie starszą panią w Hiszpanii i jej kolację. Tak smakuje Ameryka. 

fot. Victor Lozano

Ostatnio sprawdzałam czy dalej jest z Białegostoku do Barcelony (bo do takie dwa swojskie "moje" miasta) czy z Chicago do Los Angeles. Oczywiście, że dalej jest z Chicago do Los Angeles, a Chicago nie leży na wschodzie USA tylko bardziej w środku. Dlatego też to porównanie z kolacją serwowaną przez babcię dla małego Jose i dla małego Jasia wydaje mi się idealne.

W Stanach Zjednoczonych konkretne stany kojarzone są z bardzo konkretnymi produktami spożywczymi. Do tego stopnia, że tablice rejestracyjne, zwane przez Polaków "plejtami" są opatrzone stosownymi hasłami. Dla przykładu, stan Wisconsin chlubi się, że jest "the Dairy Land." W Wisconsin właśnie produkuje się najlepsze amerykańskie cheddary (i robi mnóstwo mleka w proszku z którego potem robi się zwykłe mleko, bo technologia „mleko od krowy- filtrowanie – butelkowanie” jest droższa i takie mleko jest uznawane za towar luksusowy). Stan Idaho to kraina ziemniaka. Dlatego producenci chcący sprzedawać swoje kartofle umieszczają na worku wielki napis "Idaho Potatos." Ziemniak jest tak ważny dla mieszkańców Idaho, że stworzyli ziemniaczane muzeum. Można tam obejrzeć zdjęcia pierwszych farm, dotknąć narzędzi, którymi rolnicy na początku XX wieku kopali ziemniaki, zobaczyć ile rodzajów produktów spożywczych robi się z ziemniaka i jak wygląda w środku fabryka chipsów Pringle's. Można tam także zobaczyć wielki portret Thomasa Jeffersona – zasłużonego dla ziemniaka prezydenta USA, który jako pierwszy zaserwował swoim gościom frytki. Wschodni stan Vermont to ojczyzna najprzedniejszego syropu klonowego, Floryda słynie z pomarańczy i brzoskwiń. Kalifornia to z kolei mekka dla miłośników wina, owoców i orzechów. Jeśli w środku zimy jesz w USA truskawki to na 99% są z Kalifornii. Podobnie jak wino - amerykańskie wina są głównie z Kalifornii.

fot. Lukas Budimaier

Napisawszy o tych konkretnych stanach muszę dodać rzecz prozaiczną. W mojej małej głowie amerykanistki bardzo często pojawią się skróty myślowe i zupełnie niepotrzebne uogólnienia. Kuchnia, każda kuchnia, to wypadkowa klimatu, kultury i zasobności portfela. Nie inaczej jest w USA. Każdy stan przez dziesięciolecia wypracował swoją kuchnię i swój sposób przygotowywania dań. Było to związane z pochodzeniem kolonizatorów (Anglia, Francja, Skandynawia), warunkami glebowymi i klimatem (co innego można uprawiać w dość chłodnych stanach, a co innego w gorącej Kalifornii) i grupą społeczną, która jadła dane posiłki. Bogaci ludzie zawsze jedli inaczej niż ich pracownicy czy niewolnicy. Zupełnie tak jak dzisiaj, wtedy importowali produkty z Europy, inspirowali się kuchnią francuską. Ale to nie dzięki nim powstały takie amerykańskie klasyki jak clam chowder, czyli gęsta zupa z małżami czy corn dogs, czyli kiełbaski w cieście kukurydzianym. Te klasyczne amerykańskie dania charakteryzujące konkretny region to zasługa zwykłych gospodyń domowych szukających oszczędności i jak najlepszego wykorzystania darów ziemi. Druga rzecz o której muszę wspomnieć to czas. My, Polacy, lubimy o sobie myśleć jako o bardzo starym, dojrzałym kraju z ponad tysiącletnią tradycją. O Amerykanach lubimy myśleć jako o kraju młodym, bez konkretnej tożsamości, ciągle dojrzewającym. Jak się okazuje, ten "krótki" czas wystarczył, żeby rozwinąć swoje charakterystyczne smaki.



















