piątek, 15 września 2017

A Ty, co wiesz o ziołach? Recenzja książki Zioła – dla smaku, zdrowia i urody

Czy na prawie 300 stronach da się przekonać, że zioła są dla nas łatwym sposobem na lepszy wygląd i zdrowie? Małgorzata Kaczmarczyk podejmuje tę heroiczną próbę.


Zioła kojarzą mi się z herbatkami z Herbapolu, KlaudynąHebdą i świętem Matki Boskiej Zielnej. Idąc na łąkę czy do lasu wiem, że one tam są, ale trudno mi je rozpoznać. Zupełnie też nie wiem do czego miałyby służyć. Książka opisuje działanie poszczególnych ziół, sposoby ich konserwowania i przepisy z ich wykorzystaniem. Przy każdej substancji zaznaczone są możliwe skutki uboczne przyjmowania jej w zbyt dużej ilości – wszystko zostało opatrzone przypisami do publikacji naukowych.


Przyznam się, że mnie najbardziej zainteresowały trzy rozdziały: przeziębienia, kosmetyki i nalewki. Autorka opisując sposoby walki z przeziębieniami odwołuje się do skutecznych metod naszych babek, podaje przepisy na ziołowe antybiotyki i doradza które herbatki ziołowe pozwalają pozbyć się przykrej choroby. Z wielką radością odkryłam, że nalewka z jarzębiny, cytryny i miodu jest świetnym źródłem witaminy C i jest bardzo prosta do zrobienia. Z wielką ekscytacją przejrzałam rozdział o ziołowych kosmetykach. Oprócz samych receptur na kremy czy peelingi w książce znajdziemy opisy całych rytuałów relaksacyjnych i pielęgnacyjnych. Są bardzo proste. Jeśli ktoś ma poczucie, że wymagają zbyt długich przygotowań, Autorka podaje sposoby na równie skuteczne, ale szybsze metody pielęgnacji. Dla przykładu: peeling możemy zrobić z mielonych ziaren kawy, ale kiedy zupełnie nie mamy czasu na jego przygotowanie możemy wykorzystać skrystalizowany miód.

Autorka we wstępie zaznacza, że jej książka nie jest poradnikiem mającym na celu pokazanie jak sobie radzić z konkretną chorobą. Akceptuję to podejście. Zupełnie zgadzam się z tym, że zioła mogą wspomóc leczenie, ale jak każda substancja aktywna mogą przeszkodzić medycynie tradycyjnej (przeczytajcie co o tym mówiła onko-dietetyczka). Dlatego nie można bagatelizować ich mocy. 



Jedyną rzeczą, której bardzo mi brakuje w książce to zdjęcia wszystkich wspominanych ziół. Rozumiem, że książka nie jest zielnikiem. Mam jednak poczucie niedosytu, kiedy nie wiem jak wygląda konkretna roślina i raz po raz muszę szukać jej zdjęcia w internecie. Można by rzec, że w ten sposób po prostu się uczę. Ja jednak mam dość pobożne podejście do książek i jak już mam ją w ręku, to chciałabym, żeby było w niej wszystko.

Zioła – dla smaku, urody i zdrowia to pozycja dla tych, którzy wierzą w siłę natury, lubią alchemię i nie boją się eksperymentów. Bo jednak trzeba mieć naturę alchemika, żeby do ketchupu dodać lebiodki i głogu, a do zupy gwiazdnicy, nasturcji czy nagietka.



Małgorzata Kaczmarczyk
Zioła – dla smaku, zdrowia i urody
wydawnictwo Samo Sedno
Cena: 44,90


wtorek, 5 września 2017

Słodycze do szkoły bez wyrzutów sumienia - część II

Znowu w lodówce mieliście światło i nie bardzo wiedzieliście co dać dziecku do szkoły. Przekraczając próg spożywczaka przeklinaliście ustawę zakazującą słodyczy w szkole, a jedyną rzeczą, którą chciało dziecko był ten zupełnie nowy batonik w białej czekoladzie z naklejką do kolekcji? 

Przed rokiem opublikowaliśmy listę naszych śniadaniówkowych odkryć (przejrzyj je tutaj).  Tym razem publikujemy nową listę słodyczy do szkoły bez wyrzutów sumienia.

1. Dobra kaloria




W Dobrej Kalorii zakochałam się w ciąży i pasjami pożerałam ekspandowaną grykę z miodem. Dzieciom do szkoły kupujemy jednak batoniki. Sprawdzają się nie tylko w szkole, ale podróży (nie bardzo brudzą samochód), w parku (a tamta babcia daje dziewczynce batonika i ja też chcę), na wakacjach. Ulubiony smak dzieci to jabłko z cynamonem, ulubiony smak Adama to chrupiący orzech, ja kocham śliwkę i ziarno. Dobra kaloria dostępna jest w Rossmanie, Lidlu i chyba wszystkich hipermarketach. Cena: ok. 2,50 PLN

piątek, 25 sierpnia 2017

Termosy i śniadaniówki dla dzieci - subiektywny przegląd #sosAZS

Niedługo rozpoczynamy czwarty rok gotowania obiadów do przedszkola i drugi rok przygotowywania obiadów do szkoły. Przez ten czas przetestowaliśmy kilka termosów i śniadaniówek. Być może nasze doświadczenia pomogą Wam dobrać termos czy śniadaniówkę dopasowaną do potrzeb Waszego dziecka. 

Zanim zaczniecie przeglądać termosy i śniadaniówki, przeczytaj dlaczego gotujemy dla dzieci i jaką dietę stosujemy. Jeśli obawiasz się jak dziecko przyjmie fakt, że będzie jedynym dzieckiem w grupie czy klasie przynoszącym własne pojemniczki, to porozmawiaj z nauczycielem. Jeśli trudno Ci zebrać myśli, przeczytaj o czym nauczyciel wiedzieć powinien.


TERMOSY 

Wybierając termos musimy odpowiedzieć sobie na pytania:

- ile dziecko je (żeby dobrać odpowiedni rozmiar)
- co będzie zabierało do szkoły (czy tylko zupę czy dwa dania)
- czy będzie jadło bezpośrednio z termosu czy będzie można to jedzenie przełożyć na talerz
- jak długo termos musi trzymać ciepło
- czy będzie musiało termos odkręcać samo czy ktoś termos będzie otwierał za dziecko

środa, 16 sierpnia 2017

Przystanek Tleń, czyli gdzie zjeść w Borach Tucholskich

Czy sześcioro dorosłych i ośmioro dzieci może wspólnie zjeść dobry obiad w restauracji? Oczywiście - i to w miejscu polecanym przez Slow Food.




Do Przystanku Tleń trafiamy z polecenia właścicieli Osady Słomiany Zapał. Niezobowiązujące drewniane wnętrze łączy w sobie restaurację, pensjonat i browar. Przed restauracją znajdują się stoliki dla amatorów świeżego powietrza z tucholskich lasów. Na tablicy przy drzwiach wypisane są dania dnia i desery. Jednego dnia królują jagody, innego bób i kurki. W Tleniu jemy dwa razy w ciągu tygodnia.



