wtorek, 31 lipca 2018

Jagody z boczkiem, czyli nasz nowy sposób na letnią sałatkę

Myślisz, że to kolejna nudna sałatka? Myślisz, że boczek z jagodami to jakaś pomyłka? Spróbuj!


Widok świeżych jagód przywołuje słodkie wspomnienia - letnich placków brudzących paluchy, makaronu ze śmietaną, który miał najpiękniejszy kolor dzięki jagodom. Jagody to też zupa owocowa, która spektakularnie plami ubrania właśnie po to, by pamiętać o niej w długie zimowe wieczory. Zupa, makaron, placek, pierogi - jagody kojarzą się wyłącznie ze słodkimi daniami. Skąd więc boczek?

Boczek to nasza mała słabość. Szczególnym afektem darzymy taki cienki, chrupiący boczek z miękkim środkiem (brzmi zupełnie jak dobra beza, prawda?) Jakieś 6 lat temu, kiedy mieszkaliśmy w USA, zapanowała tam nieuleczalna zupełnie empidemia klonowej boczkomanii. Gdzie się człowiek nie odwrócił tam widział boczek z syropem klonowym - w śniadaniu z jajkami, na lunchu w kanapce, w cukierni na cupcakes i w lodach. U nas na blogu boczek wylądował w ciateczkach. Skoro boczek tak cudowne smakuje z syropem klonowym (i miodem też) to pewnie dobrze smakuje z jagodami, pomyśleliśmy. Ponieważ działamy dość spontanicznie, szybciutko podsmażyliśmy boczek i spróbowaliśmy go ze świeżymi jagodami. Cudowność - jest troszeczkę słono, ale za chwile kwaśne zwykle jagody pękają i oblewają boczek swoim słodkim sokiem. Tak, proszę Państwa, działają przeciwieństwa smakowe. Coś, co wydaje nam się nieco kwaskowate dzięki ciupińce słonego nagle staje się słodyczą. Takie łączenie smaków podpatrzyliśmy w restauracji Water&Wine u szefa Marka Flisińskiego. Karmel z miso? Oczywiście. Lody z kwiatem soli? Naturalnie! Dzięki takim niezwykłym doświadczeniom smakowanym wiedzieliśmy, że jagody i boczek muszą się udać.  Tyle, że kto będzie jadł sam boczek z jagodami? 

Okazuje się, że skoro pomidory są stworzone wprost do łączenia ich na podniebiu z malinami (i kozim serem jak tutaj) czy czereśniami (jak tutaj) to i jagody są dla nich dobrym kompanem. Dla urozmaicenia dodaliśmy awokado i podaliśmy sałatkę w liściach sałaty. To nasz ukłon w stronę akcji No Waste (i jeszcze większy ukłon w stronę jedzenia palcami, które uwielbiamy). Uwierzcie, nikt do tej pory nie jadł czegoś takiego. Jagód w sałatce. Zachwytom nie ma końca - spróbujcie na gościach. 

P.S. W trakcie pisania tego przepisu wpadło mi do głowy, by następnym razem zrobić jagodowy sos do sałatek. Albo grillowanego mięsa...

Co zrobić żeby sałata była soczyście zielona i chrupiąca? 
Trzeba ją umyć w zimnej wodzie (wkładając liście), a następnie na 5 minut włożyć do miski wypełnionej kostkami lodu i lodowatą wodą. 


Czas przygotowania: 20 minut
Składniki na 4 porcje:

4 małe liście sałaty rzymskiej
100 g boczku wędzonego
1 małe dojrzałe awokado
8 pomarańczowych pomidorków
4 czerwone pomidorki
1/2 szklanki jagód

sos:
4 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno
1 łyżka octu jabłkowego
1 łyżeczka miodu
1/2 łyżeczki musztardy

1. Sałatę myjemy w zimnej wodzie i na 5 minut wkładamy do miski z zimną wodą z lodem. W międzyczasie przygotowujemy boczek. 

2. Boczek kroimy w cienkie paseczki i na wolnym ogniu smażymy, aż stanie się chrupki - około 4 minut.

3. Sałatę wyciągamy z miski i osuszamy. 

4. Pomidorki kroimy w kosteczkę, podobnie awokado. 

5. Jagody myjemy i suszymy. 

6. Składniki sosu (oprócz oleju) wlewamy do miseczki. Ciągle mieszając wolno dolewamy olej, aż powstanie gęsty sos. 

7. Na liściach sałaty układamy boczek, awokado, pomidorki i jagody. Skrapiamy sosem. 

poniedziałek, 30 lipca 2018

Czy krowie mleko jest złe? KONKURS

Podobnie jak pszenica i gluten, mleko zaczyna wzbudzać wiele kontrowersji - bo nie jest tolerowane przez nasz organizm, bo wcale nie zawiera dużo białka, bo spokojnie można je zastąpić mlekiem roślinnym. Razem z Kotem Mleczysławem, którego profil możecie polubić tutaj, spróbujemy uporać się z tymi mitami. Jednocześnie zapraszamy Was do wzięcia udziału w konkursie!


1. Mleko wcale nie ma dużo białka

Białko stanowi podstawowy składnik każdego pożywienia. W organizmie człowieka białka pełnią wszystkie istotne funkcje – budulcowe, metaboliczne, hormonalne, odpornościowe. Niestety, większości aminokwasów organizm nie umie wyprodukować sam. Trzeba je zatem dostarczyć. Mleko zawiera wszystkie niezbędne aminokwasy warunkujące prawidłowy metabolizm organizmu. Przy czym białka zawarte w mleku – serwatkowe i kazeinowe – są łatwo przyswajalne. Dlatego Instytutu Żywności i Żywienia, krajowey ośrodka naukowo-badawczy opracowujący normy żywienia człowieka w Polsce, zaleca spożywanie 2 porcji produktów mlecznych dziennie. Zawartość białka w 100 ml mleka to 3.4 gramów.

2. Mleko można zastąpić mlekiem roślinnym

Oczywiście, że rano zamiast szklanki kawy z mlekiem krowim możemy wypić szklankę kawy z mlekiem roślinnym. Jednak różnica między mlekiem krowim, a roślinnym jest ogromna i nie ogranicza się do smaku. Mleko roślinne to zwykle woda, ryż/owies/migdały/kokos, sól i tłuszcz roślinny. Prawdziwe mleko, oprócz wody, zawiera rozgałęzione aminokwasy egzogenne, które odpowiadają m.in. za procesy naprawcze w naszym organiźmie. To właśnie dlatego suplementy dla sportowców bazują na serwatce z krowiego mleka. Mleko zawiera też kwasy tłuszczowe SCFA, które dają nam zastrzyk energii, a nie powodują powstawania tkanki tłuszczowej. Mleko zawiera też szereg witamin B1, B2, B4 ( cholina) B6,B12, wit.PP  oraz witaminy rozpuszczalne w tłuszczach A, E, D, K. Dzięki zawartości tłuszczu w mleku witamy te są dobrze przyswajalne przez nasz organizm.

3. Mleko wcale nie zawiera tak dużo wapnia

To jest chyba najczęściej spotykany mit. Szklanka mleka dostarczy tyle samo wapnia (240 mg), co aż 1 kg pomarańczy, 2 chleby graham, 400 g fasolki szparagowej, 2,5 kg kaszy gryczanej, 200 g tofu. Tę samą ilość wapnia, która jest zawarta w szklance mleka można znaleźć np. w szklance jogurtu, maślanki lub kefiru czy 300 g sera białego lub grubszym plastrze żółtego sera.

