niedziela, 17 czerwca 2018

Skąd się biorą jabłka w sklepie?

Kiedy robię szarlotkę albo prażę jabłka do owsianki  nie zadaję sobie pytania skąd one się w zasadzie wzięły, kto je zerwał, jak przyjechały do sklepu. Dzięki wizycie w gospodarstwie sadowniczym Marka Szymaniaka i jego żony mogę Wam pokazać, jak wygląda "jabłkowa droga".


Jabłonki niewiele wyższe od koszykarza posadzone są dość gęsto, bo co 1 metr. Każda z nich obsypana jest malutkimi jabłuszkami. Pod jabłkonkami ścielą się malutkie zielone spady, czyli jabłka które nigdy nie dojrzeją. Tak wygląda sad w połowie czerwca. Ale sezon zaczyna się tutaj wczesną wiosną.



W kwietniu sad wygląda przepięknie. Małe biało-różowe kwiatki są obietnicą dorodnych jabłek we wrześniu. Kwiecień i wczesna wiosna lubią zaskakiwać przymrozkami. Jabłoni nie otula się włókniną. Sposobem na ochronę kwiatów jest... spryskanie ich wodą. Niska temperatura zamienia wodę w lód, który otula kwiaty. Kwiaty pokryte lodem nie opadają. Dzięki temu przymrozki nie muszą skończyć się klęską nieurodzaju. To było dla mnie zaskakujące, że lód chroni kwiaty.


W maju i czerwcu drzewa odciąża się strącając najsłabsze owoce. Dzięki temu te, które są na drzewie mają szansę urosnąć i pięknie się wybarwić. Wybarwianie się jest bardzo ważne. Ludzie chcą kupować jabłka jednokolorowe -- mniej chętnie sięgają po jabłka, które z jednej strony są zielone, a z drugiej czerwone. Sadownicy starają się, by wszystkie jabłka soczyście czerwone lub zielone.

sobota, 9 czerwca 2018

Wiosenny ogród Water&Wine

Ogrody lubię raczej podziwiać niż się nimi zajmować. Jest jednak jeden ogród pośrodku którego mogłabym zamieszkać – to ogród ze wspaniałą restauracją.


fot. Maciej Stankiewicz

Water&Wine to miejsce tuż obok Nałęczowa stworzone przez Cisowiankę. Byliśmy tam na wiosnę tylko raz – dwa lata temu. O naszej ówczesnej wizycie możecie przeczytać w tym tekście. W tym roku pojechałam tam ponownie. Nie sama, oczywiście! Były wszystkie Damy W&W – Magda, Maia, Agata, Sylwia, Kasia, Agata i nasz ulubiony fotograf Maciej Stankiewicz. To właśnie jego zdjęcia możecie podziwiać. 

fot. Maciej Stankiewicz

Na miejscu przywitał nas srebrny water bar mieniący się w słońcu. Był to prawdziwy water truck! W nim zjawiskowa Ewelina, która jest kwintesencją kelnerki – rzeczowa, sympatyczna, doskonale znająca wszystkie składniki, słuchająca. Lampka idealnie schłodzonego szampana, domowe chorizo, karczek, półgęsek, sery z Mlecznej Drogi, kimchi i fermentowane marchewki. Tyle wystarczyło, żebyśmy wszyscy poczuli odprężający powiew lata. Uwierzcie, inaczej pije się szampana patrząc na piękną winnicę! Jest w tym coś hollywoodzkiego i sybarytycznego. Po prostu, wszystkie czułyśmy się na swoim miejscu.

fot. Maciej Stankiewicz

fot. Maciej Stankiewicz

piątek, 8 czerwca 2018

O jeden kawałek za dużo

Kiedy w czwartkowe południe wybieraliśmy się na rodzinny spacer nad Wisłę mieliśmy mnóstwo planów. Jeden kawałek ciasta przekreślił je wszystkie.

Gdyby czas można było modyfikować tak łatwo jak zdjęcia i po prostu wyciąć to ciasto... Zdjęcie zrobiłam 31.05.

Milczymy od ponad tygodnia. Nie ma nas na blogu, nie ma na Facebooku i Instagramie. Od ponad tygodnia walczymy z czymś, czego się zupełnie nie spodziewaliśmy.

Mam chwilę. Robię kubek ciepłej herbaty. W końcu odkrywam jakim przywilejem jest ciepła herbata... Przez ostatni tydzień ciepła herbata tylko wzmagała ból. Dzisiaj już mogę poczuć to kojące uczcie kiedy ciepła herbata powolutku dociera do każdej komórki twego ciała.

Długi weekend miał być taki wspaniały - kawa nad Wisłą, działka u przyjaciół, spotkanie z tymi, którzy mieszkają na końcu świata a przyjechali na moment, spotkanie z tą, którą kochamy a która właśnie wyjeżdża pomagać ludziom w Afryce, chrześniaki, dawno nie widziani przyjaciele. W końcu mieliśmy cztery naprawdę wolne dni.

Dzieci jednak namówiły nas na spacer nad Wisłą. I kawałek pięknie zielonego ciasta Wimbledon z serkiem mascarpone. Było pyszne, jak zwykle. Nad Wisłą było tak beztrosko i radośnie. Niby wolny dzień, a jednak całkiem pusto. Ospałe i rozleniwione miasto obiecywało odpoczynek.

Wieczorem córka bardzo źle się poczuła. Naiwnie myślałam, że to przez tę wodę gazowaną, której nigdy nie pijemy. Ale tak chciała jej spróbować, że nie miałam serca jej odmówić. Chwilę później ja poczułam, że ta woda wzięła też mnie.

Potem to już nie pamiętam niczego aż do sobotniego poranka. Nieprzytomne ścieżki wydeptywane między łazienką i kanapą. Najgorsze uczucie - kiedy jesteś tak słaba, że nie masz siły wstać i pomóc dzieciom. Chociaż słyszysz, że jest im trudno. Nie wiesz czy jest noc czy dzień, po omacku szukasz kolejnej butelki wody do której wsypujesz resztki elektrolitów z domowej apteczki. W przebłysku świadomości łapiesz za telefon i nagrywasz wiadomość z prośbą o pomoc. Budzisz się w dzień, który okazuje się sobotą. Woda, próby sprzątania, dzieci, woda z cytryną, lekarz. Byle nie zabrali nas wszystkich, mówisz sobie w myślach. Lekarzowi sugerujesz rotawirusa. Ona śmieje się w żywe oczy pytając czy przypadkiem nie byliśmy w jakiejś kawiarni. Byliśmy, tak, ale może to jednak wirus. Tak to się przecież panoszy. Lekarz daje skierowanie do szpitala jako wskazanie wpisując "salmonella". Na odchodne rzuca, że mówią o nas już w radio.

Minął ponad tydzień. Powoli wychodzimy na prostą. Ostatnie osiem dni ktoś nam wyciął z życia jak puzzel, który na siłę próbował włożyć do innego kalendarza niż nasz. Dostaliśmy tyle wsparcia od rodziny i przyjaciół ile tylko moglibyśmy unieść. Dostaliśmy też smsem link do przeprosin. Jak się naprawdę choruje to się nie ma siły na fejsa.

„Czy w tym roku będzie jeszcze Dzień Dziecka?” zapytał mój syn. „Nie mieliśmy przecież Dnia Dziecka!” Będziemy mieli najlepszy dzień dziecka. Jeszcze będziemy go mieli...

czwartek, 31 maja 2018

Naleśnikowy makaron z pesto i mozzarellą - lunchbox w 30 minut

Lunchbox i śniadaniówka to temat rzeka. Nie dość, że samo pudełko musi być ładne to jeszcze jego zawartość powinna wywołać nagłą chęć zjedzenia wszystkiego. Co można tam wrzucić poza starą dobrą kanapką?