Dla mnie kuchnia amerykańska to mieszanka tego, co wnieśli pierwsi kolonizatorzy i niewolnicy z tym, co dodały do niej kolejne grupy etniczne. Mam już w głowie nawet mapkę tego podziału na wschód, Mid-West, Teksas, stany południowe. Ale zacznie się z tego tekstu robić tekst popularno-naukowy. Dlatego teraz skupię się tylko na głównych smakach, które czuliśmy podczas naszego rocznego, a teraz dwutygodniowego, pobytu w kraju ciastek oreo.


1. kawa przelewowa o smaku orzechowym, albo waniliowym, albo dyniowym

Ilość przelewówki wypijanej i serwowanej w Stanach jest niewiarygodna. Wiem, że nie przebije to Skandynawii, ale robi wrażenie. Ten klasyczny obrazek człowieka idącego z kubkiem kawy to w ogóle marzenie każdego europejskiego właściciela kawiarni - sprzedajesz kawę w papierowym kubku i nie masz gościa w lokalu (i związanych z nim kosztów takich jak: fotele, toalety, zmywanie, obsługa, etc). Kawa przelewowa aromatyzowana to dla mnie czysty smak amerykańskiego poranka. I nie ma zmiłuj, że chemex czy aeropressy są lepsze i to z jakąś boliwijską kawą jednorodną w nosie smoka wypalaną. Czarna, mocno palona i mocno aromatyzowana kawa z dodatkiem "half and half" czyli śmietanki to majstersztyk amerykański. Koniec.

2. Słodko, słodko, za słodko, sól

piątek, 31 marca 2017

AZS – o czym powinien wiedzieć nauczyciel?

W Twojej grupie przedszkolnej lub klasie jest dziecko chore na atopowe zapalenie skóry. Czego oczekiwać i jak mu pomóc w codziennym życiu?


1. AZS nie jest zaraźliwe

Atopowe zapalenie skóry to choroba, która objawia się zaczerwieniem skóry i świądem. Drapanie prowadzi do powstania ran, które widać szczególnie w zgięciach łokci i pod kolanami, ale także na nadgarstkach, szyi, twarzy. Na AZS cierpi około 20% populacji, a w ciągu ostatnich 30 lat w krajach uprzemysłowionych liczba zachorowań wzrosła trzykrotnie. AZS to choroba genetyczna o podłożu zapalnym. Nie znana jest jej dokładna przyczyna. Wiadomo, że ponad 30% dzieci z AZS ma alergie pokarmowe, ale AZS alergią nie jest. Jest to choroba, która zaostrza się pod wpływem stresu. AZS nie jest zaraźliwe. Dziecka można spokojnie dotykać, można się z nim bawić. Jest to szczególnie ważna informacja dla innych rodziców. Bywa tak, że dziecko z AZS przychodzi do przedszkola czy szkoły wysmarowane białą maścią i przypomina nieco dziecko z ospą. Ta biała papka ma osuszyć rany i zapobiec drapaniu. Jeśli papka przeniesie się na ubranie, zabawkę, wykładzinę – nie ma problemu, bo dobrze się spiera. 

2. Dziecko jest nadwrażliwe

poniedziałek, 27 marca 2017

Czego nie mówić rodzicom dziecka z AZS?

Dziecko ma nadrapaną skórę, czerwone plamy na szyi rozlewają się niczym kipiące mleko. Jest środek lata, a rodzice idą z dzieckiem ubranym w długi rękaw i długie spodnie. Jakie komentarze nasuwają się na myśl i które lepiej zachować dla siebie?



1. Czy to dziecko ktoś leczy?

Rodzice zwykle nie są ślepi. Nie są też ignorantami i pewnie jakiś czas temu zauważyli, że ze skórą ich dziecka jest coś nie tak. Z pewnością szukają pomocy. Prawdopodobnie robią wszystko, co w ich mocy, żeby pomóc dziecku. Nie zawsze jednak to pomaga od razu. Może też niekoniecznie chcą o tej chorobie opowiadać nowopoznanym osobom na ulicy, w kawiarni czy na dodatkowych zajęciach. 

2. Czy próbowaliście już X, Y, albo Z?

Na pewno każdy z nas potrafi powiedzieć o jakieś magicznej maści, substancji, oleju, lekarstwie, które pomogło dziecku znajomych, sąsiadów, kuzynów, czy szwagra matki siostrzeńcowi. Wspaniale! Nie wszystko jednak można przetestować na własnym dziecku i nie wszystkie te terapie zaleca lekarz. Dlatego nakłanianie ich do testowania różnych specyfików może wywołać ostre reakcje. 