4. Mleko i produkty mleczne są ciężkostrawne

O tym, że mleko jest ciężkostrawne mówią wszyscy ci, którzy mają nietolerancję laktozy. Innymi słowy, brakuje im enzymu - laktazy- który pomaga w trawieniu cukru mlecznego. Nie oznacza to jednak, że muszą zrezygnować ze wszystkich produktów mlecznych.

Rolnictwo zastąpiło łowiectwo i zbieractwo około 10 000 lat temu. Gdy mleko krowie zostało uznane za potencjalne źródło pożywienia, początkowo spożywano je w postaci produktów takich jak jogurt i ser, bo świeże mleko było trudniej przechować. Dzięki temu ludzki organizm zaczął produkować laktazę - enzym potrzebny do rozłożenia cukru mlecznego. Jogurt i ser mają niższą zawartość laktozy, więc są lepiej tolerowane. Żółty ser, dla przykładu, jest zawsze produktem bezlaktozowym (nawet jeśli nie ma na nim tej informacji - podczas dojrzewania sera laktoza zostaje całkowicie rozłożona).

5. Mleko zawiera dużo hormonów

Jeden z mlecznych mitów mówi, że mleko zawiera mnóstwo hormonów. Chodzi głównie o hormon wzrostu - IGF-1. Badania z 2016 roku pokazują, że ten hormon nie wykazuje żadnej aktywności biologicznej w organiźmie człowieka (czyli nie ma żadnego wpływu na nasz organizm). Ponad to, jego zawartość w krwi człowieka po spożyciu zalecanej dziennej porcji produktów mlecznych jest dokładnie taka sama jaką mamy na co dzień w naszej... ślinie. Mleko nie ma wpływu na poziom estrogenów czy testosteronu.


KONKURS



Czy znasz już Kota Mleczysława, wielkiego miłośnika mleka? Jeśli nie to możesz zapoznać się z nim na facebooku i polubić jego profil.

Konkurs jest prosty: zaproponuj mleczne śniadanie dla kota Mleczysława. Może być słodkie, ale może być też wytawne, do chwycenia w łapkę lub zjedzenia łyżką. 

Do wygrania jest zestaw fondue (1 miejsce), i dwie poduszki (dla 2 i 3 miejsca).

Swoje śniadaniowe propozycje prześlij do 5.08.2018 na adres crustanddust(at)gmail.com 

Powodzenia!

sobota, 28 lipca 2018

Plackodzianki, czyli jagodowe placki piknikowe

Masz straszną ochotę na jagodzianki hojnie wypełnione świeżymi jagodami, kupujesz jedną w cukierni i okazuje się, że zamiast jagód ma w środku zwyczajny dżem. Wtedy planujesz już ten moment, kiedy upieczesz własne bułeczki, ale znowu nie masz czasu. Mamy na to sposób. 



Plackodzianki to mariaż jagodzianki z plackami. Od zwykłych placków różnią się niewielkim dodatkiem drożdży, przez co są bardzo puszyste. Jagód w nich jest sporo. Każdy kęs to po prostu mikro-jagodzianka. Robi się je szybciutko, więc są dobrą opcją na śniadanie czy drugie śniadanie. Pięknie farbują zęby i palce, więc efekt jagodziankowy jest! 

Plackodzianki świetnie smakują z cukrem pudrem albo syropem klonowym. Bitą śmietaną też nie pogardzą, chociaż przy tych temperaturach nie ryzykowałabym. Ciepłe są pyszne, ale mnie bardziej smakują ostudzone. Są wtedy naprawdę jak malutkie bułeczki drożdżowe. Ostudzone jagody są też mniej wybuchowe. Dzięki temu ryzyko jagodowych pamiątek na ubraniach maleje. 

Przepis powstał z inspiracji resturacją Water and Wine wokół której rośnie moc dzikich owoców. Szef kuchni Marek Flisiński czaruje z nich dania niespodziewane. Z pewnością z jagód zrobiłby jakiś niesamowity chłodnik albo deser, który zachwycałby smakiem i fakturami. Water and Wine to piękne miejsce, a latem tym cudowniejsze, że natura sama pcha się do kuchni.


Czas przygotowania: 30 minut
Liczba porcji: 4

Składniki: 

2 łyżeczki suchych drożdży 
1 łyżeczka cukru
1/2 szklanki ciepłego mleka
2 szklanki mąki tortowej
1/2 szklanki mąki pełnoziarnistej 
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 szklanki maślanki
2 jajka
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego 
1 1/2 szklanki świeżych jagód

1. Drożdże mieszamy z cukrem i ciepłym mlekiem. Odstawiamy na 5 minut.

2. Do drożdży dodajemy pozostałe składniki, oprócz jagód - mąkę tortową i pełnoziarnistą, proszek do pieczenia, maślankę, jajka i ekstrakt waniliowy. Mieszamy łyżką do powstania jednolitej masy.

3. Miseczkę z masą przykrywamy czystą ścierką i odstawiamy w ciepłe miejsce na 15 minut.

4. Jagody myjemy i suszymy.

5. Do wyrośniętej masy dodajemy jagody i delikatnie mieszamy. 

6. Placuszki smażymy na gorącym oleju, aż się zezłocą z obu stron. Podajemy z cukrem pudrem, 
syropem klonowym lub bitą śmietaną. 


czwartek, 12 lipca 2018

SPA Bończa, czyli takiego gotowania jeszcze nie było

W Bończy świat się kończy, mówi przysłowie. Autor przysłowia ewidentnie nie był tam, gdzie życie zaczyna się po czterdziestce.



Bończa to wieś niedaleko Warki. Wokół same sady, jabłka, czereśnie i zieloności. Wieś liczy kilkanaście domów. Jaki macie obraz takiej wsi i jej mieszkańców? Kościół, dom, obiad, wnuki? Żebyście się  nie zdziwili!

W Bończy wita nas pani sołtys. Mówi o sobie sołtys, bo nie lubi żeńskich form. Wokół niej kilka młodych kobiet z jajami – sypią dowcipami, karmią pesto z pokrzywy, pokazują profesjonalny film o Bończy i ich planach. Otwierają przepastną szafę w której jest milion słoików – musztarda piekielnica, słodka laska (truskawki z wanilią), sławetne pesto. Wszystko w takich samych słoikach z pięknymi etykietami. Made with Love in Bończa. Mam nadzieję, że niedługo takie słoiki będzie można kupić. Smakują miłością!



Wszystko dzieje się w świetlicy z piękną kuchnią, szafami, stołem do tenisa stołowego i … hipsterskim napisem Bończa. Plac zabaw? Asfalt? Jarmark? Wszystko tu jest. Chwilę później panie porywają dzieci na piracki statek, który zwiedza Szkółkę Owocową Bończa.  My zostajemy w SPA Bończa. 