Od pewnego czasu zauważyliśmy powtarzające się reklamacje zawartości śniadaniówki - kanapka miała nie taką bułkę jak trzeba, masło było nierówno rozsmarowane, wędlina zupełnie obrzydliwa, a warzywa to oczywiście zupełna pomyłka. Kiedy po raz kolejny obserwowałam kanapkę, która cały dzień przeleżała w plecaku zrobiło mi się naprawdę źle. Nie tylko dlatego, że moje prywatne no waste właśnie stało się prawdziwym waste. Zrozumiałam, że robię nudne jedzenie. Wzięłam kartkę, długopis (bo te analogowe zabawki ciągle lepiej na mnie działają niż notatnik w telefonie) i spisałam wszystko, co lubią nasze dzieci.

Lista produktów i ulubionych składników była o tyle zawiła, że każde z naszych dzieci lubi troszeczkę co innego: córka zajada się ogórkami ale tylko kiszonymi; syn nie znosi kiszonych, ale konserwowe i świeże je kilogramami. Dlatego lawirując między ogórkami w różnych formach trafiłam na pomidory. Pomidory pasują wszystkim. Lubią się też z mozzarellą i naturalnym domowym pesto z bazylii. W wersji 5-minutowej zrobiłabym je z makaronem. Wiedziałam, że makaron też stanie się waste. Dlatego usmażyliśmy dwa naleśniki i zrobiliśmy z nich naleśnikowy makaron. Wyszedł cudownie wiosenny lunchbox. Łączy smaki tego, co właśnie dojrzewa w ogrodzie Water & Wine w którym ostatnio byłam (możecie o nim przeczytać tutaj). Jest też zupełnie dobry dla dorosłych, którzy mogą w pracy wyciągnąć kolorowe pudełko i chociaż raz zjeść zbilansowany posiłek.



Czas przygotowania: 30 minut

Składniki na 1 pudełko:
8 pomidorków koktajlowych
1/2 kulki mozzarelli lub 6 małych kulek

pesto:
1 ząbek czosnku
5 łyżek oliwy z oliwek
1 łyżka płatków migdałowych
szczypta soli
garść liści bazylii

naleśniki: 
1 jajko
1/2 szklanki mąki
szczypta soli
1/2 szklanki mleka
1/4 szklanki wody gazowanej 

środa, 30 maja 2018

5 kroków do idealnego COLD BREW

Fala upałów to dla jednych piekło i katorga, a dla innych szansa na bezkarne cieszenie się zimną kawą. Najlepsza kawa na zimno to zdecydowanie cold brew. 


Wszyscy dobrze znamy frappucino - kawowy napój z dużą ilością mleka i zmiksowanego lodu. Niektórzy pijają espresso na lodzie czy kawę z lodami. Dlaczego zatem twierdzę, że najlepsze jest cold brew? Dlatego, że cold brew to po prostu kawa zaparzona na zimno. Nie ma w niej żadnej dodatkowej wody, która sprawia że zamiast mocnej kawy pijesz zwyczajną zimną lurę. Poza tym, cold brew to kawa idealna dla leniuchów. Można w lodówce "zaparzyć" wielki słoik kawy i cieszyć się nią przez kolejne dni. Niektórzy twierdzą, że cold brew można spokojnie przechowywać w lodówce przez tydzień. Jak zrobić idealne cold brew?

1. Dobre ziarna kawy

Kawa w cold brew to podstawa. Słaba kawa (tzn. kwaśna i płaska w smaku) da nam kwaśne i płaskie w smaku cold brew. Będzie dobre do mieszania z lodami, bo wtedy chodzi o lody, a nie kawę. Jeśli chcesz pić dobrą kawę, kup dobre ziarna. Można oczywiście poszaleć z jednorodnymi kawami z dobrych palarni. Takie są najlepsze i najciekawsze. Jeśli jednak ktoś nie chce wydawać fortuny na kawę na zimno może kupić porządną kawę w supermarkecie. Ale musi być droższa i najlepiej w ziarnach. Dlaczego?

2. Dobre mielenie

Dobrze zmielona kawa w tym wypadku nie oznacza kawy zmielonej drobno. Taka drobno zmielona kawa da nam kwaśne cold brew, które będzie mętne (trudno ją dobrze przefiltrować). Warto więc samodzielnie zmielić kawę tak, by miała grubą strukturę. Jeśli kupujecie ziarna w sieciowym sklepie to poproście o grube zmielenie. 

3. Dobra woda

Z pewnością najlepsze cold brew wychodzi na łzach jednorożca. Jeśli jednak nie możecie ich znaleźć to po prostu użyjcie dobrej wody. Przegotujcie wodę, schłodźcie ją i wtedy zalejcie nią kawę.

4. Dobre propocje

Na 250 ml wody używamy 30 g kawy. Na 1 l wody użyjemy 120 g kawy. Kawę wsypujemy do szklanek butelki lub słoika, zalewamy przegotowaną wodą. Zakręcamy i wstawiamy do lodówki najlepiej na 24 godziny. 

5. Dobre odfiltrowanie

Jeśli chcemy, żeby nasze cold brew było odświeżajace musimy o nie zadbać. Po 24 godzinach powolnej ekstrakcji trzeba je wolno przepuścić przez gazę. Wolno! Gazę nakładamy na sitko i wolniutko przelewamy kawę do szklanego naczynia. Nie wyciskamy tego, co zostanie. Po prostu pozwalamy kawie spokojnie pozbyć się mielonych ziaren. Przefiltrowaną kawę możemy przechowywać w lodówce w szczelnie zamkniętym słoiku nawet tydzień. Szczelne zamknięcie jest ważne, bo kawa jest kochliwa i przyciąga do siebie inne zapachy. Gotowe cold brew pysznie smakuje z odrobiną mleka/syropu kokosowego. Dobre jest też takie, jakie jest! Prosto z lodówki!

poniedziałek, 21 maja 2018

Sałatka makaronowa z fenkułem i ricottą

Jakie to szczęście móc w zupełnie zabieganym dniu wyciągnąć z torby magiczny pojemnik po brzegi wypełniony smakiem. Jakie to cudowne, że jego przygotowanie zajmuje mniej czasu niż zjedzenie go.


Znacie ten moment w ciągu dnia, kiedy skrzynka mailowa i telefon wariują, kiedy cały świat zależy od Twojej natychmiatowej odpowiedzi na czasem zupełnie trywialne pytania? Wtedy zwykle nie myślimy o jedzeniu. Przychodzi jednak moment w którym orientujemy się, że poza dwiema zimnymi kawami nie spotkało naszego brzucha nic przyjemnego. Mamy dla Was przepis na cudowny makaronowy lunch do pracy - z fenkułem, porem i ricottą. Jest świeżo, prosto, wiosennie i lekko. Wszystkie te smaki idealnie oddają to, co teraz dzieje się w polskich ogrodach i w przyrestauracynym ogrodzie Water&Wine. Świeże zioła, młode pędy, listki, nowe rozdanie i dużo świeżej energii. Wiosno, trwaj!


Czas przygotowania: 15 minut

Składniki:
80 g makaronu muszelki
1 łyżka oliwy z oliwek
1 fenkuł
5 cm pora (białej części)
1 łyżka soku z cytryny
1/2 łyżeczki miodu
100 g świeżej ricotty lub świeżego tłustego twarogu 
liście bazylii
świeży pieprz

1. Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu.

2. W czasie, gdy gotujemy makaron przygotowujemy warzywa. Fenkuł przekrawamy na pół, wycinamy kłąb i kroimy w plasterki. Pora kroimy w półplasterki.

3. Na patelni rozgrzewamy oliwę, dodajemy pora, fenkuł, sok z cytryny. Smażymy około 3-4 minut mieszając. Na końcu dodajemy szczyptę soli i miód. Dokładnie mieszamy.