Wchodzimy do jasnego wnętrza w którym widać miedziane kadzie, które fascynują dzieci. Przystanek Tleń to przecież browar. Siadamy przy dużym stole i stajemy się spełnieniem najgorszego koszmaru kuchni - prawie każdy bierze co innego.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Warto pić wino, które się rozumie [Rozmowa #12]

O tym, jakie wino kupić w prezencie, jakie wino pasuje do śledzia i jak zacząć swoją przygodę z winem rozmawiamy z Wojciechem Cyranem. 



Czy Polacy potrafią pić wino?


Uczymy się. Polska jest krajem piwnym i wódczanym, bo takie są tradycje w naszym regionie. Wino dopiero pojawia się na polskich stołach. W moim domu, kiedy jadło się cokolwiek, nie było na stole wina. Natomiast u moich francuskich kolegów butelka tego trunku zawsze znajdowała się na stole. 
W Polsce kultura picia wina do posiłku rozwija się bardzo dynamicznie,  jednak jest to powolny proces. Kulturowo jesteśmy krajem wódczano-piwnym i zdecydowanie „swobodniej” czujemy się z kieliszkiem wódki czy kuflem piwa niż z kieliszkiem wina. Pijąc wódkę czy piwo po prostu je pijemy, nie zastanawiamy się czy jest to amerykańska IPA, czeski Pils, czy niemieckie pszeniczne piwo. Podobnie z wódką. Nie każdy Polak wie, że Wyborowa jest żytnia, Luksusowa ziemniaczana, a Ostoya pszeniczna. Z winem jest inaczej. Pijąc je możemy czuć się bardziej nieswojo. Pojawiają się pytania: czy wybrałem dobry szczep, czy ten gatunek pasuje do jedzenia, jak trzymać kieliszek w ręku, w jakiej serwować je temperaturze…

A jakie jest Twoje ulubione wino?

Nie mam takiego. To zależy, do czego ma pasować.

Powiedzmy, że przychodzimy w południe do restauracji i chcemy się napić wina do lunchu, to o co powinniśmy poprosić?


piątek, 14 lipca 2017

Czy przyczyną otyłości może być zapach jedzenia?

Od wielu lat naukowcy starają się znaleźć przyczynę nadwagi i otyłości. Ci pracujący na Uniwersytecie w Berkley odkryli, że jedną z przyczyn tycia może być tendencja do ... wąchania jedzenia.


To, że zmysł węchu i smaku są ze sobą nierozerwalnie związane jest dla nas oczywiste. Z wielką przyjemnością jemy czekoladę, ale też smarujemy się kremami, które mają taki sam zapach. Przechodząc obok piekarni czy cukierni dajemy się "wodzić za nos" i chwilę później z radością pożeramy świeżą bułkę czy ciastko. Jednak do tej pory nikt nie mówił o tym, że samo wąchanie jedzenia sprzyja tyciu. 

W zeszłym tygodniu na stronie uczelni pojawił się artykuł streszczający prace amerykańskich badaczy. Podzielili oni myszy na trzy grupy. Pierwsza grupa to myszy, które normalnie czuły zapachy i miały normalną wagę ciała. Druga grupa to myszy pozbawione zmysłu węchu na trzy tygodnie, które również miały normalną wagę ciała. Trzecia grupa to myszy z nadwagą. Myszy czujące normalnie i myszy, które zapachów nie czuły dostawały takie same, wysokokaloryczne posiłki. Naukowcy podejrzewali, że myszy pozbawione węchu nie będą chętnie jadły. Okazało się, że obie grupy myszy jadły dokładnie tyle samo. Z tym, że myszy nie czujące zapachów przytyły 10%, a te, które zapachy czuły przytyły niemal 100%. Ten zupełnie szokujący wynik eksperymentu sprawił, że naukowcy z większa uwagą przyjrzeli się trzeciej grupie - myszom z nadwagą. W trakcie trwania eksperymentu dostawały wysoko-kaloryczne posiłki i jadły tyle samo, co wcześniej. Pozbawione węchu, zaczęły chudnąć. 

Naukowcy byli tak zaintrygowani wynikami swoich badań, że zaprosili do współpracy kolegów z Niemiec z Intrytutu Maxa Plancka. Ci przeprowadzili podobny eksperyment na "swoich" myszach, które miały niezwykle wyczuolony zmysł węchu. Dostawały przez 3 tygodnie ten sam pokarm, co ich amerykańskie koleżanki i ... przytyły.

Eksperyment ten pokazuje, że myszy tyły nie tylko przez to co jadły, ale jak postrzegały swoje jedzenie. A w zasadzie, jak bardzo skupiały się na samym zapachu jedzenia. Jedna z hipotez mówi, że myszy chudły dlatego, że ich mózg miał poczucie, że są najedzone (nie czuły zapachu jedzenia, więc nie wywoływało to napadów głodu). W związku z tym w inny sposób zarządzał procesami metabolicznymi. 

Naukowcy z dużą dozą ostrożności podchodzą do wpływu wyników ich badań na życie ludzi cierpiących na nadwagę. Wiadomo, że osoby pozbawione węchu jedzą mniej chętnie. Utrata węchu zwykle jest skutkiem ciężkiej choroby i wypadku, więc niechęć do jedzenia może mieć podłoże emocjonalne. Naukowcy chcą teraz zbadać w jaki sposób przebiegają procesy napadów głodu, czy da się modyfikować sposób odczuwania przyjemności z jedzenia, czy podobne procesy zachodzą u ludzi. Z pewnością za napady głodu odpowiedzialny jest zmysł węchu. Naukowcy zamierzają zbadać teraz czy również ludzie tyją od tego, że lubią wąchać swoje jedzenie.

Pełna treść artykułu dostępna jest na stronie periodyku Cell Metabolism


wtorek, 11 lipca 2017

Mathallen, czyli gdzie zjeść w Oslo

Jeśli jest jakieś miejsce w Oslo do którego miłośnik jedzenia powinien pójść to jest to zdecydowanie Mathallen. Może nie jest to dwugwiazdkowa restauracja Maemo, ale jest to miejsce pokazujące co jedzą mieszkańcy stolicy Norwegii. 



Kawałek drogi od centrum Oslo w czerwonym starym budynku mieści się oslowska hala targowa. Jest w niej wszystko, czego potrzebuje osoba lubiąca dobre smaki. Obok stoiska z suszonymi owocami, warzywami i grzybami jest stoisko z najświeższymi rybami jakie widziałam poza barcelońską La Boqueria. Można kupić tu świeże mięso, poprosić o odpowiednie pokrojenie czy zmielenie. Można w końcu tu zjeść i napić się dobrej kawy. Wydawałoby się, że w kraju, który pije najwięcej kawy na świecie o to nie jest trudno. Można się jednak grubo pomylić. 

wtorek, 27 czerwca 2017

Jak robić przetwory - recenzja "W słoiku"

Kiedy bazarki zapełniają się dojrzałymi truskawkami, na drzewach kwitną bzy, a w powietrzu unosi się zapach czerwieniejących się pomidorów trzeba wyciągnąć z szafki duży garnek, umyć słoiki i zabrać się za zamykanie smaków lata na zimę. Brzmi dobrze, ale czy da się to zrobić w każdej kuchni? Jeśli nigdy nie przygotowywaliście słoików, książka "W słoiku" na pewno Was ośmieli. 