SPA czyli Seniorzy Preferują Aktywność. Po staremu – Koło Gospodyń Wiejskich. „I żebyście się mieszczuchy nie przebierały za gospodynie wiejskie, bo nie ma co się lansować na wieś”, mówi jedna z nich. Panie spotykają się co tydzień wieczorem – rozmawiają, gotują, dzielą się radami (np. gdzie jest najlepsze sushi). Robimy szare kluski (tak się mówi na Podlasiu) czyli pyzy i racuchy drożdżowe. Ja, jako Drożdżowa Baba, jestem w zespole racuchowym. Ale wcześniej karnie trę ziemniaki. W trakcie tarcia mówię paniom, że moi rodzice to mają taką ruską maszynkę. I wtedy słyszę „kochana, my to wszystko robimy w thermomixie. Dzisiaj tylko tak tradycyjnie”. Moje wszystkie wyobrażenia o wsi i kole gospodyń wiejskich rozpadają się jak domek z kart i czuję się z tym cudownie.


Dowiaduję się, że kobieta w sadzie robi wszystko, że wielopokoleniowe domy są cudowne chociaż trudno na początku podzielić się obowiązkami (bo ojciec to kocha kotlety, a synowa chciałaby tak delikatniej z dietą), że raz na jakiś czas fajnie wyskoczyć do miasta na sushi czy ramen, że kolendra to w ziarenkach, ale raczej nie natka, że trudno jest pogodzić się z myślą, że dzieci nie chcą być sadownikami, że na wsi nie ma nudy bo jest tyle do zrobienia i przegadania. Widać, że panie znają się jak łyse konie i są po prostu ze sobą zżyte. Ale widać coś jeszcze: energię, chęć uczenia się, głód świata.

Ze Szkółki Owocowej dzieciaki wracają szczęśliwe i głodne. Opowiadają o 320 kg jabłek, które mieszczą się w skrzynio-palecie, o drzewach rosnących gęsto, o soku tłoczonym, o pszczołach, o wrześniowym rejwachu w sadzie. Szkółka Owocowa to dla nich jedna z najlepszych przygód w jabłkowym życiu. Jeśli macie dzieci w wieku szkolnym to idealny pomysł na jednodniową wycieczkę z Warszawy i okolic. Szkółka należy do Wareckiego Szlaku Jabłkowego.


A racuchy? Przepis teściowej – najlepszy na świecie. Są miękkie, delikatne, puszyste. Nie wolno żałować im tłuszczu – muszą swodobnie się w nim poruszać. Jeśli dodamy do ciasta kapkę spirytusu, placki tłuszczu nie wypiją. Zróbcie koniecznie (możecie tylko robić czasem z połowy porcji, bo kilogram to za dużo nawet dla 5 osobowej rodziny).


Składniki: 

1 kg mąki pszennej
1 litr mleka
5 dkg drożdży
1 łyżka cukru
2 całe jajka
3 żółtka
aromat waniliowy 

1. Mleko podgrzewamy, aż będzie ciepłe. Odmierzamy ¼ kubka. Resztę wlewamy do miski w której będzie wyrastało racuchowe ciasto.

2. Do mleka w kubeczku dodajemy drożdże i cukier. Mieszamy dokładnie. Czekamy, aż drożdże ruszą (czyli się delikatnie spienią).

3. Do dużej miski dodajemy pozostałe składniki. Mieszamy dokładnie ciasto.

4. Jednolite ciasto przykrywamy czystą ściereczką i pozostawiamy w ciepłym miejscu do podwojenia objętości.

5. Placki smażymy na dobrze rozgrzanym tłuszczu, który wypełnia około 2 cm patelni (licząc od dna).

6. Placki nakładamy ostrożnie łyżką wcześniej zanurzoną w wodzie (dzięki temu ciasto się nie klei).

7. Smażymy z obu stron na złoto. Oprószamy cukrem pudrem.


środa, 11 lipca 2018

Nie masz czasu na pieczenie ciasta? Zrób scones z borówkami

Kiedy masz wielką ochotę na ciasto, ale nie masz tyle czasu. Co robisz? Ja robię scones.


Scones odkryłam na drugim roku studiów podczas wizyty u przyjaciół w Oxfordzie. Ależ to były czasy! Jedliśmy najtańszą kiełbasę z jabłkami (w smaku dość wymagająca), makaron z gotowym sosem i tonę najtańszych gliniastych bułeczek o wdzięcznej nazwie scones. Wszystko po to, żeby móc napić się kawy w Starbucks (bo to było coś w 2006)  i wypić piwo w ulubionym pubie Tolkiena. Klasyczni polscy studenci.

Jakis czas pózniej mieszkaliśmy w USA i tam po raz kolejny spróbowałam scones. Ależ były inne. Jakby delikatniejsze, nieco tylko gliniaste, wypełnione hojnie borówkami. Same w sobie były po prostu dobre, ale z ciepłą kawą aromatyzowaną orzechami laskowymi smakowały po prostu odlotowo! Od tamtej pory scones mają specjalne miejsce w moich biodrach i robię je, kiedy tylko w TKmaxx dorwę aromatyzowaną kawę. To jak Fish and Chips albo Gin z Tonikiem.

Złota zasada sconesow jest taka: rób na odwal się. Naprawdę. Zbyt mocno wymieszane i wyrobione, idealnie gładkie ciasto to nie scones. To ciasto półkruche. Scones wymagają tylko połączenia składników. Jak coś opada to zakładamy, że tak właśnie ma być. Nierówno, nieidealnie, domowo. Mam doświadczenie w mieszaniu ciasta na scones mikserem - nie róbcie tego. Prawdziwe scones to kwintesencja pieczenia w trudnych czasowo warunkach.


Czas przygotowania: 10 minut
Czas pieczenia: 20 minut 

Składniki na 8 sztuk:

2 szklanki mąki pszennej
1/2 szklanki cukru
1 łyżka proszku do pieczenia 
szczypta soli 
1 łyżka cukru waniliowego albo ekstraktu 
1 jajko
200 ml śmietany 18%
170 g zimnego masła
1 szklanka umytych borówek 
opcjonalnie: 1/2 szklanki drobnego cukru 

1. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.

2. Składniki sypkie mieszamy w misce.

3. Masło siekamy. Dodajemy do sypkich składników i łączymy palcami tak, żeby masło miało wielkość ciecierzycy.

4. Dodajemy jajko, śmietanę, borówki. Mieszamy ręką do połączenia składników.

5. Z ciasta formujemy płaski placek o średnicy kartki a4. Kroimy go na 8 części (jak pizzę).
Jeśli chcemy chrupką skórkę na bułeczkach otoczmy je w cukrze drobnym.

6. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika na 20-25 minut (do zezłocenia).


piątek, 6 lipca 2018

Chcesz próbować naprawdę lokalnych specjałów? Szukaj tego znaku

Biała czapka na niebieskim tle umieszczona na słoiku, kartonie, butelce czy drzwiach restauracji. To symbol Sieci Dziedzictwa Kulinarnego – znak, który gwarantuje, że produkt pochodzi z konkretnego regionu i wytwarzany jest według tradycyjnej receptury, a miejsce kultywuje regionalne tradycje. 