4. Makaron odcedzamy i mieszamy z warzywami na patelni.

5. Ostudzony makaron i warzywa przekładamy do pojemnika. Dodajemy ricottę/twaróg, posypujemy posiekanymi liśćmi bazylii i oprószamy świeżym pieprzem.

sobota, 12 maja 2018

Gadżet kuchenny, który musisz mieć

Kiedy mówię komuś, że bez tego nie wyobrażam sobie życia w kuchni zwykle patrzy na mnie mocno podejrzliwie. Potem robi wielki test i kupuje dwa rozmiary. Oto nasz ulubiony kuchenny gadżet  - łyżka do lodów zwana gałkownicą.

Nie lubimy gadżetów, które mają jedno zastosowanie. Idealnym przykładem takiego trochę bezsensownego przydasia jest obieraczka do szparagów, którą kupiliśmy dawno temu. Działa gorzej niż zwykła i się ciągle zacina. Jej jedynym plusem jest to, że dała nam niezłą nauczkę – jak coś kupujesz to kupuj sensownie! 



Łyżka do lodów w naszej kuchni występuje w dwóch rozmiarach. Dlaczego? Każdy rozmiar służy do czegoś zupełnie innego. 

Większą po prostu 
- nakładamy lody, 
- porcjujemy masę do muffinów
- robimy idealnie równe pancakes
- i racuchy
- i ciastka
- i kluski śląskie
- i puree ziemniaczane. 

To właśnie dzięki łyżce do lodów wszystkie babeczki i ciasteczka mają taki sam rozmiar. Używamy też jej do robienia klusek śląskich – wychodzą równiusieńkie. Czasami też nakładamy nią puree ziemniaczane – bo naszym dzieciom takie kulki smakują bardziej. 

Mniejsza łyżka do lodów służy do robienia 
- małych klusek leniwych
- klopsików
- mniejszych ciasteczek
- porcjowania melona i arbuza
- masła

Czasem porcjujemy nią masło – takie maślane kulki wyglądają pięknie. Mała łyżka ma też jedno Bardzo Ważne Zastosowanie. Robimy nią placki w kształcie głowy myszki miki – dwie porcje ciasta na sam środek (one utworzą głowę), a potem jedna po prawej i druga po lewej stworzą uszy. 


Jak wybrać dobrą gałkownicę do lodów?

Łyżka musi być wykonana ze stali nierdzewnej i mieć dłuższy uchwyt. Koniecznie musi mieć też mechanizm, który uwalnia zawartość łyżki. Warto zwrócić uwagę na objętość – my mamy łyżkę o pojemności 1/24 l (czyli ok. 40 ml) i 1/70 l (15 ml). Jeśli szukacie łyżki do dużych ciasteczek, muffinów, klusek i lodów to wielkości zbliżone do 1/24 l będą idealne. Masło, melona i arbuza lepiej porcjuje się mniejszymi gałkownicami. 

Gdzie można je kupić? 

Najtańsze gałkownice mają słabe mechanizmy i mogą się szybko uszkodzić. Dlatego najlepiej kupić taki gadżet w sklepie z zaopatrzeniem gastronomii i zapytać o możliwość ewentualnej reklamacji. Bogatą ofertę gałkownic ma ten sklep (klik!) i ten (klik!). 


środa, 9 maja 2018

Hummus idealny - 3 sekretne składniki

Hummus to taki nowy twaróg. Można go dostać chyba wszędzie i każdy ma swoje ulubione dodatki. Jednak, bez porządnej podstawy dobry hummus nie istnieje. Jakie są te 3 magiczne składniki?


1. Soda 

Po obejrzeniu kilku odcinków programu z Magdą Gessler większość ludzi doskonale wie, że sody do gotowania ziemniaków się nie dodaje. Jednak ciecierzyca to inna historia. Przyznam, że najlepsze hummusy jakie jadłam były robione z suchej ciecierzycy. Takiej, która była namoczona na kilka godzin, a potem ugotowana. Problem? Skórka, którą czuć nawet po zmiksowaniu. Rozwiązanie? Szczypta sody. Na 400 g ciecierzycy wystarczy 1/2 łyżeczki sody, którą dodajemy już do wody do moczenia. 

Ciecierzycę gotujemy z sodą do miękkości i tym razem musi być to miękkość bezwzględna. Soda zmienia pH wody i dzięki temu lepiej sobie radzi ze skorupką. Taka mała ilość sody pomoże nam uzyskać idealnie gładki hummus, ale nie będzie jej czuć na języku.

2. Magiczna mieszanka przypraw 

Dobry hummus musi być chociaż delikatnie przyprawiony. Zwykle dodajemy do niego czosnek, sól i kumin. Czasem za'tar. Jednak najlepszy hummus jaki jedliśmy miał w składzie: kmin, ziarna kolendry, czarnuszkę i koper włoski. Wystarczy zemleć w młynku lub utrzeć w moździeżu 2 łyżeczki kuminu (czyli kminu rzymskiego), 1 łyżeczkę ziaren kolendry, 1/4 łyżeczki czarnuszki i 1/4 łyżeczki kopru włoskiego. Jeśli nie chce Wam się kupować tych przypraw oddzielnie to bardzo dobrze w hummusie sprawdza się ekologiczna mieszanka do dań wegetariańskich z Darów Natury.


3. Olej sezamowy i dobre tahini

Olej sezamowy dodany do hummusu pod koniec blendowania dodaje mu niesamowitej głębi. Nagle okazuje się, że hummus nie jest tylko miłym gospodarzem dla wszystkich dodatków, ale gra pierwsze skrzypce.

Tahini to inaczej pasta sezamowa. Im lepsza pasta sezamowa, tym lepszy hummus. Tahina musi być bez problemu wyczuwalna w hummusie. Dlatego warto kupić jakąś porządną - nasza ulubiona to Maslove. 200 g tahini dodajemy do 400 g ugotowanej ciecierzycy. Wydaje się, że to bardzo dużo? Spróbujcie dodać mniej i przekonacie się, że tahina ma znaczenie.


Wersja dla zapracowanych mówi o hummusie z ciecierzycy z puszki. Zdarzało nam się robić i jeść taki hummus. Zdecydowanie nie jest idealny. Chociaż w mocno zapracowane popołudnie ratował nas przed śmiercią głodową.



Czas przygotowania: 20 minut
Czas oczekiwania: 9 godzin

Składniki:
400 g ciecierzycy
200 g tahini
1/2 szklanki wody
3 ząbki czosnku
4 łyżki soku z cytryny
2 łyżeczki kuminu
1 łyżeczka ziaren kolendry
1/4 łyżeczki czarnuszki
1/4 łyżeczki kopru włoskiego
sól
3 łyżki oleju sezamowego 
5 łyżek oliwy z oliwek

1. Ciecierzycę wrzucamy do garnka i zalewamy wodą tak, by było jej dwa razy więcej niż ciecierzycy. Dodajemy sodę. Mieszamy. Odstawiamy na 8 godzin.

2. Na małym ogniu gotujemy ciecierzycę do miękkości (musi być bardzo miękka).

3. Do misy blendera wrzucamy ciecierzycę, dodajemy tahini, wodę, zmiażdżone ząbki czosnku, sok z cytryny, przyprawy i szczyptę soli. Miksujemy do uzyskania gładkiej masy. Wersja dla użytkowników TM: miksujemy na prędkości 10 przez 1 minutę.