3. Czym ją/jego znowu nakarmiliście?

Dziecko ma kolejne zaostrzenie, bo zmienia się pora roku, bo wyjeżdżało, bo ma trudny czas w przedszkolu czy szkole. Gorzej się czuje i gorzej wygląda. Najprawdopodobniej je tak samo jak zwykle i kąpie się tak samo jak zwykle. Po prostu, tej choroby nie leczy dieta. To prawda, jedzenie ma duży wpływ na stan skóry, ale nie jest jedynym czynnikiem pogarszającym jej stan. 

4. Jak jej/jego skóra ładnie wygląda. Gratulacje!

Z pewnością każdy rodzic cieszy się, że skóra dziecka jest zdrowsza. Ale wie, że to bomba zegarowa z opóźnionym zapłonem i tymczasowa kontrola nie gwarantuje długotrwałego sukcesu. Poza tym, nikt nie lubi być oceniany przez pryzmat zdrowia swojego dziecka. Poza tym, gratulować to można tylko temu choremu dziecku, że jest w stanie wytrzymać to okropne swędzenie. 

5. Jak mi Was szkoda/jacy jesteście biedni

Jedyną osobą, która naprawdę cierpi jest dziecko. To ono czuje to ciągłe swędzenie, drapanie i ból. W tej sytuacji nikt nie jest biedny i naprawdę nie ma powodu, żeby kogokolwiek żałować. Jedni borykają się z agresją u dzieci, inni z dysleksją, a my z AZS. Jesteśmy razem szczęśliwi. 

6. Ale przecież ona/on tak mało tego zjadła/zjadł... to niemożliwe że od tego

Dziecko zostało na kilka godzin z wujkami/ciotkami/kuzynami/dziadkami/opiekunami. Widać, że coś nie jest dobrze, skóra robi się czerwona, a przecież wszystko było w porządku. Szybki wywiad (rodzice alergików są lepsi w śledzeniu składu diety niż FBI) i okazuje się, że dziecko zjadło żelki/cukierki/czekoladki albo coś innego, co na pewno powoduje zaostrzenie choroby. Co słyszą rodzice? Niemożliwe, żeby po takiej ilości coś się stało. Ale dzieje się. Im więcej barwników, cukru i wzmacniaczy smaku tym dzieje się szybciej i intensywniej.

czwartek, 23 marca 2017

Kanapeczki z awokado i homarem

Homar, flagowy produkt Kanady, coraz częściej pojawia się na stołach w Ameryce Północnej, Azji oraz w Europie. Nadal jednak zbyt często postrzegany jest jako towar luksusowy, zarezerwowany na szczególne okazje. Może warto odczarować homara? 


Przygotowaliśmy już przepis na najprostszy makaron z homarem - zobaczcie. Taki makaron, który może zrobić absolutnie każdy w każdej kuchni - nawet studenckiej. Pewnie słowa "homar" i "studencki" wzajemnie się wykluczają? Pewnie na co dzień tak, ale skoro teraz mrożone homary kosztują 35,99 to można się szarpnąć i przygotować coś naprawdę extra! 

Dzisiaj rano jedliśmy pyszne kanapeczki z homarem. Pozwalają cieszyć się jego delikatnym smakiem i są absolutnym hitem w naszym domu. Łatwo można je podzielić i nakarmić tych, których lubimy. Jakiś czas temu nasza licealna nauczycielka dowiedziawszy się o naszej blogowej pracy napisała "to teraz wpraszam się na jakiegoś homara". Ironię zrozumieliśmy. Dzisiaj dedykujemy jej ten przepis publicznie zapraszając na małą homarową ucztę. A Was zachęcamy do spróbowania homarów. Nie są trudne w przygotowaniu, a naprawdę mają wyjątkowy smak. 

Jakiego homara wybrać?