Dawno temu w 1995 roku, kiedy wszyscy wyrzucaliśmy z domów oleje i kupowaliśmy oliwę z oliwek w dalekiej Skandynawii postanowiono promować produkty lokalne. Coraz więcej na rynku pojawiało się produktów importowanych, a produkty lokalne potrzebowały wsparcia. Mieszkańcy szwedzkiej Skanii i duńskiego Bornholmu postanowili znaleźć sposób na wyróżnienie tego, co robili sami. Wymyślono Sieć Dziedzictwa Kulinarnego. Głównym celem regionów znajdujących się w sieci jest promocja lokalnej żywności opartej na regionalnych surowcach. Regiony realizują działania, które mają na celu promocję i poprawę, jakości regionalnej żywności oraz wzmocnienie regionalnej tożsamości. Producenci (ale też sklepy czy agroturystyki) zrzeszone w Sieci Dziedzictwa Kulinarnego mają prawo do korzystania z  logo sieci. Logo daję gwarancję, że produkt czy miejsce służy ochronie tego, co lokalne.

Sieć Dziedzictwa Kulinarnego Mazowsze to sieć najbliższa naszemu sercu. Mazowsze wydaje nam się bardzo różnorodnym i bardzo niedocenionym regionem. Ma tak wiele do zaoferowania i dla ciała i dla ducha. Nam oczywiście jest blisko do tych hedonistycznych przyjemności podniebienia. Nie jesteśmy jednak egoistami i podzielimy się z Wami mazowieckimi perełkami. Pierwsze zestawienie sprzed 4 lat możecie przeczytać TUTAJ. Dalej są same nowości.

1. Miody Tuszyńscy

O miodach z tej niezwykłej pasieki możecie przeczytać w obszernym wpisie – wystarczy kliknąć. Przez ostatnie 2 tygodnie jemy codziennie owsiankę z miodem rzepakowym i nie wydaje mi się, żeby mógł się nam znudzić. Pasieka państwa Tuszyńskich to miejsce w którym czuć, że pszczoły to pasja wielu pokoleń.



sobota, 30 czerwca 2018

Jeden składnik, który zmieni smak Twego nudnego ryżu z jabłkami

Kiedy ryż z jabłkami stał się klasyczną "zapchaj dziurą" i daniem na czarną godzinę sięgnęłam po jeden składnik, który zmienił wszystko. Nagle ryż stał się szlachetny i wyjątkowo subtelny.


Masło. Julia Child mówiła, że nie ma nic lepszego niż masło. Kurt Scheller twierdzi, że jeśli w jakimś daniu brakuje czegoś niewypowiedzianego to znaczy, że trzeba dodać masła lub śmietany. Ich teorię potwierdza podniebienie. Podczas ostatniego letniego lunchu w restauracji Water and Wine o którym możecie przeczytać tutaj zostały nam podane szparagi i fasolka szparagowa. Smakowały rewelacyjnie - niby tak zwyczajnie, a jednak zupełnie inaczej. Dlaczego? Dlatego, że do wody w której się gotowały dodano masła. W takiej maślanej emulsji już w domu ugotowaliśmy też brokuła i był to zdecydowanie najlepszy brokuł w naszym życiu. Nie dość, że chrupki to jeszcze taki ... delikatnie maślany. Zaledwie muśnięty tym maślanym smakiem. Rozpływam się tak nad tym masłem, ale naprawdę nawet taki zwykły ryż z jabłkami z dodatkiem masła (i soku jabłkowego, ale o tym zaraz) to jakaś zupełna petarda.

Sok jabłkowy. Pamiętam jak kiedyś rozmawiałam z Maią Sobczak, autorką bloga Qmam kasze. Maia opowiadała o tym jak jej syn uwielbia zacierkę na soku owocowym. Było to dla mnie objawienie. Przecież zamiast mleka czy wody do jaglanki, ryżu, kaszy manny, płatków owsianych mogę dodać soku. Taka kasza na soku nie wymaga dodatkowego słodzenia. Lubi się za to ze świeżymi owocami, orzechami i przyprawami korzennymi. My domową przyprawę do piernika sypiemy do owsianki nawet w lipcu radośnie podśpiewując przy tym Merry Christmas. Smakuje cudownie z truskawkami, czereśniami, borówkami, jagodami.

Ryż na wodzie z dodatkiem soku jabłkowego i masła to zupełnie inna odsłona przedszkolnego ryżu. Nagle sam ryż staje się szlachetnym składnikiem, który można jeść i jeść. Lubimy pakować go dzieciom do śniadaniówek i zabierać na pikniki. Ponieważ nie zawiera mleka nie boi się słońca. Jedliśmy go na polanie w lesie w towarzystwie świeżo zebranych jagód i na plaży (w towarzystwie świeżo nawianego piasku). Jest cudny i szybki!

Inspiracją do powstania tego przepisu były dania z naszej ukochanej restauracji Water and Wine 

piątek, 22 czerwca 2018

Skąd się bierze miód?

Pszczoły to jedne z najbardziej fascynujących stworzeń. Jak żyją pszczoły i jak powstaje miód opowiadali nam bracia i dziadek Tuszyńscy. 


W pasiece Tuszyńskich witają nas trzy pokolenia - dziadek, jego syn i wnuki (z żoną i narzeczoną). Senior rodu opowiada jak to jego własny dziadek i ojciec pozwolili mu zbudować ule kiedy był trzpiotem latającym po drzewach. Pierwsze ule, prawie siedemdziesięcioletnie, nadal stoją w pasiece i nadal służą kolejnym pokoleniom pszczół. Jego syn nie odziedziczył miłości do pszczół. Za to wnuki traktują pszczelarstwo jako swoje powołanie - słuchając ich ma się poczucie, że nie tylko wiedzą wszystko o pszczołach, ale że je po prostu szanują. Patrząc na pasiekę od razu czuje się, że jest to miejsce z długoletnią tradycją, którą przekazuje się w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Nic dziwnego, że pasieka Tuszyńskich może poszczycić się białą czapką na niebieskim tle, czyli przynależnością do Sieci Dziedzictwa Kulinarnego Mazowsza. Więcej o tym znaku możecie przeczytać w tym wpisie.


Gdzie mieszkają pszczoły?

W ulach, oczywiście. Ul składa się z dwóch części - gniazdowej w której mieszka pszczela matka składająca jajka i miodnej, która jest zimową spiżarnią pszczół. Między dwiema częściami ula pszczelarze instalują kratkę odgrodową - dzięki niej królowa nie przechodzi do części miodnej i nie składa tam jaj. Z ula można wyjść tylko z części gniazdowej. Dlaczego nie ma wyjścia z ula w części miodnej? To proste - nikt nie chce, żeby miód był zanieczyszczony. Jest jeszcze jedna odpowiedź - pszczoły lubią się rabować (pszczoły z obcych uli potrafią przylecieć do innego ula i wykraść miód). Czy królowa w ogóle wychodzi z ula? Tak, ale tylko raz w swoim około 5-6 letnim życiu. Królowa wylatuje po to, żeby zostać zapłodnioną. Kolejne lata spędza w ulu. W drugim roku życia pszczela matka może złożyć nawet... 2000 jaj dziennie.


Ile żyją pszczoły?

czwartek, 21 czerwca 2018

Fasolka szparagowa, czyli lunch w kwadrans

Kiedy kończą się szparagi na pocieszenie pojawiaja się ona - dwukolorowa fasolka szparagowa. Można ją gotować, smażyć i zapiekać. My wrzuciliśmy ją do lunchboxa. 



Jak gotować fasolkę szparagową?