4. Do hummusu dodajemy olej sezamowy i miksujemy jeszcze chwilę. Użytkownicy TM: obroty 7, czas 10 sekund.

5. Gotowy hummus przekładamy do naczynia i skrapiamy oliwą z oliwek. Przechowujemy w lodówce. Podajemy z granatem, kolendrą i pitą. Albo łyżeczką.



sobota, 5 maja 2018

Brak Ci pomysłu na lunch do pracy? Ta książka Ci pomoże

To nie jest kolejna książka z propozycjami na lunch, które przerażą Cię ilością nieznanych składników. To książka dla tych, którzy lubią gotować po swojemu. 


Dominika Wójciak po swoim mocnym występie w MasterChefie ciągle tworzy. Jej poprzednie książki Warzywo, Sezonowe Warzywo i Ziarno pokazały, że nieznane warzywa i zupełnie codzienne ziarna mogą być składnikiem cudownych dań. Prosto, pysznie, do pudełka to książka nieco inna. Ma jeden cel: pokazać, że robienie lunchu do pracy może być przyjemnością, przygodą i czymś bardzo ekscytującym.



Książka podzielona jest na rozdziały wprowadzające nieco uporządkowania w codzienny rytuał przygotowania posiłków - jak planować, jak i gdzie robić zakupy, jak przechowywać produkty, żeby się nie psuły. Następnie Dominika opisuje pudełkowe "evergreeny". Hummusy, koktajle, sałatki, makarony, sosy. Prawie każdy rozdział opatrzony jest tabelką - schematem komponowania dania danego typu. Dla przykładu, mamy kilka składników warzywnych pasujących do ziemniaków, kilka sosów, ziaren. Możemy to dowolnie łączyć. Dzięki temu pudełko to nie idealne odzwierciedelenie jakiegoś przepisu, ale ucieleśnienie naszych własnych potrzeb (lub zawartości lodówki i szafek kuchennych). Tabelka dotycząca hummusu pokazje jak można łączyć hummus z ziarnami (np. makaronem), warzywami, zieleniną i dodatkami tak, by był to pełnowartościowy posiłek.
Ci, którzy lubią jasne wskazówki mogą skorzystać z rozdziałów sugerujących konkretne zestawy wykorzystujące wiosenne czy zimowe warzywa. Świetna opcja w dniu w którym naprawdę nie masz siły myśleć.


Jedna rzecz mocno mnie uderzyła. Autorka raz po raz zadaje pytanie o którym często zapominamy - gdzie będziemy jeść nasze drugie śniadanie. Inaczej przygotowuje się śniadaniówkę do biura w którym mamy stół i kwadrans na posiłek, a inaczej komponuje się lunch "w biegu". Dzięki wskazówkom Dominiki ostatnio wzbogaciłam koktajl dzieciaków płatkami owsianymi. Zwykle szklanka koktajlu była dla nich dodatkiem do drugiego śniadania. Ostatnio do mieszanki mango, jogurtu i kardamonu dorzuciłam 2 łyżki płatków owsianych. Dzieciaki były zachwycone. Koktajl był pyszny, syty i można było go wypić/zjeść na tyle szybko, że zdażyły jeszcze pobawić się na przerwie na podwórku szkolnym.

Dla kogo jest ta książka? 

Prosto, pysznie, do pudełka to książka dla tych, którzy znudzeni są kanapkami. To książka dla tych, którzy lubią warzywa i kasze i mogą spokojnie obejść się bez mięsa. To książka dla tych, którzy lubią wybór, którzy lubią sami decydować o czym jedzą, ale czasem brakuje im czasu na planowanie i kombinowanie. W końcu, jest to książka dla rodziców, którzy chcą urozmaicić śniadaniówki swoich dzieci. Tak, nasze dzieci polubiły hummus i tak, hummus z kaszą i blanszowaną marchewką to dla nich wspaniała opcja na drugie śniadanie. Jest tym fajniejsza, że sami mogą w książce zaznaczyć, które składniki chcą widzieć w swojej śniadaniówce. Dzięki książce Dominiki (która opatrzona jest pięknymi fotografiami) nasze śniadaniówki nabrały rumieńców!

Prosto, pysznie, do pudełka
Dominika Wójciak
wyd. Pascal





wtorek, 1 maja 2018

Porchetta z grilla wg. Jakuba Steuermarka

Kawał boczku z grilla mocno nafaszerowany warzywami i ziołami to danie, które zachwyci każdego miłośnika wieprzowiny. 


Sezon grillowy rozpoczął się na dobre. Królują kiełbasy, hambugery, kaszanki (takie w kapuście kiszonej to sztos!). Czasem na grilla trafiają warzywa, chleb z mozzarellą, ryby. Jednak Jakub Steuermark podczas warsztatów grillowych zorganizowanych przez Tesco pokazał nam rewelacyjny przepis na porchettę. Kawałek boczku wypełnił plastrami fenkułu (czyli włoskiego kopru), porów, chilli, rodzynek i ziół. Wszystko upiekł tak, by skóra była idealnie chrupka, a środek wilgotny i delikatnie słodki. Potem plastry porchetty wrzucił na ruszt. Nabrała niesamowitej chrupkości.

Porchetta to danie idealne! Po pierwsze, można i trzeba przygotować je dzień wcześniej w domu. Zatem grill to kwestia paru minut. Po drugie, jest tak dobre, że można je przygotować w wersji "prosto z piekarnika". Może być zatem daniem popisowym i na grilla i na rodzinny obiad. Wystarczy podać ją ze świeżym pieczywem lub pieczonymi ziemniakami i warzywami. 

Za przepis i zdjęcia dziękujemy organizatorowi niesamowitych warsztatów - Tesco. 


Składniki: 

1 boczek wieprzowy ze skórą i bez żeber 
200 ml czerwonego wina słodkiego 
2 papryczki chili 
1 fenkuł 
2 cytryny (skórka i sok) 
2 czerwone cebule 
1 zestaw włoszczyzny 
oliwa z oliwek
garść rodzynek 
garść liści szałwii 
garść liści mięty 
sól 

siatka wędzarnicza lub sznurek masarski


Przygotowanie (na dzień przed grillem): 
1. Boczek rozetnij od wewnątrz, tak aby rozciąć dwa płaty mięsa i rozłożyć je na boki.

2. Mięso skrop winem, sokiem z cytryny i rozłóż wewnątrz mięsa liście szałwii, mięty, pociętą w piórka cebulę, fenkuł oraz papryczki chili.

3. Dodaj rodzynki i skórkę z cytryn.

4. Całość zawiń i włóż do siatki wędzarniczej lub zepnij sznurkiem jak baleron.

5. Włoszczyznę potnij i ułóż na blasze, skórę boczku lekko skrop oliwą i posyp obficie solą.

6. Ułóż na warzywach i wstaw do pieca nagrzanego na 200 stopni.

7.  Po około 45 minutach zmniejsz temperaturę do 160 stopni i piecz kolejne 45 minut.

8. Wyłącz piekarnik i wystudź porchettę nie wyciągając jej z piekarnika.

9. Ostudzone mięso wyciągnij, zdejmij sznurek, wstaw do lodówki.

10. Sos z warzywami odciśnij i zachowaj płyn. Wstaw do lodówki.

11. Następnego dnia pokrój plastry porchetty i grilluj na dużym ogniu.

12. Z zachowanego płynu zdejmij tłuszcz i podgrzej w małym rondlu obok na grillu.

13. Podawaj grillowane plastry porchetty z własnym sosem.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Sałatka ziemniaczana ze szparagami na lunch

Jeśli na przygotowanie lunchu masz tylko pół godziny to mamy dla Ciebie dobrą wiadomość: co dwa tygodnie znajdziesz na naszym blogu inspiracje na pyszne i proste jedzenie. 