Najlepiej wybierać homary z niebieskim znakiem MSC. 
Blisko 90% zasobów ryb i owoców morza w morzach i oceanach jest wyczerpanych, znacznie uszczuplonych lub nadmiernie eksploatowanych. Wybierając ryby i owoce morza z niebieskim znakiem MSC pomagamy chronić zasoby mórz i oceanów, mamy gwarancję, że produkty pochodzą z przyjaznych środowisku, zrównoważonych połowów, czyli takich które w mniejszym stopniu wpływają na ekosystem morski, pozostawiają więcej ryb w morzach i oceanach i sprzyjają innym zwierzętom morskim. Jeśli chodzi o homary, to mamy dobrą wiadomość. 97% wszystkich rybaków i przetwórców homara w Kanadzie otrzymało certyfikat MSC.


Czas przygotowania: 30 minut
Liczba porcji: 4 osoby

Składniki:
8 kromek bagietki lub 4 kromki chleba wiejskiego
2 łyżki oliwy z oliwek
1 homar (odmrożony)
1/2 awokado
1/2 czerwonej papryki
1/2 łyżeczki majonezu
szczypta chili (wedle uznania)
1 łyżka soku z cytryny
szczypiorek lub natka pietruszki (opcjonalnie)

1. Homara gotujemy we wrzątku przez 4 minuty. Wyciągamy i obieramy. Dokładna instrukcja - tutaj. Kroimy w kostkę. Możemy dodać ikrę, jeśli trafiła nam się pani homarzyca. 

2. Awokado przekrawamy na pół. Wyciągamy pestkę. Nożykiem nacinamy go (ciągle w skórce) tak, by powstała kostka. Za pomocą łyżki do zupy wyciągamy miąższ i wkładamy do miseczki. 

3. Paprykę kroimy w drobną kosteczkę. Wrzucamy do miseczki. 

4. W misce mieszamy homara, awokado, paprykę, majonez, chili, sok z cytryny. 

5. Na patelni rozgrzewamy olej i smażymy na złoto plasterki bagietki. 

6. Na pieczywie układamy pastę. Posypujemy szczypiorkiem lub natką pietruszki. 

środa, 22 marca 2017

Makaron z homarem - najprostszy

Homar to jeden z tych składników, który nie wymaga wielu dodatków. Wystarczy makaron, cytryna, pomidorki i chilli. To najprostszy sposób na danie z homarem.



Zanim zabierzemy się do przygotowania makaronu musimy poradzić sobie z samym homarem. W Polsce trudno o świeżego homara, ze względów oczywistych. Mrożone homary są dużo prostsze w przygotowaniu - są już pozbawione wnętrzości, a ich gotowanie zajmuje maksymalnie 5 minut. Pana homara musimy odmrozić, a następnie wrzucić do dużego garnka z wrzącą wodą. Po 3-4 minutach wyciągamy go z wody i obieramy. Kiedy poczujemy, że kończyny łatwo odchodzą od korpusu wiemy, że homar jest dobrze ugotowany.



Jak obrać homara? 
Najpierw należy oderwać ogon od korpusu - nie sprawi to dużej trudności. Potem "odkręcamy" kończyny, a następnie za pomocą specjalnych kleszczy (które wyglądają jak dziadek do orzechów) miażdżymy szczypce. Ogon rozcinamy wzdłuż. Specjalnym widelczykiem, palcami lub małą łyżeczką jak do espresso wyciągamy mięso ze ogona, szczypiec i korpusu. W korpusie mięsa nie ma za dużo, za to możemy tam znaleźć pyszną ikrę (jeśli trafiliśmy na samicę) lub zieloną wątróbkę (jeśli trafiliśmy na samca). Wątróbka ma bardzo intensywny smak i zapach. 

Mięso homara jest sprężyste i niezwykle aromatyczne. Najprościej jest je podać z lekko osolonym masłem i sokiem z cytryny. My naszego homara dodaliśmy do makaronu. Mięso z jednego homara wystarczy do przygotowania dwóch porcji makaronu. Jeśli planujecie homarową ucztę, kupcie więcej homarów. Teraz można je kupić w wyjątkowo atrakcyjnej cenie 34,99 w Biedronce. 

Jak wybierać homary i inne owoce morza?


Najlepsze homary i owoce morza są oczywiście świeże. Ale nie zawsze świeże oznacza złowione z troską o środowisko. Homar, którego przygotowaliśmy, posiadał certyfikat MSC. Jest to certyfikat zrównoważonego rybołówstwa. Niebieski znaczek znajdujący się na rybach i owocach morza oznacza, że pochodzą one ze stabilnych i dobrze zarządzanych łowisk, które dbają o równowagę morskich ekosystemów. Dzięki tym praktykom produktami rybnymi i owocami morza będziemy cieszyć się zarówno my jak i przyszłe pokolenia.