Zacznijmy od tego, kim jest autorka. Kasia Marciniewicz od lat ma w internecie swój kąt wypełniony  dobrymi ludźmi, dźwiękami energetycznej muzyki i szlachetnymi smakami. Jej blog Chillibite to taka ogromna kuchenna wyspa - siedzisz na jednym jej krańcu, przed sobą masz najwyżej jakości składniki i perełki wynalezione na lokalnych targach i bazarkach, a obok Ciebie stoi filigranowa blondynka z wielkim uśmiechem, która stanowczym tonem mówi co masz robić, żeby było dobrze. Taka sama jest ta książka. Każdy przepis opatrzony jest ciepłą historią i konkretnymi wskazówkami - jak pasteryzować, jak sprawdzać jakość składników, skąd wziąć słodkie truskawki, dlaczego warto kupować śliwki produkowane w USA, jak wykorzystać wolnowar, jak szybko można robić nalewki w Thermomixie, jak rozmawiać z rolnikami i komu ufać. 


Na 240 stronach znajdziemy przepisy na frużeliny, dżemy, marmolady i soki, przetwory warzywne, chutneye, zakwasy, suszone owoce, 4 rodzaje pesto, 6 rodzajów granoli, przetwory mięsne, octy, dressingi i mieszanki przypraw. Obok znanej konfitury z czarnej porzeczki znajdziemy przepis na niecodzienne czereśnie w whisky, które idealnie pasują do pasztetów. Dżem morelowy to nie tylko klasyka gatunku, ale też wersja z migdałami, tymiankiem czy wiśniami. Recepturą na francuski winegret Kasia otwiera rozdział przepisów na sosy do sałatek. Ale winegret to solidna podstawa, która pozwala na eksperymentowanie z sardelami, mango, malinami czy cytrusami. Nudna zwykle granola tutaj pachnie przyprawami korzennymi, czekoladą, ale też aromatami Luizjany. Wszystkie przepisy opatrzone są zdjęciami Autorki i są niezbitym dowodem na to, że słoiki występują w każdym rozmiarze i kształcie. 

Książka "W słoiku" to idealny prezent - także dla samego siebie.  Niewiele jest przyjemniejszych śniadaniowych momentów od tych, w których słychać charakterystyczny dźwięk otwieranych konfitur. U nas w domu za większość słoików odpowiada Adam i raczej nie wchodzę mu w drogę. W zeszłym roku jednak sama smażyłam wiśnie i robiłam to tak, jak wcześniej robiła moja mama i mój brat. Gruszek w occie czy galaretki malinowej bez przepisu bym pewnie nie zrobiła. Bałabym się, że gruszki zmiękną, a galaretka będzie za luźna. W swojej książce Kasia dokładnie opisuje do jakiej konsystencji zmierzamy, opisuje wszystkie procesy, włącznie z myciem słoików i nakrętek. Co dla mnie ważne i ujmujące, uwzględnia informacje o tradycyjnych produktach, ich pochodzeniu,  sugeruje co z danym słoikiem można dalej zrobić - "posmaruj wytrawne gofry, podaj z serami, zrób zupę według mojego przepisu". Książkę zamyka lista sprawdzonych adresów (włącznie z małymi producentami olejów). Te wszystkie wskazówki sprawiają, że pasteryzowanie przestaje być takie trudne i niedostępne. Po przeczytaniu książki mam ochotę włożyć do słoika wszystkie letnie owoce, a na wakacyjną wyprawę zabrać kiełbasę w słoiku. 

W Słoiku. Przetwory przez cały rok
Kasia Maciniewicz
Wydawnictwo Publicat
Cena: 39,90 pln 


piątek, 23 czerwca 2017

Wakacje, sandały i restauracje

Leżysz na plaży i odpoczywasz, bo masz wakacje. Nagle jednak okazuje się, że nie potrafisz żywić się promieniami słońca i powiewem wiatru. Chcesz jeść, ale czy można pójść zjeść będąc niedostatecznie ubranym?

Kevin Curtis

Facebook nie przestaje dostarczać mi tematów do rozważań - a to źli ludzie nie rozróżniają między botwinką a boćwiną, a to numerki na jajkach jakieś oszukane, a to truskawki za drogie, względnie za tanie, bo tyle się przy nich trzeba narobić. Jednak jeden z tematów mocno zwrócił moją uwagę. Człowiek wrzucił do internetu zdjęcie mężczyzny w sile wieku siedzącego w restauracji w sandałach. Zawrzało. Sandały, restauracja, gdzie kultura osobista, szacunek dla "Chefa" znikomy i kilka innych argumentów. Wiadomo, w sandałach nie idziesz dobrze zjeść. Pewnie nie obeszło by mnie to jakoś szczególnie, gdyby nie okoliczności w których to czytałam. 

Siedziałam sobie akurat przy stoliku w znanej i lubianej warszawskiej piekarni. Siedziałam, co ostatnio zdarza mi się rzadko, bo raczej biegam za naszym najmłodszym. Siedziałam więc w ogródku mając obok siebie wózek ze śpiącym dzieckiem. Przede mną i za mną przegryzali listkujące się rogaliki francuskie sami piękni i dobrze ubrani ludzie. Ja też byłam piękna i dobrze ubrana o 9 rano. Była 13. Popołudniu miałam już spodnie w plamach po mące ziemniaczanej, stopy nie do końca wymyte z błota, a moja koszulka była całkowicie wymazana musem marchwiowym połączonym z nonszalancko wtartym bobem. Dziecię zaś miało błoto we włosach, na anielskich licach i nogawkach. Wcześniej świetnie się razem bawiliśmy na zajęciach dla młodocianych do osiemnastki (liczonej w miesiącach). Wracając jednak dziecko padło w objęcia Morfeusza, a mnie dopadł wilczy głód. Mogłam oczywiście wciągnąć bułkę z piekarni i pożreć ją w parkowych krzakach, ale miałam ochotę na coś innego. Usiadłam spokojnie w ogródku, zamówiłam co chciałam i nie czułam ani przez moment, że psuję decorum.

Czy naprawdę idąc zjeść musimy się pindrzyć i stroić? Nie możemy po prostu pójść i zjeść? Rozumiem, że są takie miejsca w których obowiązują jakieś standardy i zwykle na stronie internetowej restauracji można to wyczytać - menu degustacyjne, obco brzmiące nazwy przystawek i zdjęcia pięknych wnętrz sugerują, że powinniśmy przyjść ubrani oczko wyżej niż na zakończenie roku szkolnego w klasie maturalnej. Ale czy do ogródka zwykłego bistro możemy po prostu przyjść ubrani normalnie? I czy naprawdę siedząc w knajpie nudzimy się tak bardzo, że cichaczem musimy pstrykać obcym ludziom zdjęcia i wrzucać je do internetów wstawiając im jednorożce zamiast twarzy? Ja rozumiem, że można nie czuć radości z jedzenia, kiedy musimy patrzeć w czyjś nagi tors. Rozumiem, że trudno znieść ludzi jedzących głośno i nie panujących do końca nad swoimi zwieraczami po obu stronach układu pokarmowego. Ale czy naprawdę człowiek w sandałach/crocsach/niedobranych szortach do polówki to takie zło? 