To proste. Weź garnek, zagotuj w nim wodę i dodaj tyle soli, żeby smakowała jak woda morska. Tak, trzeba będzie spróbować. Wrzuć fasolkę (ja obcinam końcówki, ale nie jest to konieczne) i gotuj około 10 minut. Ja lubię fasolkę al dente, taką którą stawia opór. Jeśli wolisz fasolkę mięciutką jak makaron z rosołu, zostaw ją we wrzątku na kolejne 2 minuty. Potem przelej lodowatą wodą (jeśli chcesz, żeby pozostała chrupka) i już.

Fasolki i szparagi owinięte w pieczone liście i skropione olejem były jedną z przystawek w restauracji Water&Wine. Zachwyciłam się tym, jak wspaniale smakuje prostota. Przecież warzywa i olej to coś, co mamy na wyciągnięcie ręki, co nie wymaga jakichś kuchennych akrobacji. Czasem te najprostsze rozwiązania są najgenialniejsze w smaku.

Naszą fasolkę w dwóch kolorach skropiliśmy olejem rzepakowym tłoczonym na zimno, posypaliśmy odrobiną sera pleśniniowego i hojną ilością orzechów włoskich. Wszystko włożyliśmy do lunchboxa i zabraliśmy do pracy. Prościej i lepiej się chyba nie da.


Czas przygotowania: 15 minut

Składniki:
100 g fasolki zielonej
100 g fasolki białej
2 łyżki sera pleśniowego
3 łyżki orzechów włoskich
2 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno

1. Fasolkę dokładnie myjemy i możemy uciąć im końcówki.
2. W garnku zagotowujemy wodę i solimy tak, by smakowała jak woda morska.
3. Wrzucamy fasolkę i gotujemy na małym ogniu, aż będzie al dente (około 10 minut).
4. Przelewamy fasolkę zimną wodą.
5. Odcedzamy dokładnie.
6. Fasolkę skrapiamy olejem, posypujemy orzechami i serem.

niedziela, 17 czerwca 2018

Skąd się biorą jabłka w sklepie?

Kiedy robię szarlotkę albo prażę jabłka do owsianki  nie zadaję sobie pytania skąd one się w zasadzie wzięły, kto je zerwał, jak przyjechały do sklepu. Dzięki wizycie w gospodarstwie sadowniczym Marka Szymaniaka i jego żony mogę Wam pokazać, jak wygląda "jabłkowa droga".


Jabłonki niewiele wyższe od koszykarza posadzone są dość gęsto, bo co 1 metr. Każda z nich obsypana jest malutkimi jabłuszkami. Pod jabłkonkami ścielą się malutkie zielone spady, czyli jabłka które nigdy nie dojrzeją. Tak wygląda sad w połowie czerwca. Ale sezon zaczyna się tutaj wczesną wiosną.



W kwietniu sad wygląda przepięknie. Małe biało-różowe kwiatki są obietnicą dorodnych jabłek we wrześniu. Kwiecień i wczesna wiosna lubią zaskakiwać przymrozkami. Jabłoni nie otula się włókniną. Sposobem na ochronę kwiatów jest... spryskanie ich wodą. Niska temperatura zamienia wodę w lód, który otula kwiaty. Kwiaty pokryte lodem nie opadają. Dzięki temu przymrozki nie muszą skończyć się klęską nieurodzaju. To było dla mnie zaskakujące, że lód chroni kwiaty.


W maju i czerwcu drzewa odciąża się strącając najsłabsze owoce. Dzięki temu te, które są na drzewie mają szansę urosnąć i pięknie się wybarwić. Wybarwianie się jest bardzo ważne. Ludzie chcą kupować jabłka jednokolorowe -- mniej chętnie sięgają po jabłka, które z jednej strony są zielone, a z drugiej czerwone. Sadownicy starają się, by wszystkie jabłka soczyście czerwone lub zielone.

sobota, 9 czerwca 2018

Wiosenny ogród Water&Wine

Ogrody lubię raczej podziwiać niż się nimi zajmować. Jest jednak jeden ogród pośrodku którego mogłabym zamieszkać – to ogród ze wspaniałą restauracją.


fot. Maciej Stankiewicz

Water&Wine to miejsce tuż obok Nałęczowa stworzone przez Cisowiankę. Byliśmy tam na wiosnę tylko raz – dwa lata temu. O naszej ówczesnej wizycie możecie przeczytać w tym tekście. W tym roku pojechałam tam ponownie. Nie sama, oczywiście! Były wszystkie Damy W&W – Magda, Maia, Agata, Sylwia, Kasia, Agata i nasz ulubiony fotograf Maciej Stankiewicz. To właśnie jego zdjęcia możecie podziwiać. 

fot. Maciej Stankiewicz

Na miejscu przywitał nas srebrny water bar mieniący się w słońcu. Był to prawdziwy water truck! W nim zjawiskowa Ewelina, która jest kwintesencją kelnerki – rzeczowa, sympatyczna, doskonale znająca wszystkie składniki, słuchająca. Lampka idealnie schłodzonego szampana, domowe chorizo, karczek, półgęsek, sery z Mlecznej Drogi, kimchi i fermentowane marchewki. Tyle wystarczyło, żebyśmy wszyscy poczuli odprężający powiew lata. Uwierzcie, inaczej pije się szampana patrząc na piękną winnicę! Jest w tym coś hollywoodzkiego i sybarytycznego. Po prostu, wszystkie czułyśmy się na swoim miejscu.

fot. Maciej Stankiewicz

fot. Maciej Stankiewicz

piątek, 8 czerwca 2018

O jeden kawałek za dużo

Kiedy w czwartkowe południe wybieraliśmy się na rodzinny spacer nad Wisłę mieliśmy mnóstwo planów. Jeden kawałek ciasta przekreślił je wszystkie.

Gdyby czas można było modyfikować tak łatwo jak zdjęcia i po prostu wyciąć to ciasto... Zdjęcie zrobiłam 31.05.

Milczymy od ponad tygodnia. Nie ma nas na blogu, nie ma na Facebooku i Instagramie. Od ponad tygodnia walczymy z czymś, czego się zupełnie nie spodziewaliśmy.

Mam chwilę. Robię kubek ciepłej herbaty. W końcu odkrywam jakim przywilejem jest ciepła herbata... Przez ostatni tydzień ciepła herbata tylko wzmagała ból. Dzisiaj już mogę poczuć to kojące uczcie kiedy ciepła herbata powolutku dociera do każdej komórki twego ciała.

Długi weekend miał być taki wspaniały - kawa nad Wisłą, działka u przyjaciół, spotkanie z tymi, którzy mieszkają na końcu świata a przyjechali na moment, spotkanie z tą, którą kochamy a która właśnie wyjeżdża pomagać ludziom w Afryce, chrześniaki, dawno nie widziani przyjaciele. W końcu mieliśmy cztery naprawdę wolne dni.

Dzieci jednak namówiły nas na spacer nad Wisłą. I kawałek pięknie zielonego ciasta Wimbledon z serkiem mascarpone. Było pyszne, jak zwykle. Nad Wisłą było tak beztrosko i radośnie. Niby wolny dzień, a jednak całkiem pusto. Ospałe i rozleniwione miasto obiecywało odpoczynek.

Wieczorem córka bardzo źle się poczuła. Naiwnie myślałam, że to przez tę wodę gazowaną, której nigdy nie pijemy. Ale tak chciała jej spróbować, że nie miałam serca jej odmówić. Chwilę później ja poczułam, że ta woda wzięła też mnie.