97% wszystkich rybaków i przetwórców homara w Kanadzie otrzymało certyfikat MSC. Wybierając homara, śledzie, krewetki, małże i inne owoce morza z tym niebieskim znakiem macie pewność, że dostaniecie produkt pochodzący ze zrównoważonych połowów. Tym samym zadbacie o ekosystem mórz i oceanów. I jeszcze jedno: produkty z tym niebieskim znakiem możecie znaleźć w wielu sklepach, także tych tańszych. Produkty z logo MSC nie są droższe od ich odpowiedników bez tego znaku. Dlatego mając wybór, wybierzcie odpowiedzialnie. 


Czas przygotowania: 30 minut
Liczba porcji: 2 

Składniki:
200 g makaronu spaghetti 
1 homar odmrożony
300 g pomidorków koktajlowych
30 g masła
1 łyżeczka chilli
sok z 1/2 cytryny

1. Homara wrzucamy do garnka z wrzącą wodą. Gotujemy 4 minuty. Wyciągamy i obieramy. Mięso kroimy w kostkę.

2. Makaron gotujemy według instrukcji na opakowaniu. 

3. W czasie, gdy gotuje się makaron przygotowujemy sos. Na patelnię wrzucamy masło i chilli. Po 1 minucie dorzucamy pomidorki przekrojone na pół. Smażymy na małym ogniu około 5 minut. Dodajemy sok z cytryny i homara. 

4. Makaron odcedzamy, dodajemy do niego zawartość patelni. Mieszamy i serwujemy. 


niedziela, 19 marca 2017

Oleje roślinne - rodzaje, właściwości, zastosowanie

O olejach roślinnych mówi się coraz częściej w kontekście zbilansowanej diety. Są bogate w zdrowe tłuszcze, w tym gównie wielonienasycone kwasy tłuszczowe (omega-3, omega-6), których nasz organizm sam wytworzyć nie potrafi. Jak przechowywać oleje, które podgrzewać, które jeść? 



OLEJ LNIANY

Jest najbardziej znanym polskim olejem. Olej lniany tłoczony na zimno jest najbogatszym roślinnym źródłem kwasów tłuszczowych omega-3 i kwasów omega-6. Tylko olej tłoczony na zimno zawiera idealną proporcję tych kwasów. Dlaczego ważne jest, by był to olej tłoczony na zimno? Kwas α-linolenowy (omega-3) pod wypływem temperatury, światła i powietrza utlenia się. Dlatego tylko w oleju tłoczonym na zimno jest go sporo. 


WŁAŚCIWOŚCI:

- wspomaga trawienie i metabolizm
- działa osłonowo na układ pokarmowy
- pomaga mózgowi dobrze funkcjonować 
- łagodzi wahania cukru we krwi
- hamuje procesy miażdżycowe


JAK PRZECHOWYWAĆ?

Olej lniany warto kupować w jak najmniejszym opakowaniu i przechowywać w lodówce. Dzięki temu szybciej go zużyjemy i jest większe prawdopodobieństwo, że kwasy omega-3 się nie utlenią. Olej mętnieje, ale nie należy się tym przejmować - to naturalny proces sedymentacji. 

Olej należy spożyć w ciągu 3-4 tygodni. Gorzkawy posmak zdradza, że olej nie nadaje się do spożycia. Nie trzeba go jednak wylewać! Warto nim natłuszczać cienkie włosy, żeby je wzmocnić (wystarczy wetrzeć olej w suche włosy, zostawić na godzinę, a potem umyć głowę szamponem). Można go również wcierać w skórę dłoni i paznokci. 

JAK UŻYWAĆ?

Nie należy go podgrzewać, ale można wzbogacać nim ciepłe potrawy oraz używać jako dodatek do sałatek lub sosów. Świetnie sprawdza się jako dodatek do pyrów z gzikiem, śledzia, klasycznych ziemniaków. My dodajemy go do ugotowanych warzyw dla niemowlęcia.