Zaczęły się wakacje i nawet zaliczając najlepszą przygodę życia pewnie zechce nam się jeść. Restauracje to miejsca publiczne i dobrze, kiedy wszyscy starają się dostosowywać do norm tam panujących. Ale na miłość boską - niech to jedzenie będzie na tyle dobre, żeby nam się chciało oceniać tylko to, co na talerzu, a nie tych, którzy spokojnie jedzą dwa stoliki dalej. 

środa, 31 maja 2017

Pozwólcie dzieciom normalnie jeść

Dzień Dziecka to taki dzień w którym wszyscy przypominają sobie, że jest w nich odrobina dziecka. Jeśli rzeczywiście tak jest, to dlaczego duże dzieci zabraniają tym mniejszym normalnie jeść?

fot. Dan Gold
Od siedmiu lat obserwuję sobie dzieci. Są różne - niektóre spokojne, inne wybuchowe, jeszcze inne uśmiechnięte nawet, kiedy zabierze im się zabawkę. Ta różnorodność wydaje się naturalna - skoro dorośli nie są tacy sami, to dlaczego takie same mają być dzieci? Ale są momenty w których tej barwnej schedy wolimy nie zauważać i traktujemy ją niczym homogenizowany serek. 

Kiedy przychodzi pora posiłków okazuje się, że dzieci obowiązują trochę inne zasady niż dorosłych siedzących przy stole. Przy stole dzieci stają się jak ten serek - odpowiednio zmielone i traktowane jak zupełnie inny od dorosłych twór. Dziecko przy stole odzywać się nie powinno, bo przecież "nie mówi się z pełną buzią". To nic, że rodzice, wujkowie, kuzyni i ciotki trajkoczą przy stole. To nic, że na tym polegają w Polsce święta - na siedzeniu przy stole, przeżuwaniu kotleta czy zimnych nóżek i opowiadaniu po raz setny anegdoty o wuju, który zapomniał kluczy. Dzieci przy stole odzywać się za bardzo nie powinny, bo przecież kraczące ptaki i szczekające psy... Szczególnie mocno widać to w szkole i przedszkolu. Cisza na stołówce budzi moje najgorsze podejrzenia - przecież nawet w barze mlecznym rozmawiają ze sobą nieznajomi, którzy przypadkowo usiedli przy jednym stoliku i wspólnie delektują się kluseczkami i kotlecikami. 

Dzieci też, w przeciwieństwie do dorosłych, swoje posiłki powinny zjadać stosunkowo szybko. Ot takie niewinne - "jak będziecie się guzdrać to nie pójdziemy na plac zabaw" skutecznie zamienia dziecko w młodego pelikana połykającego wielkie gryzy jedzenia. My, dorośli, szybko posiłków nie jemy, bo to niezdrowe dla żołądka. No i niech ktoś śmie nas terroryzować przy stole! Nie ma za to żadnego problemu w poganianiu dzieci.  

Może być tak chociaż przez jeden dzień potraktować dzieci normalnie? Jak siebie samych? Pozwolić im przy jedzeniu poopowiadać, pośmiać się, ponarzekać i trochę pokłócić? Może ich nie poganiać tylko pozwolić im spokojnie zjeść? Może pozwolić im wymieszać te ziemniaczki z surówką na jednolitą papkę, skoro tak im bardziej smakuje? I spokojnie przyjąć to, że mogą czegoś nie lubić? Przecież bakłażan się nie obrazi jak usłyszy, że jest niedobry. A pomidorom nie będzie przyjemniej od tego, że mały człowiek będzie chciał ich zjeść 3 kilo na raz. Bo, że rączki trzymamy na stole, to rozumiem, ale że język zawsze za zębami, to tego już nie. 

czwartek, 25 maja 2017

Mama, czyli historia niejednej kawy

Jednym z pierwszych silnych wspomnień jest wydłubywanie fusów z jej filiżanki po kawie po turecku. Drugim, stanowcze "idź się pobaw, a ja się napiję kawy". 


Jako małe czteroletnie stworzenie zupełnie nie rozumiałam co takiego fascynującego może być w piciu kawy. I czytaniu gazety albo książki. I dlaczego w ogóle mama chciała przez chwilę być sama, beze mnie, przy stole, w ciszy czytając i pijąc kawę ze szklanki z cienkiego szkła (bo moja mama nie znosi kubków). 

Napisać, że moja mama jest niezwykła to tak jakby napisać, że pączek musi być z lukrem. Kiedy nikt nie słyszał o rodzicielstwie bliskości, a płacz dziecka uznawany był za przejaw zdrowej socjalizacji, mama pozwalała mi ze sobą spać i jako pierwsza osoba zupełnie poważnie potraktowała moją niechęć do przedszkola. Niechęć to naprawdę mało powiedziane - nienawidziłam tej głupiej instytucji w której najpierw pytano czy chcę budyń z sokiem, a kiedy odpowiadałam przecząco dostawałam tego soku dwa razy więcej niż koleżanki obok. Do dzisiaj uważam, że budyń z sokiem to jakieś koszmarne połączenie. A mama nie dość, że tego soku do budyniu nie dolewała, to zabrała mnie z przedszkola i została ze mną w domu. I cierpliwie wyklaskiwała ze mną sylaby najdziwniejszych słów, bo była to moja ulubiona zabawa. 

Mama pozwalała mi spełniać marzenia mimo, że musiało ją to dużo kosztować. Najpierw chciałam być skrzypaczką. Dopiero teraz, kiedy nasza pięciolatka marzy o graniu bez ćwiczenia lub ćwiczeniu zbyt energicznym niż jesteśmy w stanie to znieść, rozumiem jej poświęcenie. Mama nigdy mi nie powiedziała, że straszliwie nieudolnie jeżdżę tym smyczkiem po strunach i tak naprawdę najchętniej posłuchałaby własnych myśli. Dzisiaj dopiero rozumiem, że szkoła muzyczna była nie tylko moją orką, ale też jej ugorem. Żebym nie opychała się kanapkami, przynosiła mi w słoiczku mój ulubiony kremowy krupnik z klopsikami. Byłam słoikiem zanim się przeprowadziłam do Warszawy! 

Kiedy byłam młodsza potrafiłam jej zrobić sceny kulinarnej zazdrości o mojego starszego brata. Kiedykolwiek by się nie pojawił w naszym rodzinnym domu czekała na niego szarlotka i babka ziemniaczana i mnóstwo innych pyszności. Dzisiaj my dostajemy nie tylko szarlotkę na "wejście", ale na wyjście. I moje ulubione drożdżówki z cynamonem i kawałkami jabłek. I babkę piaskową, której nie umiem tak jak ona. 

Mama do dzisiaj się dziwi, że lubię gotować. W końcu jako podlotek z całym przekonaniem twierdziłam, że takie rzeczy są nie dla mnie. Ale przez osmozę chyba nauczyłam się robić te wszystkie kluski, kopytka, ciasta, klopsiki, zupy i surówki. Wiem, że najlepsza kasza zawsze znajduje się pod kołdrą, a słodycze przed dziećmi chowa się pod łóżkiem. 