Zaczniemy od wyjaśnienia. Bardzo lubimy dobre jedzenie. To widać na blogu. Przygotowanie posiłków wymaga jednak kilku rzeczy: czasu, produktów i pomysłu. Jesteśmy zupełnie normalnymi ludźmi. Zdarza nam się mieć ogromnego lenia albo światło w lodówce. Czasem jedyną motywacją do zjedzenia czegoś porządnego są dzieci. Trzeba im dać do szkoły coś pożywnego i atrakcyjnego (smak dla ośmiolatka to nie wszystko). Dzięki nim jemy całkiem dobrze. Czasem jednak brakuje nam pomysłów na nowe dania. Nowe, ale proste, przyjemne i dające się włożyć w pudełko. Stąd pomysł na cykl przepisów "lunchbox w pół godziny". Raz będzie to lunchbox bardziej dla dużych, a czasem dla młodszych. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, żeby dorośli inspirowali się śniadaniami dla dzieci, a dzieciom przygotowywali "dorosłe lunche".Naszym partnerem jest Cisowianka. Restauracja Water&Wine z jej ogrodem, które znajdują się na terenie rozlewni Cisowianki, będą naszą naturalną inspiracją. 

Sałatka ziemniaczana to bardzo wdzięczny temat. Ma wiele zalet: ziemniaki są niesamowitym źródłem błonnika, ich delikatny smak pozwala na dowolną zabawę dodatkami. Poza tym, ziemniaki są wszechobecne i niesamowicie różnorodne. Pisaliśmy już o typach ziemniaków.  Do sałatki ziemniaczanej idealne są ziemniaki typu A - takie, które się nie rozpadają, dają się pokroić. Szukajcie odmian Accent, Anuschka, Albina, Belana, Bellinda, Cykada, Frezja, Regina. Gotując te ziemniaki musicie jednak coś wiedzieć: one nigdy nie będą bardzo miękkie. Gotujemy je około 15-20 minut do momentu w którym możemy swobodnie wbić w nie widelec. 

 Z ziemi wystają już pięknie zielone szparagowe główki. Wystarczy je ugotować w lekko osolonej wodzie i przelać zimną wodą. Kwietniowie temperatury mocno nas rozpieszczają. Baliśmy się nieco sosu na bazie jogurtu greckiego, chociaż ten pasowałby tutaj idealnie. Dlatego zdecydowaliśmy się na prawie klasyczny winegret z syropem klonowym. 

Sałatka lubi się z plastikowym pojemnikiem, plecakiem, torbą, biurkiem, stolikiem w firmowej kuchni, ale też kocem piknikowym i ławką w parku. Smacznego! 


Czas przygotowania: 30 minut

Składniki:

2 ziemniaki
6 szparagów
3 rzodkiewki
1 łyżka szczypioru (można pominąć, jeśli ktoś boi się ostrych zapachów)

sos:
1 łyżka octu jabłkowego
3 łyżki oleju rzepakowego
1 łyżeczka syropu klonowego lub płynnego miodu
1 łyżeczka musztardy

1. Ziemniaki obieramy. Gotujemy je w lekko osolonej wodzie (jeśli woda ma smak wody morskiej to znaczy, że jest idealnie) do miękkości - około 15-20 minut. Ziemniaki wyciągamy, ale nie wylewamy wody! 

2. W czasie kiedy gotują się ziemniaki przygotowujemy szparagi. Myjemy je. Odcinamy zgubiałą końcówkę. Kroimy je w kawałki długości 4-5 cm. Wrzucamy do wody po ziemniakach i gotujemy 3 minuty. 

3. Szparagi odcedzamy i zalewamy zimną wodą. 

4. Ziemniaki kroimy w dużą kostkę. Rzodkiewki kroimy w półplasterki. Szczypior siekamy. 

5. Do miseczki wlewamy składaniki sosu i mieszamy widelcem lub trzepaczką, aż powstanie gęsty sos. 

6. Sos mieszamy z warzywami. Wszystko przekładamy do pudełka.


wtorek, 17 kwietnia 2018

Bez gościnności nie ma przyszłości [Rozmowa #13]

O tym czym jest gościnność, kto jest najważniejszy w restauracji i jak kulturalnie mówić o swoich potrzebach rozmawiamy z Patrycją Siwiec i Adamem Pawłowskim autorami książki Gościnność. Sztuka  dobrej obsługi w gastronomii.

foto: Ignacy Matuszewski 

Jak po prawie trzech latach pracy nad książką rozumiecie słowo „gościnność”?

Adam Pawłowski: Dla mnie to słowo klucz definiujące branżę gastronomiczną. Gościnność musi  powinna być odczuwalna w restauracji na każdym kroku. Jeśli gościnności nie ma to szczegóły, których goście doświadczają w restauracji nie mają znaczenia. Książka opiera się na „gościnności” tak jak restauracja czy hotel powinien się na niej opierać. Bez gościnności nie ma przyszłości. 

Patrycja Siwiec: Gościnność można opisać takimi słowami jak empatia czy życzliwość. W książce piszemy o tym, żeby zatrudniać ludzi ze względu na ich charakter. Można oczywiście obserwować innych, starać się, powielać ich praktyki, ale gościnności nie da się nauczyć. 

A.P.: Potrzebne są do tego predyspozycje. To tak jak z byciem maklerem. Można nauczyć się mechanizmów. Kiedy jednak nie ma się w sobie żyłki hazardzisty, umiejętności stawiania wszystkiego na jedną kartę to nie można odnosić sukcesów. Piszemy o tym, że dobry kelner na dobrą obsługę składa się 51% umiejętności interpersonalnych: bycie miłym, otwartym i zorientowanym na gościa i 49% nabytych, czyli wiedza, techniki serwisu, których można się nauczyć. 

P.S.: Oczywiście nie chodzi o demonizowanie merytoryki. Na takich stanowiskach jak szef kuchni czy manager umiejętności techniczne są kluczowe.  

Jakie według Was powinien mieć cechy człowiek, który chciałby rozpocząć pracę jako kelner?

czwartek, 12 kwietnia 2018

Jak przygotować przyjęcie pierwszokomunijne w domu? I każdy większy rodzinny obiad też

I Komunia Święta to przeżycie przede wszystkim duchowe, chociaż ciało też domaga się swego. Można zwrócić się o pomoc w organizacji przyjęcia do restauracji i firm cateringowych, ale można też zupełnie beztresowo zorganizować taki obiad w domu. Mamy dla Was trzy złote rady.



1. Dobrze zaplanuj menu

Każdy rodzinny obiad do którego zasiada więcej osób powinien być dokładnie zaplanowany i obliczony. Pozwala to uniknąć stresu i najgorszego z możliwych scenariuszy – kiedy zamiast cieszyć się towarzystwem bliskich stoisz przy garach. Najlepiej więc zrobić listę rzeczy, które rodzina i dzieci lubią, a które można przygotować odpowiednio wcześniej. Smażenie kotletów tuż przed podaniem jest pracochłonne i generuje zbyt dużo nerwów. Najlepiej sprawdzają się w takich sytuacjach pieczone mięsa i gulasze. Jak obliczyć porcje? Przyjmuje się, że porcja to 150 ml zupy, 100-150 g mięsa i ok. 100 g dodatków w postaci kaszy czy ziemniaków. Nasze doświadczenia rodzinne pokazują, że im więcej przystawek tym mniejsze porcje dania głównego. 
Jako przekąski podaliśmy tradycyjne wędliny – szynkę, polędwicę i wędzony boczek od Ancypo, pasztet mamy, deskę serów i małe tortille z serkiem i łososiem. Te ostatnie uwielbiają dzieci, a bardzo nam zależało żeby one też poczuły się przy stole dobrze. 

Zupą był krem z białych warzyw. Wywar warzywny ugotowaliśmy 2 dni wcześniej, dzień wcześniej dodaliśmy do niego białe warzywa, a w dniu obiadu po prostu ją podgrzaliśmy. Podaliśmy ją z posiekanymi orzechami laskowymi, które również uprażyliśmy wieczór wcześniej.