OLEJ Z PESTEK DYNI 

Olej z pestek dyni ma głęboko zielony kolor i intensywny smak. Nie ma idealnego profilu tłuszczowego, tzn. zawiera więcej kwasów omega 6 i śladową ilość kwasów omega 3. Stosuje się go chętnie w medycynie naturalnej. 

WŁAŚCIWOŚCI:

Olej z pestek dyni jest tradycyjnym lekiem na pasożyty - wystarczy 1 łyżeczka dziennie, by zacząć walkę z tasiemcem, owsikami i glistami. Olej nie podrażnia ścianek żołądka i jelit, więc jest najbezpieczniejszym preparatem dla dzieci.  
Wspomaga też leczenie prostaty i chorób górnych dróg oddechowych. Polecany jest alergikom. 

JAK PRZECHOWYWAĆ?

Olej z pestek dyni przechowujemy w lodówce. Można go przechowywać w temperaturze do 20 stopni Celsjusza, ale im wyższa temperatura tym szybciej zjełczeje. 

JAK UŻYWAĆ?

Nie należy go mocno podgrzewać. Można wzbogacać nim ciepłe potrawy. Świetnie smakuje w sałatkach, na ziemniakach. Pyszny jest twarożek z dodatkiem oleju z pestek dyni.
Olej świetnie leczy bardzo suchą skórę, ale trzeba uważać na ubrania - barwi je i trudno się spiera. Można nim równiej olejować włosy (tak samo jak olejem lnianym). 



OLEJ Z OSTROPESTU 

Olej z ostropestu znany jest od dawna i chętnie wykorzystywany przez medycynę naturalną do wspomagania pracy wątroby i układu krwionośnego.

WŁAŚCIWOŚCI:

Olej z ostropestu zawiera sylimarynę, która jest przeciwutleniaczem regenerującym wątrobę. Sylimaryna oczyszcza wątrobę z toksyn, więc wspomaga leczenie przewlekłych chorób wątroby. Olej z ostropestu obniża poziom cukru we krwi i poziom cholesterolu. Badania wykazały, że olej zapobiega powstawaniu kamieni nerkowych i chorób układu moczowego. 
Olej z ostropestu używany jest również do nawilżania skóry u osób z AZS, rumieniem, zmianami ropnymi. 

JAK PRZECHOWYWAĆ?

Olej z ostropestu tłoczony na zimno przechowujemy w lodówce. 

JAK UŻYWAĆ?

Oleju nie powinno się podgrzewać. Można stosować go do sałatek. Osobom, które chcą oczyścić wątrobę zaleca się picie 1 łyżeczki oleju 3 razy dziennie przed posiłkiem. 


OLEJ RZEPAKOWY

Olej rzepakowy to jeden z najchętniej spożywanych olejów. W sklepach występuje głównie w postaci oleju rafinowanego. Ten rafinowany jest pozbawiony wielu substancji, które naturalnie występują w ziarnie, a które w procesie oczyszczania (rafinacji) zostają usunięte. Jest neutralny smakowo, nie utlenia się, ale nie zawiera witaminy A i E. 

WŁAŚCIWOŚCI:

Olej rzepakowy nierafinowany i tłoczony na zimno to źródło kwasów Omega 3 i witaminy E, którą popularnie nazywa się "witaminą młodości". Olej rzepakowy tłoczony na zimno nadaje się do smażenia. Można go również dodawać do sałatek, zup, twarogu, śledzi. 

JAK PRZECHOWYWAĆ?

Olej rzepakowy tłoczony na zimno najlepiej przechowywać w lodówce. 

JAK UŻYWAĆ?
Olej możemy podgrzewać, więc można na nim smażyć, można dodawać go do ciast. Można używać go tez do sałatek, zup, twarogu, śledzi. 


OLEJ SŁONECZNIKOWY

Złoty olej słonecznikowy rafinowany to jeden z ulubionych olejów Polaków na którym chętnie smażą wszystko, co się da. Zupełnie inaczej wygląda i smakuje olej słonecznikowy nierafinowany. Taki olej ma barwę ciemno zółtą, ma intensywny smak i zapach. Ma niezbyt korzystny profil kwasów tłuszczowych - więcej kwasów Omega 6 niż Omega 3. Dlatego warto spożywać go z umiarem. 