Ostatnio powiedziałam Mamie po raz kolejny, że muszę się odchudzać. Usłyszałam wtedy mądre słowa "też całe życie się odchudzałam. Odmawiałam sobie tego i tamtego, bo chciałam być szczupła. I co? Minęły lata i teraz chciałabym wiele zjeść, ale już nie mogę". Przemyślałam sprawę i przestałam być dla siebie taka surowa. 

Jak ktoś mi mówi, że dzieci lepiej zachowują się bez rodziców to sobie myślę, że mają rację. Przy mamie mogę być szorstka, zezłoszczona, rozgoryczona, szczęśliwa i wzruszona. Ona to widzi i nadal mnie kocha. Fascynuje mnie to, mimo że sama mam dzieci. 

W Dniu Matki życzę Ci, Mamo, żebyśmy zawsze miały czas na wspólną kawę. I dziękuję Ci, że cierpliwie czekasz na nasz wspólny czas, aż dzieci w końcu pójdą spać. I że nauczyłaś mnie, że przesadnie dbając o dobrostan innych trzeba zawalczyć chociaż o te kawowe pięć minut na zebranie własnych myśli. 

wtorek, 23 maja 2017

5 amerykańskich sklepów dla miłośników kuchennych gadżetów

Kiedy widzę na horyzoncie jeden z tych sklepów czuję się jak dziecko stojące przed automatycznymi drzwiami sklepu z zabawkami. Wiem, że za chwilę wejdę do miejsca w którym co krok będę czuła ogromne "chcenie". Zabieramy Was na wycieczkę do naszych pięciu ulubionych amerykańskich sklepów. 


1. Williams Sonoma

fot:  Brooke Buchanan - Communications & Public Relations Manager - Williams-Sonoma, Inc. 

Williams Sonoma to najbardziej ekskluzywnych i najdroższy z naszych ulubionych sklepów. To tutaj na półkach z radością ukazują swoją moc sprzęty świetnej marki Cuisineart, którą lubią amerykańscy szefowie kuchni. Tutaj można kupić nóż za 750 dolarów, ale też świetnej jakości jest ten za "jedyne" $75. W Williams Sonoma po raz pierwszy 6 lat temu zobaczyliśmy całe komplety miedzianych garnków i sztućców. Tutaj też odkryliśmy mnóstwo nieznanych nam kuchennych przydasiów o których z ogromną pasją opowiadają pracownicy. W każdym sklepie można zobaczyć jak wielką wagę przykładają do zastawy ci, którzy mają duże domy i spore dochody. Talerze i tekstylia stołowe występują we wszystkich wzorach i kolorach. Łączy je jedno - są ponadczasowe. Nie ma tutaj plastikowych, nieco kiczowatych elementów zastawy typowej dla popołudniowego lipcowego pikniku. Mamy za to piękną zastawę z melaminy wysokiej jakości. Są to takie drobnostki, które dają poczucie, że mamy do czynienia z dużą dbałością o jakość i szczegóły. Tutaj też lubi zaglądać nasza córka - Williams Sonoma sprzedaje akcesoria do pieczenia dla dziewczynek i ich lalek.




Williams Sonoma współpracuje też z szefami kuchni i cukiernikami. Na stronie internetowej można zamówić mrożone wypieki czy gotowe składniki do przygotowania ciast i deserów. 
Wszystko możecie zobaczyć na stronie www.williams-sonoma.com  Sklep z wielką radością wysyła swoje towary do Polski - musimy jednak zapłacić cło i należne koszty przesyłki.

2. Sur la Table



Sur la Table to połączenie sklepu z przestrzenią warsztatową. Niezbyt piękne, ale solidne metalowe regały uginają się pod ciężarem żeliwnych garnków z LeCreuset, wszystkich możliwych rodzajów ekspresów do kawy (tutaj miła niespodzianka: można przetestować kawę zaparzoną w każdym z nich), form do pieczenia z Nordic Ware. W Sur la Table znajdziemy dużo akcesoriów do grillowania, wszystkie znane kuchenne marki, a także wielki stojak z ponad setką wzorów wykrawaczek do ciastek. Naszym ulubionym miejscem jest stół na samym środku sklepu. Stoją na nim pojemniki wypełnione silikonowymi szpatułkami w każdym rozmiarze i kolorze - od maleńkich wyglądających jak łyżka krasnoludka do przygotowywania owsianki dla Królewny Śnieżki po ogromne łopatki, którymi spokojnie możnaby nakładać ziemniaki z wojskowego kotła. Zapomniałabym o naszej ulubionej ścianie - ściana o długości ok. 4 metrów jest cała obwieszona nożami. W sklepie jest też przestrzeń do nauki gotowania. Odbywają się tutaj warsztaty z robienia croissantów, gnocchi, ravioli, tortów. Ich asortyment możecie obejrzeć na stronie www.surlatable.com. Nie wysyłają do Polski.





3. Crate and Barrel 



To zdecydowanie nasz ulubiony stacjonarny sklep z gadżetami. Jest połączeniem IKEI i Zara Home. Można w nim kupić wszystko - od mebli ogrodowych, przez dywany, do malusieńkich widelczyków do kukurydzy. W Crate and Barrel po raz pierwszy zobaczyliśmy jak wiele szklanek i kieliszków ma w swojej ofercie polska firma - Krosno. To w Polsce ogromna amerykańska sieć zamawiała swego czasu szklane wyroby, które cieszyły się ogromną popularnością. W Crate and Barrel bardzo lubimy sezonowe kolekcje - to tutaj znaleźliśmy nasze ulubione talerzyki z tekstami "I don't carrot at all" czy "just beet it". Podczas ostatniej wizyty kupiliśmy porcelanowy koszyczek do malin wyglądający zupełnie jak ten tekturowy. Dzieciaki zakochały się w miskach wyglądających jak liście sałaty i niezliczonej ilości stojaczków do zaznaczania miejsc przy stole (to ich ulubiona rozrywka przed każdą imprezą). My w Crate and Barrel najbardziej lubimy dział z przecenionymi rzeczami - znaleźliśmy tam małe nożyki idealne do serwowania past kanapkowych i małe ramekiny w których można podać gościom drobne przekąski. 
Crate and Barrel wysyła swoje produkty do Polski. 


poniedziałek, 22 maja 2017

Brunost, czyli jak pokochaliśmy brązowy ser

Nasz przygoda z brunostem zaczęła się pewnego poranka w Oslo 2 lata temu. Na śniadanie dostaliśmy chleb, dżem truskawkowy i blok czegoś brązowego


Nasz gospodarz krótko wyjaśnił, że robi nam mały test. Mieliśmy sprawdzić się jako potencjalni Norwegowie. Prostopadłościan w kolorze karmelowym stanął przed nami, a wraz z nim strug do sera (bo tak się nazywa taki śmieszny przyrząd do krojenia twardych serów). Ukroiliśmy sobie po plasterku czegoś, co miało strukturę nieco twardszą niż mozzarella, a w kolorze przypominało kajmak. Lub deskę barlinecką. Powąchaliśmy. Pachniało trochę karmelem, trochę kwasem, trochę zsiadłym mlekiem, a trochę maślanką. Raczej maślanką. Spróbowaliśmy. Plasterek delikatnie się złamał, a potem obkleił język i podniebienie. Był trochę kremowy, delikatnie słodkie i mdły. Pierwsze skojarzenie to chyba cukierki werter's original tylko bardziej karmelowe i kwaskowate. Drugie, Rivella - szwajcarski napój z serwatki.