Danie główne to wołowina po burgundzku, purée ziemniaczane, kasza gryczana i buraczki na ciepło. Mięso i buraczki przygotowaliśmy wieczór wcześniej. Ziemniaki obraliśmy przed wyjściem do kościoła. Po przyjściu do domu włączyliśmy piekarnik, żeby podgrzać mięso, wstawiliśmy ziemniaki, kaszę i buraczki. Pieczone mięsa najlepiej sprawdzają się przy takich okazjach - wystarczy z pieca wyciągnąć ładne naczynie i postawić je na stole. 

Dzieci miały własne menu – frytki i klopsiki. Poprosiły o to odpowiednio wcześniej, więc byliśmy przygotowani. Upiekliśmy je podgrzewając mięso. Dzięki temu sami mogliśmy usiąść do stołu i rozmawiać.



2. Poproś rodzinę o pomoc

Wiele osób z pewnością nie wyobraża sobie, żeby poprosić gości o przyniesienie czegoś na wspólny stół. Też sobie tego nie wyobrażałam… do czasu. Rodzinny obiad to czas szczególny – dziadkowie, dzieci, wnuki, wujkowie i ciocie decydują, że w danym momencie są razem. Każda osoba w rodzinie ma swoją specjalizację, smak, który się z nią kojarzy. Dlaczego nie skorzystać z jej doświadczenia i nie poprosić o przygotowanie tego, co robi dobrze? My poprosiliśmy ciocię o jej popisową babkę, mamę o rogaliki z konfiturą, a drugą mamę o sękacza. Dzięki temu zupełnie odpadło nam przygotowanie deserów, a cała rodzina mogła cieszyć się ukochanymi smakami w jednym czasie. Poza tym, ma to niesamowity wymiar budowania wspólnoty. Przynosząc coś na stół czujesz, że tworzysz ten moment. 

3. Wypożycz naczynia

Ile czasu zajęło nam sprzątanie po obiedzie dla 16 osób? Kwadrans! Tyle czasu potrzebowaliśmy na zebranie ze stołu talerzy, filiżanek, szklanek i spakowanie ich do pudeł. 
Przygotowując przyjęcie w domu bardzo nam zależało, żeby było ładnie i elegancko. Chcieliśmy, żeby nasze dziecko poczuło, że to obiad wyjątkowy. Nie potrzebujemy na co dzień zastawy dla 16 osób. Być może znaleźlibyśmy 16 talerzy, ale z pewnością byłoby to talerze z różnych parafii (w końcu robimy zdjęcia na bloga i kupujemy wszystkie talerze na sztuki a nie komplety). Podobnie sprawa miała się ze szklankami. Taki kolorowy stół bardzo nam się podoba, ale podczas mniej formalnych przyjęć. Tym razem chcieliśmy, żeby było tak jak w restauracji. Spójnie. Może poza jednym istotnym szczegółem – wykrochmalonymi obrusami, które jakoś do nas nie przemawiają…

Nie chcieliśmy kupować tylu talerzy tylko na ten jeden raz. Zdecydowaliśmy się na wypożyczenie talerzy, półmisków, filiżanek i szklanek z wypożyczalni sprzętu gastronomicznego GastroMagic. Złożyliśmy zamówienie on-line dodając do niego kilka talerzy „na wszelki wypadek”. Wypożyczalnia miała w ofercie szklanki, które nasze dzieci widziały w kilku restauracjach i zawsze im się bardzo podobały. Chcąc im zrobić frajdę, dodaliśmy je do zamówienia. 

W uzgodnionym terminie przyjechałam po odbiór sprzętu, który czekał spakowany w specjalnych pudełkach. Panowie włożyli mi je do bagażnika i już. Dopiero jadąc do domu przyszła mi do głowy myśl „a co jeśli któryś z talerzy ma brzydkie rysy, które pojawiają się od nadmiernego użytkowania?” Okazało się, że talerze wyglądają zupełnie jak nowe, są czyste i błyszczące. 
Najważniejsze – sprzęt miałam oddać BRUDNY! Obsługa przypomniała mi, żebym po zakończonej imprezie spakowała talerze i szklanki dokładnie tak jak były spakowane oryginalnie i takie brudne odwiozła w ustalonym terminie. Przyjechałam do wypożyczalni, żeby zwrócić sprzęt. Pudełka został yodebrane prosto z bagażnika. To było dla mnie ważne, bo nie miałabym siły ich wyciągać.

Jak wyglądają koszty? Cena wypożyczenia talerza obiadowego z białej porcelany Rosenthal to koszt 70 groszy. Cena wypożyczenia zastawy i szklanek dla 20 osób to koszt ok. 150 złotych na dobę. 

Uwielbiam rodzinne obiady. Lubię siedzieć przy stole i rozmawiać. Lubię dobrze zjeść. Bardzo nie lubię nerwówki i „znikających gospodarzy”. Przez dłuższy czas byłam zosią samosią i z trudem przychodziło mi proszenie o pomoc. Po pierwszym razie odkryłam, że nie ma niczego złego w ułatwianiu sobie życia. Wręcz przeciwnie, wypoczęta i zrelaksowana bardziej cieszę się wspólnym czasem. 


wtorek, 13 marca 2018

Alternatywa dla kawy? Zestawienie kaw zbożowych i ziołowych

Prawdziwa kawa jest pyszna. Czasem jednak chcemy od niej odpocząć. Sięgamy wtedy po jedną z kaw zbożowych - którą?



Dwie kawiarki, ekspres ciśnieniowy, chemex i french press. Naprawdę bardzo lubimy dobrą kawę. Czasami jednak urządzamy kofeinowy detoks i skłaniamy się ku filiżance jakiegoś naparu, bezkofeinowego z natury. Na rynku jest coraz więcej kaw nie-kaw. Kupiliśmy wszystkie te, które są łatwo dostępne i sprawdziliśmy jak smakują. Niektóre mogą spokojnie zastąpić "małą czarną", innym zdecydowanie bliżej jest do ziołowych herbatek.

Na początek warto jednak wiedzieć


jak przygotować kawę zbożową lub zbożowo-ziołową?


Do przygotowania kawy zbożowej potrzebujemy rondelka, sitka, wody i łyżeczki. Próbowaliśmy kawy przygotowywać we włoskiej kawiarce. Niestety, sitko i dysza bardzo się zapychają mielonymi zbożami. Kawa parzy się opornie i długo. Czyszczenie kafetiery to koszmar, który wymaga przynajmniej dwukrotnego przepuszczenia przez nią samej wody.

Jak zatem przygotować kawę? Najlepiej przeczytać instrukcję na opakowaniu i postępować zgodnie ze wskazówkami producenta. Większość kaw zbożowych to nie są kawy typu instant, które można łatwo zalać. Wręcz przeciwnie, ich przygotowanie może być małym rytuałem. Do rondelka wsypujemy ok. 1 czubatej łyżki kawy na 1 szklankę napoju, zalewamy odpowiednią ilością wody i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy 2-3 minuty na małym ogniu, bo kawa kipi i lubi się nieco porozlewać. Ugotowaną kawę zostawiamy w rondelku na 5-10 minut i przelewamy przez sitko do filiżanek. Do kawy można dodać cynamonu, kardamonu, anyżu. My bardzo lubimy kawę przygotowaną z tego przepisu. Jednak nie każda kawa jest taka sama.

Kawa z nasion chia, Dary Natury

Ma jasny kolor. Pachnie i smakuje zieloną niedojrzałą fasolką szparagową. Jest bardzo lekka. Bliżej jej do herbaty ziołowej, klasycznego naparu niż do kawy. Nie ma w sobie goryczki. Jest bardzo łagodna i w tym całym zestawieniu najmniej przypomina kawę. Idealna dla miłośników herbat ziołowych.