WŁAŚCIWOŚCI:

Olej słonecznikowy jest bogatym źródłem witaminy E. Ze względu na dużą zawartość kwasów Omega 6 jego nadmierne spożycie może spowodować zaostrzenie stanów zapalnych w organiźmie. 

JAK PRZECHOWYWAĆ?

Olej słonecznikowy tłoczony na zimno najlepiej przechowywać w lodówce. 

JAK UŻYWAĆ?

Olej słonecznikowy ma bogaty smak, jednak trzeba używać go z umiarem. Najlepiej dodać go do sałatki lub skropić nim zupę krem - np. z dyni. 



OLEJ Z NASION KONOPII 

To nasze nowe odkrycie. Zielony olej o intensywnie orzechowym smaku jest świetnym dodatkiem do sałatek i zup. Ma dobry stosunek kwasów Omega 3 i Omega 6, więc wykazuje właściwości lecznicze. 

WŁAŚCIWOŚCI:

Ze względu na dobry stosunek wielonienasyconych kwasów tłuszczowych, olej z konopii jest dobrym uzupełnieniem diety. Zalecany jest osobom z podwyższonym cholesterolem we krwi - olej z nasion konopii pomaga go obniżyć. Działa przeciwzapalnie.

JAK PRZECHOWYWAĆ?

Olej z nasion konopii tłoczony na zimno najlepiej przechowywać w lodówce. 

JAK UŻYWAĆ?

Nie należy go podgrzewać, ale można wzbogacać nim ciepłe potrawy oraz używać jako dodatek do sałatek lub sosów. Świetnie sprawdza się jako dodatek do sałatek,  klasycznych ziemniaków, zup. Świetnie smakuje z pieczonymi burakami! 



OLEJ Z CZARNUSZKI

Prawdziwa enigma wśród olejów. Podobno właściwości oleju z czarnuszki nie przypominają tradycyjnych olejów tłoczonych na zimno. Olej z czarnuszki ma ciemnobrązową barwę i charakterystyczny smak. Olej jest ostry i delikatnie gorzki. 


WŁAŚCIWOŚCI:

Przyprawa ta znana była już w starożytnym Egipcie, gdzie traktowano ją jako specyfik leczący wszystko poza śmiercią. Wspomaga walkę z wieloma schorzeniami skóry i infekcjami dróg oddechowych. 


JAK PRZECHOWYWAĆ?

Olej z czarnuszki na zimno najlepiej przechowywać w lodówce. 


JAK UŻYWAĆ?

Nigdy nie dodawaliśmy tego oleju do potrawy, ponieważ jest zbyt ostry i dominujący. Za to pijemy go regularnie, kiedy czujemy się przemęczeni lub kiedy mamy pierwsze objawy przeziębienia. Pijemy po 1 łyżeczce 3 razy dziennie. Olej pomaga niektórym dzieciom z AZS - piją 1 łyżeczkę dziennie. 

Olej można stosować zewnętrznie - bardzo pomaga chorym na AZS. Ponieważ barwi ubrania, warto smarować nim skórę po kąpieli i zakładać "domowe" ubranie. 


OLEJ KOKOSOWY 

Wielkim szturmem zdobył półki w eko-sklepach, polecają go celebryci, jemy go, nacieramy się nim. W sklepach można kupić olej rafinowany, który nie pachnie i pięknie pachnący olej nierafinowany. Najważniejszym składnikiem oleju kokosowego jest kwas laurynowy, który wspomaga układ immunologiczny. Olej kokosowy świetnie nawilża, chociaż nie powinno się go stosować na twarz. 


JAK PRZECHOWYWAĆ?

Olej kokosowy przechowujemy w temperaturze pokojowej. Olej będzie zmieniał swoją konsystencję w zależności od temperatury otoczenia - rozpuszcza się już w 30 stopniach. 

JAK UŻYWAĆ?

Olej kokosowy ze względu na wysoką zawartość kwasów nasyconych powinien być spożywany z umiarem. Teoretycznie można na nim smażyć, ale trzeba uważać, bo jego temperatura dymienia jest dość niska - około 170 stopni Celsjusza. Niektórzy dodają go do kuloodpornej kawy (kawa, olej kokosowy, masło klarowane, mleko roślinne). Świetnie nadaje się do pięlęgnacji ciała - można użyć go do przygotowania domowego peelingu, balsamu do ust. Można nim nawilżać grube i gęste włosy.