Brunost to norwesku brązowy ser. Chociaż serowarzy oburzyliby się, że nie ma to nic wspólnego z prawdziwym serem. Nie ma w nim ani grama podpuszczki. Brunost powstaje w procesie wygotowywania serwatki i mleka lub śmietany. Dzięki serii reakcji aminokwasów i cukrów powstaje brązowa masa. Po odparowaniu wody z masy powstaje brunost. Nie trzeba go dojrzewać, można go jeść od razu, a w lodowce może być przechowywany przez kilka miesięcy. W norweskich sklepach leży czasem poza lodówką, więc nie jest wymagający. Dziecięca i uboższa wersja brunosta to prim - pasta kanapkowa o konsystencji i kolorze masy krówkowej, którą łatwo posmarować pieczywo czy gofra.  


Oślańskie kawiarnie i piekarnie wypełnione są o poranku klientami kupującymi obowiązkową kawę (Norwegowie są niekwestionowanymi liderami w konsumpcji kawy) i bułeczkę z brunostem. Bułeczka z brunostem to po prostu bulka i dwa plasterki sera (bez masła). W wersji luksusowej zamiast bułeczki występuje gofr - taki w kształcie klasycznego serduszka przygotowany w gofrownicy, którą można dostać w każdym polskim sklepie, a brązowy ser posmarowany jest konfiturą truskawkową. Brunost to nie tylko słodki ser kanapkowy. Dodaje się go do wypieków i dań wytrawnych. Szczególnie dobrze sprawdza się w sosach nadając im głębokiego, karmelowego smaku. 

W sklepie można znaleźć trzy rodzaje brunosta: ekte geitost produktowany wyłącznie z serwatki mleka koziego; geitost produktowany z mleka krowiego z dodatkiem mleka koziego i fløtemysost produktowany wyłącznie z mleka krowiego. Im więcej koziego mleka, tym intensywniejszy smak. Najpopularniejszym producentem brunosta jest firma Tine, która produkuje aż 13 rodzajów brązowego sera. W każdej norweskiej lodówce można znaleźć kilka rodzajów brunostów. Jak to zwykle bywa, w całej Norwegii jest mnóstwo małych manufaktur zajmujących się produkowaniem sera od szczęśliwych krów i kóz. 

Po spróbowaniu brunosta stwierdziliśmy, że jest pyszny. Zupełnie inny niż cokolwiek, co jedliśmy do tej pory. Nasze dzieci były innego zdania. Nigdy nie widzieliśmy, że ser tak szybko może pokonać drogę z ust do talerza. Jest jednak coś niesamowitego w tym produkcie – jego długa historia, fakt, że jest produktem ubocznym (bo jednak robi się go z serwatki) i norweskość. Dla miłośników natury Norwegia to fiordy. Dla miłośników jedzenia Norwegia to brunost. 


środa, 10 maja 2017

Aebleskiver czyli duńskie placko-kuleczki

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam patelnię z dziurami nie byłam pewna do czego służy. Potem zobaczyłam nazwę, której nie potrafiłam poprawnie wymówić. W końcu użyłam jej i wyszły z tego najpyszniejsze śniadaniowe kulki w historii. 

Aebleskiver to puszyste placuszki w kształcie kulek. Tak naprawdę, nazwa oznacza jabłka w cieście. W Danii placuszki czasem nadziewa się konfiturą, czekoladą lub świeżymi owocami. Najczęściej jednak smaży się po prostu kuleczki bez nadzienia, a dodatki podaje obok. Tak jest znacznie prościej. Serwuje się je zawsze w bożonarodzeniowy poranek.  

Smażenie tych kuleczek wymaga nieco zachodu. Najpierw trzeba rozgrzać patelnię i masło. Każdą dziurkę wypełniamy masą. Kiedy placki usmażą się z jednej strony, trzeba je przewrócić. Jeśli jednak mamy ochotę je nadziewać to to jest moment, żeby je włożyć w kuleczkę. Nadzienie musi być odpowiednio zwarte, żeby od razu nam nie umknęło na patelnię. Dlatego dobrze się sprawdzają dżemy, kostki czekolady czy małe maliny. Placki przewracać najlepiej bambusowym patyczkiem do szaszłyków. I lepiej nie pomagać sobie ręką, bo patelnia jest naprawdę gorąca (sprawdziłam, niestety). 

Jeśli kiedyś wpadnie Wam w oko patelnia do aebleskiver to koniecznie ją kupcie. Okrągłe placki to fajne urozmaicenie weekednowych śniadań. Jeśli będziecie w Warszawie, to koniecznie spróbujcie ich w restauracji Nabo. Podają je z konfiturą i lodami. Są przepyszne! 


Czas przygotowania: 40 minut

Składniki: 
250 g mąki pszennej
1 /2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżeczka cukru waniliowego 
3 jajka
2 szklanki maślanki
50 g masła
plus masło do smażenia (100 g)



1. Mąkę, sodę i cukier waniliowy mieszamy. Odstawiamy.

2. 50 g masła rozpuszczamy i studzimy. Wlewamy do czystej miski. Dodajemy maślankę i mieszamy.

3. Białka oddzielamy od żółtek. Żółtka dodajemy do maślanki z masłem. Mieszamy.

4. Ubijamy pianę z białek.

5. Zawartość miski z mąką miksujemy z zawartością miski z maślanką. Wyłączamy mikser. Łyżką dodajemy białka i delikatnie mieszamy.

6. Patelnię stawiamy na ogniu. Do każdego otworu wkładamy odrobinę masła. Kiedy masło się rozpuści wypełniamy otworki masą do 3/4 wysokości. 

7. Smażymy, aż boki placuszków zrobią się złote - ok. 1,5 minuty. Patyczkiem delikatnie przewracamy kuleczki i smażymy, aż się zezłocą z drugiej strony. 

8. Powtarzamy do wyczepania masy. 
9. Podajemy z konfiturą, cukrem pudrem, bitą śmietaną, owocami.  



piątek, 5 maja 2017

Jak gotować i piec z amerykańskich przepisów?

Amerykańskie strony internetowe i blogi to niesamowita kopalnia kulinarnych inspiracji. Mieszkając w USA zauważyliśmy, że ich podstawowe produkty spożywcze są nieco inne niż polskie. Po powrocie próbowaliśmy odtwarzać nasze ulubione smaki, ale nie było to takie proste. Nasze rodzime produkty spożywcze zachowują się nieco inaczej. Dlatego napisaliśmy mały poradnik o tym jak uniknąć międzykulturowej wtopy kulinarnej. 