Kawa z nasion konopii, Dary Natury

Kawa w kolorze ciut jaśniejsza niż chia. Ma bardzo delikatny smak. Lekki napar przypomina bardziej herbatkę rumiankową niż kawę. Zapach przywodzi na myśl wodę z gotowania pęczaku. Kolejna "kawa" dla miłośników herbat ziołowych.


Kawa orkiszowa, Dary Natury 

Gorzkawa, mocniejsza, palona. Smakuje prawie jak naturalna kawa. Zbożowe aromaty są jednak mocno obecne. Brakuje jej aromatu prawdziwej kawy. Jednak język i podniebienie przypominają, że bardzo podobnie smakuje jedna z popularnych średniej jakości kaw kofeinowych. Sam napar jest delikatnie zawiesisty. Świetnie smakuje z przyprawami korzennymi bez dodatku mleka lub sam z odrobiną mleka czy śmietanki. Naprawdę dobra alternatywa dla małej czarnej.


Ziołowo-zbożowa, Dary Natury 

Bardzo podobna w smaku do orkiszowej. W składzie ma prażone żyto, jęczmień, pszenicę, głóg, tarninę, cykorię i wiesiołek. Jest słodkawa, lekko goryczkowa i palona – ma dużo nut karmelowych i orzechowych. Zdecydowanie bardziej kawowa niż poprzedniczki. Pyszna sama i z mlekiem.


Kawa z topinamburu, Dary Natury

Najbardziej aromatyczna ze wszystkich nie-kaw. Topinambur z mniszkiem lekarskim to naprawdę smaczne połączenie. Ma w sobie coś ziołowego, co zostaje z tyłu języka. Jednocześnie mocno wyczuwalne są nuty karmelowe, daktylowe, delikatnie orzechowe. Jest słodkawa, intensywna. Bardzo dobrze smakuje z mlekiem.


Kujawianka

Kawa zbożowa z żyta i jęczmienia. Mocniejsza niż orkiszowa, ale słabsza niż topinambur. Świetnie smakuje w towarzystwie przypraw korzennych przygotowana w sposób o którym pisaliśmy TUTAJ. Jest niewątpliwym plusem jest to, że jest bardzo łatwo dostępna i niedroga.


Inka

Niewątpliwie najbardziej znana ze wszystkich kaw zbożowych. Bardzo łatwo się ją przygotowuje, bo wystarczy zalać ją wrzątkiem lub gorącym mlekiem. Na powierzchni robi jej się nawet warstwa przypominająca cremę z espresso, chociaż w smaku nie przypomina prawdziwej kawy. Ostatnio inka to już nie tylko klasyczna kawa w czerwonym kartonowym pudełeczku, ale też kawa bezglutenowa, karmelowa, czekoladowa, waniliowa, figowa, orkiszowa i z cykorią. Jako jedyna z kaw świetnie sprawdza się także w przepisach (na przykład na takie ciasto czekoladowe).


Anatol

Zdecydowanie bardziej wytrawny niż inka. Występuje w dwóch wersjach: saszetkowej i proszku instant. Bardzo przypomina w smaku kujawiankę, chociaż jest delikatniejszy i słodszy. Dzięki dodatkowi cykorii bardzo przypomina "kawy poranne", które są mieszankami kaw rozpuszczalnych i zbożowych.

Ovomaltine

Napój ze słodu jęczmiennego. W żadnym wypadku nie przypomina kawy. Jest taką ciekawostką w tym zestawieniu, bo smak przypomina latte z syropem. Odrobina cynamonu i kardamonu robi z niego naprawdę pyszne chai latte.

sobota, 10 marca 2018

Podlascy uczniowie wygrali praktyki u Karola Okrasy

W poniedziałek odbył się wielki finał konkursu Gotuj z klasą. Uczniowie klas gastronomicznych z podlaskich szkół przygotowali dania regionalne i walczyli o praktyki pod okiem Karola Okrasy. Jak sobie poradzili?


Ostatnio pisałam o tym, że będę jurorką w konkursie Gotuj z klasą, którego celem była promocja smaków regionu. To tak oficjalnie. W głębi serca jednak czułam, że konkurs ma przede wszystkim obudzić w uczniach poczucie dumy ze swego pochodzenia. Szukając pomysłów na konkursowe dania zwracali się o pomoc do babć i cioć. Chcieli ugotować coś, co znają z dzieciństwa, coś co przywodzi na myśl same dobre skojarzenia.  Przywieźli własne soki malinowe, kiszoną kapustę, suszone grzyby, a nawet własnoręcznie zrobione sery korycińskie. Przyjechali prezentując niesamowite bogactwo i różnorodność Podlasia. Były liny, gęsina, kaczka, mrowiska, jagodzianki, kasza manna z owocami i bardzo dużo babki ziemniaczanej. Babka to chyba najbardziej fascynująca potrawa na konkursie. Przygotowało ją kilka zespołów, a każda babka była zupełnie inna. Podpatrzyłam też niesamowitą sztuczkę – zaparzanie surowych ziemniaków wrzącym mlekiem. Dzięki temu babka jest delikatniejsza i ma biały kolor.

A to właśnie Zwyciężczynie 

Uczniowie gotowali w dwuosobowych zespołach. Mieli dwie godziny na przygotowanie przystawki, dania głównego i deseru. Byłam zaskoczona nie tylko ich sprawnością i zaangażowaniem, ale też kumpelskim podejściem do konkurencji. Kiedy zespół wyciągający z piekarnika swoją babkę zauważył, że sernik koleżanek zaczyna nabierać kolorów murzynka, od razu go wyciągnęli. Bez zbędnych pytań. Po prostu pomogli im.

Na ich twarzach widać było zdenerwowanie pomieszane z ekscytacją. W końcu przewodniczącym jury był Karol Okrasa. Szef kuchni, którego oglądają w telewizji, który do tej pory wydawał się im nieosiągalny. I nagle on, zupełnie szczerze i bez zadęcia mówi „fajny pomysł z tymi grzybami do gęsi” albo „mogę Ci trochę poprzewracać te kartacze”? Potem chwalił ich, wspierał i zupełnie szczerze powiedział, że promocja regionu za jakiś czas będzie leżała w ich rękach i to od nich będzie zależało które smaki poznają kolejne pokolenia, a o których zapomną.

mrowisko 

Spróbowałam 36 dań. Niektóre były tak dobre, że nie mogłam im się oprzeć i jadłam o wiele za dużo. Zupełnie niezgodnie z zasadami degustacji… Za mrowiska dałabym się pokroić i najchętniej wyjadłabym je wszystkim z talerzy.  Kakory z marchewką, kartacze z gęsiną, krem z kiszonych buraczków, flaczki z lina… Dzieciństwo przypominała mi prosta i szczera drożdżówka z sosem jagodowym – była idealnie chrupiąca, maślana, z wyczuwalną nutą skórki pomarańczowej. Dokładnie taka jak się je w wakacje, kiedy cały farsz spływa ci po rękach, a rodzice przypominają o tych wakacjach w Augustowie (gdzie podobną są najlepsze jagodzianki w kraju).

sery korycińskie domowej roboty z domowymi chutney'ami 

Konkurs zwyciężyły  Angelika Gut i Natalia Kozłowska - uczennice z Sokółki, które pięknie pokazały skrzyżowanie kultur, którego doświadczają na co dzień. Były zatem ziemniaczane bliny w wersji słodkiej, własne sery korycińskie i tatarski fyrsztyk. Razem z kolegami z Suwałk i Wojewodzina, którzy zdobyli kolejne miejsca, będą mogli odbyć staż w restauracji Platter. Dziewczyny popłakały się ze szczęścia, a ja im bardzo kibicuję. Kibicuję też wszystkim innym - niezależnie czy będą pracować w gastroświecie czy wybiorą coś innego. 