Potem to już nie pamiętam niczego aż do sobotniego poranka. Nieprzytomne ścieżki wydeptywane między łazienką i kanapą. Najgorsze uczucie - kiedy jesteś tak słaba, że nie masz siły wstać i pomóc dzieciom. Chociaż słyszysz, że jest im trudno. Nie wiesz czy jest noc czy dzień, po omacku szukasz kolejnej butelki wody do której wsypujesz resztki elektrolitów z domowej apteczki. W przebłysku świadomości łapiesz za telefon i nagrywasz wiadomość z prośbą o pomoc. Budzisz się w dzień, który okazuje się sobotą. Woda, próby sprzątania, dzieci, woda z cytryną, lekarz. Byle nie zabrali nas wszystkich, mówisz sobie w myślach. Lekarzowi sugerujesz rotawirusa. Ona śmieje się w żywe oczy pytając czy przypadkiem nie byliśmy w jakiejś kawiarni. Byliśmy, tak, ale może to jednak wirus. Tak to się przecież panoszy. Lekarz daje skierowanie do szpitala jako wskazanie wpisując "salmonella". Na odchodne rzuca, że mówią o nas już w radio.

Minął ponad tydzień. Powoli wychodzimy na prostą. Ostatnie osiem dni ktoś nam wyciął z życia jak puzzel, który na siłę próbował włożyć do innego kalendarza niż nasz. Dostaliśmy tyle wsparcia od rodziny i przyjaciół ile tylko moglibyśmy unieść. Dostaliśmy też smsem link do przeprosin. Jak się naprawdę choruje to się nie ma siły na fejsa.

„Czy w tym roku będzie jeszcze Dzień Dziecka?” zapytał mój syn. „Nie mieliśmy przecież Dnia Dziecka!” Będziemy mieli najlepszy dzień dziecka. Jeszcze będziemy go mieli...

czwartek, 31 maja 2018

Naleśnikowy makaron z pesto i mozzarellą - lunchbox w 30 minut

Lunchbox i śniadaniówka to temat rzeka. Nie dość, że samo pudełko musi być ładne to jeszcze jego zawartość powinna wywołać nagłą chęć zjedzenia wszystkiego. Co można tam wrzucić poza starą dobrą kanapką?


Od pewnego czasu zauważyliśmy powtarzające się reklamacje zawartości śniadaniówki - kanapka miała nie taką bułkę jak trzeba, masło było nierówno rozsmarowane, wędlina zupełnie obrzydliwa, a warzywa to oczywiście zupełna pomyłka. Kiedy po raz kolejny obserwowałam kanapkę, która cały dzień przeleżała w plecaku zrobiło mi się naprawdę źle. Nie tylko dlatego, że moje prywatne no waste właśnie stało się prawdziwym waste. Zrozumiałam, że robię nudne jedzenie. Wzięłam kartkę, długopis (bo te analogowe zabawki ciągle lepiej na mnie działają niż notatnik w telefonie) i spisałam wszystko, co lubią nasze dzieci.

Lista produktów i ulubionych składników była o tyle zawiła, że każde z naszych dzieci lubi troszeczkę co innego: córka zajada się ogórkami ale tylko kiszonymi; syn nie znosi kiszonych, ale konserwowe i świeże je kilogramami. Dlatego lawirując między ogórkami w różnych formach trafiłam na pomidory. Pomidory pasują wszystkim. Lubią się też z mozzarellą i naturalnym domowym pesto z bazylii. W wersji 5-minutowej zrobiłabym je z makaronem. Wiedziałam, że makaron też stanie się waste. Dlatego usmażyliśmy dwa naleśniki i zrobiliśmy z nich naleśnikowy makaron. Wyszedł cudownie wiosenny lunchbox. Łączy smaki tego, co właśnie dojrzewa w ogrodzie Water & Wine w którym ostatnio byłam (możecie o nim przeczytać tutaj). Jest też zupełnie dobry dla dorosłych, którzy mogą w pracy wyciągnąć kolorowe pudełko i chociaż raz zjeść zbilansowany posiłek.



Czas przygotowania: 30 minut

Składniki na 1 pudełko:
8 pomidorków koktajlowych
1/2 kulki mozzarelli lub 6 małych kulek

pesto:
1 ząbek czosnku
5 łyżek oliwy z oliwek
1 łyżka płatków migdałowych
szczypta soli
garść liści bazylii

naleśniki: 
1 jajko
1/2 szklanki mąki
szczypta soli
1/2 szklanki mleka
1/4 szklanki wody gazowanej 

środa, 30 maja 2018

5 kroków do idealnego COLD BREW

Fala upałów to dla jednych piekło i katorga, a dla innych szansa na bezkarne cieszenie się zimną kawą. Najlepsza kawa na zimno to zdecydowanie cold brew. 


Wszyscy dobrze znamy frappucino - kawowy napój z dużą ilością mleka i zmiksowanego lodu. Niektórzy pijają espresso na lodzie czy kawę z lodami. Dlaczego zatem twierdzę, że najlepsze jest cold brew? Dlatego, że cold brew to po prostu kawa zaparzona na zimno. Nie ma w niej żadnej dodatkowej wody, która sprawia że zamiast mocnej kawy pijesz zwyczajną zimną lurę. Poza tym, cold brew to kawa idealna dla leniuchów. Można w lodówce "zaparzyć" wielki słoik kawy i cieszyć się nią przez kolejne dni. Niektórzy twierdzą, że cold brew można spokojnie przechowywać w lodówce przez tydzień. Jak zrobić idealne cold brew?

1. Dobre ziarna kawy

Kawa w cold brew to podstawa. Słaba kawa (tzn. kwaśna i płaska w smaku) da nam kwaśne i płaskie w smaku cold brew. Będzie dobre do mieszania z lodami, bo wtedy chodzi o lody, a nie kawę. Jeśli chcesz pić dobrą kawę, kup dobre ziarna. Można oczywiście poszaleć z jednorodnymi kawami z dobrych palarni. Takie są najlepsze i najciekawsze. Jeśli jednak ktoś nie chce wydawać fortuny na kawę na zimno może kupić porządną kawę w supermarkecie. Ale musi być droższa i najlepiej w ziarnach. Dlaczego?

2. Dobre mielenie

Dobrze zmielona kawa w tym wypadku nie oznacza kawy zmielonej drobno. Taka drobno zmielona kawa da nam kwaśne cold brew, które będzie mętne (trudno ją dobrze przefiltrować). Warto więc samodzielnie zmielić kawę tak, by miała grubą strukturę. Jeśli kupujecie ziarna w sieciowym sklepie to poproście o grube zmielenie. 

3. Dobra woda

Z pewnością najlepsze cold brew wychodzi na łzach jednorożca. Jeśli jednak nie możecie ich znaleźć to po prostu użyjcie dobrej wody. Przegotujcie wodę, schłodźcie ją i wtedy zalejcie nią kawę.

4. Dobre propocje

Na 250 ml wody używamy 30 g kawy. Na 1 l wody użyjemy 120 g kawy. Kawę wsypujemy do szklanek butelki lub słoika, zalewamy przegotowaną wodą. Zakręcamy i wstawiamy do lodówki najlepiej na 24 godziny. 