1. Sól

Może się wydawać, że każda sól ma taki sam smak. Nic bardziej mylnego. W USA używa się w zasadzie czterech podstawowych rodzajów soli: table salt (zwykle to sól jodowana o nieco drobniejszych kryształkach niż nasza), kosher salt (sól o grubszych ziarnach), sea salt (klasyczna sól morska) i fleur de sel. To, jakiej soli użyjemy ma ogromne znaczenie dla smaku dania czy deseru. Dla przykładu: 1 łyżeczka soli stołowej będzie bardziej słona niż 1 łyżeczka soli koszernej, bo będzie jej w daniu więcej. Inaczej będzie się też rozpuszczać na mięsie sól miałka i sól w kryształkach. 

Kolejną kwestią, którą musimy wziąć pod uwagę są preferencje smakowe. Amerykanie uwielbiają połączenie bardzo słodkiego smaku z wyraźnie słoną nutą. W końcu to oni są największymi miłośnikami solonego karmelu. Dlatego w przepisach na słodkości często trzeba dodać dużo więcej soli niż nam się wydaje. Jeśli chcemy piec coś, co ma smakować polskiemu łasuchowi ograniczmy ilość soli o połowę. Dobrze też czytajmy przepis - "salt" to zwykle sól jodowana. 


2. White sugar


Większość amerykańskich wypieków wydaje nam się zdecydowanie za słodka. Dlaczego? Powody są dwa. Amerykanie uwielbiają przesadnie słodkie wypieki. Bułeczki cynamonowe, dla przykładu, są wypełnione masą z cynamonu z ogromną ilością cukru, a na wierzchu udekorowane są grubą warstwą lukru lub serka typu philadephia z cukrem. To wszystko można zjeść tylko z ogromnym kubkiem gorzkiej kawy czy herbaty. Drugi powód to rodzaj cukru. Większość polskiego cukru to cukier z buraków cukrowych. Większość białego cukru w USA to rafinowany cukier trzcinowy. Jest on delikatnie mniej słodki od naszego rodzimego cukru buraczanego. Dlatego sugerujemy ograniczanie ilości cukru w wypiekach o 30%. Dzięki temu wypieki będą słodkie, ale nie ulepkowate. 


3. Brown sugar

niedziela, 30 kwietnia 2017

Koszmar dietetyka, raj głodomora - deep dish pizza

Kiedy już myśleliśmy, że "zawsze z podwójny serem" jest dietetycznym samobójstwem, przypomnieliśmy sobie o deep dish pizza.

Deep dish pizza to pizza pieczona w głębokiej blaszce - takiej w jakiej zwykle piecze się ciasto zebra czy inny placek. Wymyślili ją Amerykanie włoskiego pochodzenia. W latach czterdziestych XX wieku w jednej z chicagowskich pizzeri szef kuchni postanowił ciastem do pizzy wyłożyć głęboką blaszkę i obficie wypełnić ją tym, czym zwykle napełnia się amerykańską pizzę - pepperoni, mozzarellą i sosem pomidorowym. Z pieca wyciągnął marzenie każdego miłośnika pizzy z serem. Ciasto chrupiące na brzegach i miękkie w środku, z serem, który wyciąga się wysoko, nie chce się oderwać do końca za to przerywa się tworząc pajęczyny w których gdzie nie gdzie widać czerwony, mocno pomidorowy sos pachnący koprem włoskim i oregano. To wkładanie łopatki pod kawałek, który chce się zaraz mieć na swoim talerzu wygląda trochę jak torturowanie wygłodniałego zwierzaka. Bardzo chcesz jeść, czujesz jak ślinianki szaleją, ale pizza tak łatwo nie odpuszcza i nie daje się po prostu położyć na talerz. Zmusza do wykonania klasycznego manewru "ręka do góry" podczas którego możesz dokładnie zobaczyć co zamówiliście. Zamówiliście, bo tej pizzy nie da się zjeść w pojedynkę. Nie tylko dlatego, że po dwóch kawałkach czujesz się gorzej niż po imieninach u cioci Krysi. Ale przede wszystkim dlatego, że jesteś w Ameryce w której wszystko jest duże. A my w staromodnej Europie to raczej wolimy skromniej i mniej.


Poza tym, w Ameryce nawet Twoja pizza w rozmiarze "small" jest duża i wygląda jak klasyczna średnia, którą przywozi pan na skuterku prosto pod Twoje drzwi. Jest spora i jest w niej wszystkiego bardzo dużo - kiełbasy, pieczarek, papryki, sosu. Wgryzasz się więc w miękką, ciągnącą się masę sera. Powoli żujesz i czujesz odświeżającą moc pomidorów i kopru włoskiego. Bez sosu pomidorowego ta pizza byłaby niejadalna. Bez kopru włoskiego to nie byłaby amerykańska pizza. Zjadamy po dwa kawałki (z sześciu przewidzianych dla rozmiaru small). Resztę bierzemy na wynos mając nadzieję, że nadejdzie dzień w którym będziemy w stanie coś w siebie wcisnąć.

Wychodząc zaglądamy przez szybę do kuchni i widzimy krępego Meksykanina dzierżącego coś na kształt maczety. Kilka sprawnych ruchów i w ciągu 3 sekund kolejna pizza jest pokrojona. Spektakularne!


Deep dish pizza w Chicago można spróbować w Pizzerii Uno, która twierdzi, że ją wymyśliła i w sieciówce Giordano's (którą bardzo polecamy). W Giordano's jest zwykle zatrzęsienie klientów. Ale błyskotliwi właściciele znaleźli sposób na zatrzymanie tych, którzy nie mogą usiąść od razu. Wchodząc dowiadujesz się, że na stolik musisz poczekać godzinę. Dokładnie tyle, ile zwykle trzeba poczekać na deep dish pizza. Możesz więc czekając złożyć zamówienie tak, by po przyjściu do stolika móc od razu cieszyć się swoimi daniami. Tak też było. Zamówiliśmy, poczekaliśmy pijąc lemoniadę i korzystając z dobrodziejstw darmowego wi-fi. Po godzinie dostaliśmy stolik i jedzenie przyszło w ciągu 2 minut. Nie, nie musieliśmy zapłacić z góry. I to było coś w co nie mogłam uwierzyć. Nie mieściło się to w mojej polskiej głowie. Przecież mogliśmy zamówić i zrezygnować. Kiedy zapytałam Panią czy mamy zapłacić z góry była równie zaskoczona moim pytaniem jak ja jej odpowiedzią, że płacimy po posiłku. Jak widać, Amerykanie jak już coś zamówią to raczej nie rezygnują. A jak nie chcą czekać, to po prostu wychodzą i nie zamawiają.

fot. TNVWBOY 

piątek, 28 kwietnia 2017

Jak smakuje Ameryka?