Klopsiki Karlssona z Dachu #smakiAstrid

Ze wszystkich dań, które jedzą bohaterowie książek Astrid Lindgren jedno warte było prawie jednostronicowego opisu. To idealnie okrągłe, miękkie, delikatne, lekko zarumienione, najlepsze klopsiki mamy Braciszka. Karlsson z Dachu nie umiał im się oprzeć. 




O tym, że klopsiki to narodowe danie w Szwecji wiedzą wszyscy, którzy chociaż raz odwiedzili IKEA. Tam występują w wersji wołowo-wieprzowej, drobiowej i wegańskiej. W sklepowej restauracji można nawet zobaczyć film, który pokazuje jak tradycyjnie przyrządzano klopsiki. Szwedzkie klopsiki sprzedaje każda sklep na świecie. Jednak o tym, że klopsiki to naprawdę danie w stylu naszej pomidorówki przekonaliśmy się w Sztokholmie. Tam poszliśmy do Junibacken – centrum Astrid Lindgren w którym można się do woli bawić w przestrzeniach inspirowanych jej książkami. Wleźliśmy do łożka Pippi, jeździliśmy na nartach dzieci z Bullerbyn, zajrzeliśmy nawet do domku Karlssona. Potem przeszliśmy do stołówki w której każdy, naprawdę każdy, jadł klopsiki w sosie pieczeniowym z puree ziemniaczanym i żurawinami. Klopsiki w muzeum Astrid Lindgren były dokładnie takie jak te opisane w książce. Idealne. Właśnie ten smak próbowaliśmy odtworzyć w naszej kuchni.

Nasze klopsiki są przygotowane z mięsa wołowego i wieprzowego po to, by miały intensywny smak. Bułkę wymieszaliśmy z wywarem, a nie mlekiem jak to mamy w zwyczaju. Jednak tym, co odróżnia szwedzkie klopsiki są przyprawy – mielone ziele angielskie i gałka muszkatołowa (obie przyprawy trzeba zmielić w młynku do kawy lub utrzeć w moździerzu. Warto zmielić ich więcej, bo świetnie nadają się do dań z mięsem mielonym).

Klopsiki podajemy z żurawiną i sosem na bazie wywaru wołowego. Warto przygotować go dzień wcześniej i zrobić go więcej – jest świetną bazą do zupy (np. takiego kremu pomidorowego z masłem orzechowym). My robimy klopsiki z podwójnej porcji – jedną zjadamy, a drugą już po usmażeniu mrozimy w woreczkach strunowych.


Czas przygotowania: 2 godziny (plus bulion)

Składniki:

bulion:
3 marchewki
2 pietruszki
½ pora
kawałek selera
1 cebula
liść laurowy
300 g łaty wołowej lub szpondra
4 łyżki oleju
sól
liść laurowy
5 ziarenek ziela angielskiego
2 goździki
½ łyżeczki ziaren pieprzu

1. Marchewkę, pietruszkę, por, seler obieramy i kroimy w kawałki (nieważne w jakim kształcie).
2. Na dno garnka wlewamy olej, wrzucamy warzywa i smażymy na dużym ogniu, aż będą mocno brązowe. W międzyczasie warto je posypać ½ łyżeczki soli.
3. Obraną cebulę nadziewamy na widelec i opalamy nad ogniem, aż będzie czarna.
4. Do przesmażonych warzyw wlewamy 2 litry wody. Uwaga na pryskanie!
5. Do wody wrzucamy cebulę, wołowinę, przyprawy. Przykrywamy, zmniejszamy ogień i gotujemy 1,5 godziny.

klopsiki:

1/2 kajzerki 
½ szklanki ciepłego bulionu
2 jajka
1/2 cebuli
½ łyżeczki soli
1 łyżeczka mielonego ziela angielskiego
1/2 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
½ łyżeczki czarnego pieprzu
4 łyżki świeżo posiekanego koperku
4 łyżki świeżo posiekanej natki pietruszki
300 g mielonej wołowiny
200 g mielonej wieprzowiny
olej do smażenia

sos:
3 łyżki masła
3 łyżki mąki
3 szklanki wywaru
¼ szklanki śmietany 30%

1. Kajzerkę rwiemy na kawałki, wkładamy do miseczki i zalewamy ciepłym bulionem.

2. Cebulę drobno siekamy i smażymy na patelni do zezłocenia.

3. Do miski wkładamy miękką kajzerkę wraz z bulionem, jajka, podsmażoną cebulkę, przyprawy i natkę pietruszki z koperkiem. Dokładnie mieszamy.

4. Dodajemy mięso i dokładnie mieszamy.

5. Z mięsa formujemy równe kuleczki wielkości ok. 3 cm (my używaliśmy do odmierzania łyżki do lodów).

6. Na patelni rozgrzewamy tłuszcz i wrzucamy klopsiki.

7. Delikatnie mieszając patelnią pozwalamy im się usmażyć ze wszystkich stron – trwa to około 10 minut.

8. W międzyczasie przygotowujemy sos. Do garnka wkładamy masło i rozpuszczamy. Wsypujemy mąkę i za pomocą rózgi ciągle mieszamy starając się ją usmażyć. Po minucie, wolno dolewamy ciepły wywar nie przerywając mieszania. Ciągle mieszając doprowadzamy do wrzenia – powstanie sos. Pod koniec dodajemy śmietankę.

9. Gotowe klopsiki serwujemy z sosem, żurawiną i pure ziemniaczanym.



wtorek, 27 lutego 2018

Bliny gryczane z łososiem

Niby postne, a brzmią jak największa delicja. Drożdżowe racuchy na mące gryczanej. 

Do zrobienia blinów natchnęła nas pani Nina, która jest mistrzynią kuchni rosyjskiej. Przepis, który Wam podajemy jest wersją deluxe, ponieważ zawiera masło i mleko. Przepis standardowy bazuje na wodzie i oleju roślinnym. Zachęcamy Was jednak do przygotowania blinów z mlekiem, ponieważ są delikatniejsze i szlachetniejsze. 
Bliny można jeść, tak jak my, z serkiem typu Bieluch i wędzonym łososiem (warto do serka dodać łyżeczkę świeżego, posiekanego koperku). Na górę można dorzucić roszponkę, rukolę lub jakieś kiełki. Można też podawać je z pieczonymi warzywami, jajkami sadzonymi czy gulaszem mięsnym. Nam jednak najbardziej smakuje wersja łososiowo-serkowa. 



Czas przygotowania: 10 minut (+ czas na smażenie)
Czas oczekiwania: 30 minut

Składniki:
200 g mąki gryczanej
150 g mąki pszennej
25 g świeżych drożdży
2 łyżeczki cukru
2 szklanki ciepłego mleka
1 żołtko
50 g roztopionego masła
1 łyżeczka soli
olej do smażenia
1 opakowanie serka typu Bieluch
100 g wędzonego łososia

1. Świeże drożdże rozrabiamy z cukrem i 1/2 szklanki ciepłego mleka.

2. Odstawiamy w ciepłe miejsce na 5 minut.

3. W dużej misce (lub garnku) mieszamy wszystkie składniki, włącznie z podrośniętymi drożdżami, na jednolitą masę.

4. Przykrywamy czystą ściereczką, odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na 30 minut.

5. Z gotowego ciasta formujemy placki i smażymy na rozgrzanej patelni. Żeby ciasto dobrze odchodziło od łyżki, warto przygotować sobie kubek z wrzątkiem i zanurzać w nim łyżkę przed nabraniem ciasta. 
6. Bliny podajemy z serkiem i łososiem i ulubioną zieleniną.