5. Dobre odfiltrowanie

Jeśli chcemy, żeby nasze cold brew było odświeżajace musimy o nie zadbać. Po 24 godzinach powolnej ekstrakcji trzeba je wolno przepuścić przez gazę. Wolno! Gazę nakładamy na sitko i wolniutko przelewamy kawę do szklanego naczynia. Nie wyciskamy tego, co zostanie. Po prostu pozwalamy kawie spokojnie pozbyć się mielonych ziaren. Przefiltrowaną kawę możemy przechowywać w lodówce w szczelnie zamkniętym słoiku nawet tydzień. Szczelne zamknięcie jest ważne, bo kawa jest kochliwa i przyciąga do siebie inne zapachy. Gotowe cold brew pysznie smakuje z odrobiną mleka/syropu kokosowego. Dobre jest też takie, jakie jest! Prosto z lodówki!

poniedziałek, 21 maja 2018

Sałatka makaronowa z fenkułem i ricottą

Jakie to szczęście móc w zupełnie zabieganym dniu wyciągnąć z torby magiczny pojemnik po brzegi wypełniony smakiem. Jakie to cudowne, że jego przygotowanie zajmuje mniej czasu niż zjedzenie go.


Znacie ten moment w ciągu dnia, kiedy skrzynka mailowa i telefon wariują, kiedy cały świat zależy od Twojej natychmiatowej odpowiedzi na czasem zupełnie trywialne pytania? Wtedy zwykle nie myślimy o jedzeniu. Przychodzi jednak moment w którym orientujemy się, że poza dwiema zimnymi kawami nie spotkało naszego brzucha nic przyjemnego. Mamy dla Was przepis na cudowny makaronowy lunch do pracy - z fenkułem, porem i ricottą. Jest świeżo, prosto, wiosennie i lekko. Wszystkie te smaki idealnie oddają to, co teraz dzieje się w polskich ogrodach i w przyrestauracynym ogrodzie Water&Wine. Świeże zioła, młode pędy, listki, nowe rozdanie i dużo świeżej energii. Wiosno, trwaj!


Czas przygotowania: 15 minut

Składniki:
80 g makaronu muszelki
1 łyżka oliwy z oliwek
1 fenkuł
5 cm pora (białej części)
1 łyżka soku z cytryny
1/2 łyżeczki miodu
100 g świeżej ricotty lub świeżego tłustego twarogu 
liście bazylii
świeży pieprz

1. Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu.

2. W czasie, gdy gotujemy makaron przygotowujemy warzywa. Fenkuł przekrawamy na pół, wycinamy kłąb i kroimy w plasterki. Pora kroimy w półplasterki.

3. Na patelni rozgrzewamy oliwę, dodajemy pora, fenkuł, sok z cytryny. Smażymy około 3-4 minut mieszając. Na końcu dodajemy szczyptę soli i miód. Dokładnie mieszamy.

4. Makaron odcedzamy i mieszamy z warzywami na patelni.

5. Ostudzony makaron i warzywa przekładamy do pojemnika. Dodajemy ricottę/twaróg, posypujemy posiekanymi liśćmi bazylii i oprószamy świeżym pieprzem.

sobota, 12 maja 2018

Gadżet kuchenny, który musisz mieć

Kiedy mówię komuś, że bez tego nie wyobrażam sobie życia w kuchni zwykle patrzy na mnie mocno podejrzliwie. Potem robi wielki test i kupuje dwa rozmiary. Oto nasz ulubiony kuchenny gadżet  - łyżka do lodów zwana gałkownicą.

Nie lubimy gadżetów, które mają jedno zastosowanie. Idealnym przykładem takiego trochę bezsensownego przydasia jest obieraczka do szparagów, którą kupiliśmy dawno temu. Działa gorzej niż zwykła i się ciągle zacina. Jej jedynym plusem jest to, że dała nam niezłą nauczkę – jak coś kupujesz to kupuj sensownie! 



Łyżka do lodów w naszej kuchni występuje w dwóch rozmiarach. Dlaczego? Każdy rozmiar służy do czegoś zupełnie innego. 

Większą po prostu 
- nakładamy lody, 
- porcjujemy masę do muffinów
- robimy idealnie równe pancakes
- i racuchy
- i ciastka
- i kluski śląskie
- i puree ziemniaczane. 

To właśnie dzięki łyżce do lodów wszystkie babeczki i ciasteczka mają taki sam rozmiar. Używamy też jej do robienia klusek śląskich – wychodzą równiusieńkie. Czasami też nakładamy nią puree ziemniaczane – bo naszym dzieciom takie kulki smakują bardziej. 

Mniejsza łyżka do lodów służy do robienia 
- małych klusek leniwych
- klopsików
- mniejszych ciasteczek
- porcjowania melona i arbuza
- masła

Czasem porcjujemy nią masło – takie maślane kulki wyglądają pięknie. Mała łyżka ma też jedno Bardzo Ważne Zastosowanie. Robimy nią placki w kształcie głowy myszki miki – dwie porcje ciasta na sam środek (one utworzą głowę), a potem jedna po prawej i druga po lewej stworzą uszy. 


Jak wybrać dobrą gałkownicę do lodów?

Łyżka musi być wykonana ze stali nierdzewnej i mieć dłuższy uchwyt. Koniecznie musi mieć też mechanizm, który uwalnia zawartość łyżki. Warto zwrócić uwagę na objętość – my mamy łyżkę o pojemności 1/24 l (czyli ok. 40 ml) i 1/70 l (15 ml). Jeśli szukacie łyżki do dużych ciasteczek, muffinów, klusek i lodów to wielkości zbliżone do 1/24 l będą idealne. Masło, melona i arbuza lepiej porcjuje się mniejszymi gałkownicami. 

Gdzie można je kupić? 

Najtańsze gałkownice mają słabe mechanizmy i mogą się szybko uszkodzić. Dlatego najlepiej kupić taki gadżet w sklepie z zaopatrzeniem gastronomii i zapytać o możliwość ewentualnej reklamacji. Bogatą ofertę gałkownic ma ten sklep (klik!) i ten (klik!). 


środa, 9 maja 2018

Hummus idealny - 3 sekretne składniki

Hummus to taki nowy twaróg. Można go dostać chyba wszędzie i każdy ma swoje ulubione dodatki. Jednak, bez porządnej podstawy dobry hummus nie istnieje. Jakie są te 3 magiczne składniki?


1. Soda 

Po obejrzeniu kilku odcinków programu z Magdą Gessler większość ludzi doskonale wie, że sody do gotowania ziemniaków się nie dodaje. Jednak ciecierzyca to inna historia. Przyznam, że najlepsze hummusy jakie jadłam były robione z suchej ciecierzycy. Takiej, która była namoczona na kilka godzin, a potem ugotowana. Problem? Skórka, którą czuć nawet po zmiksowaniu. Rozwiązanie? Szczypta sody. Na 400 g ciecierzycy wystarczy 1/2 łyżeczki sody, którą dodajemy już do wody do moczenia. 

Ciecierzycę gotujemy z sodą do miękkości i tym razem musi być to miękkość bezwzględna. Soda zmienia pH wody i dzięki temu lepiej sobie radzi ze skorupką. Taka mała ilość sody pomoże nam uzyskać idealnie gładki hummus, ale nie będzie jej czuć na języku.