O to jak smakuje Ameryka (a właściwie Stany Zjednoczone) i jakie mamy skojarzenia z amerykańską kuchnią pytało nas wiele osób. Napisać, że Ameryka to ogromny kraj to tak jakby nie napisać nic. Wyobraźcie sobie starszą panią żyjącą na podlaskiej wsi i jej obiad. A teraz wyobraźcie sobie starszą panią w Hiszpanii i jej kolację. Tak smakuje Ameryka. 

fot. Victor Lozano

Ostatnio sprawdzałam czy dalej jest z Białegostoku do Barcelony (bo do takie dwa swojskie "moje" miasta) czy z Chicago do Los Angeles. Oczywiście, że dalej jest z Chicago do Los Angeles, a Chicago nie leży na wschodzie USA tylko bardziej w środku. Dlatego też to porównanie z kolacją serwowaną przez babcię dla małego Jose i dla małego Jasia wydaje mi się idealne.

W Stanach Zjednoczonych konkretne stany kojarzone są z bardzo konkretnymi produktami spożywczymi. Do tego stopnia, że tablice rejestracyjne, zwane przez Polaków "plejtami" są opatrzone stosownymi hasłami. Dla przykładu, stan Wisconsin chlubi się, że jest "the Dairy Land." W Wisconsin właśnie produkuje się najlepsze amerykańskie cheddary (i robi mnóstwo mleka w proszku z którego potem robi się zwykłe mleko, bo technologia „mleko od krowy- filtrowanie – butelkowanie” jest droższa i takie mleko jest uznawane za towar luksusowy). Stan Idaho to kraina ziemniaka. Dlatego producenci chcący sprzedawać swoje kartofle umieszczają na worku wielki napis "Idaho Potatos." Ziemniak jest tak ważny dla mieszkańców Idaho, że stworzyli ziemniaczane muzeum. Można tam obejrzeć zdjęcia pierwszych farm, dotknąć narzędzi, którymi rolnicy na początku XX wieku kopali ziemniaki, zobaczyć ile rodzajów produktów spożywczych robi się z ziemniaka i jak wygląda w środku fabryka chipsów Pringle's. Można tam także zobaczyć wielki portret Thomasa Jeffersona – zasłużonego dla ziemniaka prezydenta USA, który jako pierwszy zaserwował swoim gościom frytki. Wschodni stan Vermont to ojczyzna najprzedniejszego syropu klonowego, Floryda słynie z pomarańczy i brzoskwiń. Kalifornia to z kolei mekka dla miłośników wina, owoców i orzechów. Jeśli w środku zimy jesz w USA truskawki to na 99% są z Kalifornii. Podobnie jak wino - amerykańskie wina są głównie z Kalifornii.

fot. Lukas Budimaier

Napisawszy o tych konkretnych stanach muszę dodać rzecz prozaiczną. W mojej małej głowie amerykanistki bardzo często pojawią się skróty myślowe i zupełnie niepotrzebne uogólnienia. Kuchnia, każda kuchnia, to wypadkowa klimatu, kultury i zasobności portfela. Nie inaczej jest w USA. Każdy stan przez dziesięciolecia wypracował swoją kuchnię i swój sposób przygotowywania dań. Było to związane z pochodzeniem kolonizatorów (Anglia, Francja, Skandynawia), warunkami glebowymi i klimatem (co innego można uprawiać w dość chłodnych stanach, a co innego w gorącej Kalifornii) i grupą społeczną, która jadła dane posiłki. Bogaci ludzie zawsze jedli inaczej niż ich pracownicy czy niewolnicy. Zupełnie tak jak dzisiaj, wtedy importowali produkty z Europy, inspirowali się kuchnią francuską. Ale to nie dzięki nim powstały takie amerykańskie klasyki jak clam chowder, czyli gęsta zupa z małżami czy corn dogs, czyli kiełbaski w cieście kukurydzianym. Te klasyczne amerykańskie dania charakteryzujące konkretny region to zasługa zwykłych gospodyń domowych szukających oszczędności i jak najlepszego wykorzystania darów ziemi. Druga rzecz o której muszę wspomnieć to czas. My, Polacy, lubimy o sobie myśleć jako o bardzo starym, dojrzałym kraju z ponad tysiącletnią tradycją. O Amerykanach lubimy myśleć jako o kraju młodym, bez konkretnej tożsamości, ciągle dojrzewającym. Jak się okazuje, ten "krótki" czas wystarczył, żeby rozwinąć swoje charakterystyczne smaki.



















Dla mnie kuchnia amerykańska to mieszanka tego, co wnieśli pierwsi kolonizatorzy i niewolnicy z tym, co dodały do niej kolejne grupy etniczne. Mam już w głowie nawet mapkę tego podziału na wschód, Mid-West, Teksas, stany południowe. Ale zacznie się z tego tekstu robić tekst popularno-naukowy. Dlatego teraz skupię się tylko na głównych smakach, które czuliśmy podczas naszego rocznego, a teraz dwutygodniowego, pobytu w kraju ciastek oreo.


1. kawa przelewowa o smaku orzechowym, albo waniliowym, albo dyniowym

Ilość przelewówki wypijanej i serwowanej w Stanach jest niewiarygodna. Wiem, że nie przebije to Skandynawii, ale robi wrażenie. Ten klasyczny obrazek człowieka idącego z kubkiem kawy to w ogóle marzenie każdego europejskiego właściciela kawiarni - sprzedajesz kawę w papierowym kubku i nie masz gościa w lokalu (i związanych z nim kosztów takich jak: fotele, toalety, zmywanie, obsługa, etc). Kawa przelewowa aromatyzowana to dla mnie czysty smak amerykańskiego poranka. I nie ma zmiłuj, że chemex czy aeropressy są lepsze i to z jakąś boliwijską kawą jednorodną w nosie smoka wypalaną. Czarna, mocno palona i mocno aromatyzowana kawa z dodatkiem "half and half" czyli śmietanki to majstersztyk amerykański. Koniec.

2. Słodko, słodko, za słodko, sól

piątek, 31 marca 2017

AZS – o czym powinien wiedzieć nauczyciel?

W Twojej grupie przedszkolnej lub klasie jest dziecko chore na atopowe zapalenie skóry. Czego oczekiwać i jak mu pomóc w codziennym życiu?


1. AZS nie jest zaraźliwe

Atopowe zapalenie skóry to choroba, która objawia się zaczerwieniem skóry i świądem. Drapanie prowadzi do powstania ran, które widać szczególnie w zgięciach łokci i pod kolanami, ale także na nadgarstkach, szyi, twarzy. Na AZS cierpi około 20% populacji, a w ciągu ostatnich 30 lat w krajach uprzemysłowionych liczba zachorowań wzrosła trzykrotnie. AZS to choroba genetyczna o podłożu zapalnym. Nie znana jest jej dokładna przyczyna. Wiadomo, że ponad 30% dzieci z AZS ma alergie pokarmowe, ale AZS alergią nie jest. Jest to choroba, która zaostrza się pod wpływem stresu. AZS nie jest zaraźliwe. Dziecka można spokojnie dotykać, można się z nim bawić. Jest to szczególnie ważna informacja dla innych rodziców. Bywa tak, że dziecko z AZS przychodzi do przedszkola czy szkoły wysmarowane białą maścią i przypomina nieco dziecko z ospą. Ta biała papka ma osuszyć rany i zapobiec drapaniu. Jeśli papka przeniesie się na ubranie, zabawkę, wykładzinę – nie ma problemu, bo dobrze się spiera. 

2. Dziecko jest nadwrażliwe