2. Magiczna mieszanka przypraw 

Dobry hummus musi być chociaż delikatnie przyprawiony. Zwykle dodajemy do niego czosnek, sól i kumin. Czasem za'tar. Jednak najlepszy hummus jaki jedliśmy miał w składzie: kmin, ziarna kolendry, czarnuszkę i koper włoski. Wystarczy zemleć w młynku lub utrzeć w moździeżu 2 łyżeczki kuminu (czyli kminu rzymskiego), 1 łyżeczkę ziaren kolendry, 1/4 łyżeczki czarnuszki i 1/4 łyżeczki kopru włoskiego. Jeśli nie chce Wam się kupować tych przypraw oddzielnie to bardzo dobrze w hummusie sprawdza się ekologiczna mieszanka do dań wegetariańskich z Darów Natury.


3. Olej sezamowy i dobre tahini

Olej sezamowy dodany do hummusu pod koniec blendowania dodaje mu niesamowitej głębi. Nagle okazuje się, że hummus nie jest tylko miłym gospodarzem dla wszystkich dodatków, ale gra pierwsze skrzypce.

Tahini to inaczej pasta sezamowa. Im lepsza pasta sezamowa, tym lepszy hummus. Tahina musi być bez problemu wyczuwalna w hummusie. Dlatego warto kupić jakąś porządną - nasza ulubiona to Maslove. 200 g tahini dodajemy do 400 g ugotowanej ciecierzycy. Wydaje się, że to bardzo dużo? Spróbujcie dodać mniej i przekonacie się, że tahina ma znaczenie.


Wersja dla zapracowanych mówi o hummusie z ciecierzycy z puszki. Zdarzało nam się robić i jeść taki hummus. Zdecydowanie nie jest idealny. Chociaż w mocno zapracowane popołudnie ratował nas przed śmiercią głodową.



Czas przygotowania: 20 minut
Czas oczekiwania: 9 godzin

Składniki:
400 g ciecierzycy
200 g tahini
1/2 szklanki wody
3 ząbki czosnku
4 łyżki soku z cytryny
2 łyżeczki kuminu
1 łyżeczka ziaren kolendry
1/4 łyżeczki czarnuszki
1/4 łyżeczki kopru włoskiego
sól
3 łyżki oleju sezamowego 
5 łyżek oliwy z oliwek

1. Ciecierzycę wrzucamy do garnka i zalewamy wodą tak, by było jej dwa razy więcej niż ciecierzycy. Dodajemy sodę. Mieszamy. Odstawiamy na 8 godzin.

2. Na małym ogniu gotujemy ciecierzycę do miękkości (musi być bardzo miękka).

3. Do misy blendera wrzucamy ciecierzycę, dodajemy tahini, wodę, zmiażdżone ząbki czosnku, sok z cytryny, przyprawy i szczyptę soli. Miksujemy do uzyskania gładkiej masy. Wersja dla użytkowników TM: miksujemy na prędkości 10 przez 1 minutę.

4. Do hummusu dodajemy olej sezamowy i miksujemy jeszcze chwilę. Użytkownicy TM: obroty 7, czas 10 sekund.

5. Gotowy hummus przekładamy do naczynia i skrapiamy oliwą z oliwek. Przechowujemy w lodówce. Podajemy z granatem, kolendrą i pitą. Albo łyżeczką.



sobota, 5 maja 2018

Brak Ci pomysłu na lunch do pracy? Ta książka Ci pomoże

To nie jest kolejna książka z propozycjami na lunch, które przerażą Cię ilością nieznanych składników. To książka dla tych, którzy lubią gotować po swojemu. 


Dominika Wójciak po swoim mocnym występie w MasterChefie ciągle tworzy. Jej poprzednie książki Warzywo, Sezonowe Warzywo i Ziarno pokazały, że nieznane warzywa i zupełnie codzienne ziarna mogą być składnikiem cudownych dań. Prosto, pysznie, do pudełka to książka nieco inna. Ma jeden cel: pokazać, że robienie lunchu do pracy może być przyjemnością, przygodą i czymś bardzo ekscytującym.



Książka podzielona jest na rozdziały wprowadzające nieco uporządkowania w codzienny rytuał przygotowania posiłków - jak planować, jak i gdzie robić zakupy, jak przechowywać produkty, żeby się nie psuły. Następnie Dominika opisuje pudełkowe "evergreeny". Hummusy, koktajle, sałatki, makarony, sosy. Prawie każdy rozdział opatrzony jest tabelką - schematem komponowania dania danego typu. Dla przykładu, mamy kilka składników warzywnych pasujących do ziemniaków, kilka sosów, ziaren. Możemy to dowolnie łączyć. Dzięki temu pudełko to nie idealne odzwierciedelenie jakiegoś przepisu, ale ucieleśnienie naszych własnych potrzeb (lub zawartości lodówki i szafek kuchennych). Tabelka dotycząca hummusu pokazje jak można łączyć hummus z ziarnami (np. makaronem), warzywami, zieleniną i dodatkami tak, by był to pełnowartościowy posiłek.
Ci, którzy lubią jasne wskazówki mogą skorzystać z rozdziałów sugerujących konkretne zestawy wykorzystujące wiosenne czy zimowe warzywa. Świetna opcja w dniu w którym naprawdę nie masz siły myśleć.


Jedna rzecz mocno mnie uderzyła. Autorka raz po raz zadaje pytanie o którym często zapominamy - gdzie będziemy jeść nasze drugie śniadanie. Inaczej przygotowuje się śniadaniówkę do biura w którym mamy stół i kwadrans na posiłek, a inaczej komponuje się lunch "w biegu". Dzięki wskazówkom Dominiki ostatnio wzbogaciłam koktajl dzieciaków płatkami owsianymi. Zwykle szklanka koktajlu była dla nich dodatkiem do drugiego śniadania. Ostatnio do mieszanki mango, jogurtu i kardamonu dorzuciłam 2 łyżki płatków owsianych. Dzieciaki były zachwycone. Koktajl był pyszny, syty i można było go wypić/zjeść na tyle szybko, że zdażyły jeszcze pobawić się na przerwie na podwórku szkolnym.

Dla kogo jest ta książka? 

Prosto, pysznie, do pudełka to książka dla tych, którzy znudzeni są kanapkami. To książka dla tych, którzy lubią warzywa i kasze i mogą spokojnie obejść się bez mięsa. To książka dla tych, którzy lubią wybór, którzy lubią sami decydować o czym jedzą, ale czasem brakuje im czasu na planowanie i kombinowanie. W końcu, jest to książka dla rodziców, którzy chcą urozmaicić śniadaniówki swoich dzieci. Tak, nasze dzieci polubiły hummus i tak, hummus z kaszą i blanszowaną marchewką to dla nich wspaniała opcja na drugie śniadanie. Jest tym fajniejsza, że sami mogą w książce zaznaczyć, które składniki chcą widzieć w swojej śniadaniówce. Dzięki książce Dominiki (która opatrzona jest pięknymi fotografiami) nasze śniadaniówki nabrały rumieńców!

Prosto, pysznie, do pudełka
Dominika Wójciak
wyd. Pascal





wtorek, 1 maja 2018

Porchetta z grilla wg. Jakuba Steuermarka

Kawał boczku z grilla mocno nafaszerowany warzywami i ziołami to danie, które zachwyci każdego miłośnika wieprzowiny. 


Sezon grillowy rozpoczął się na dobre. Królują kiełbasy, hambugery, kaszanki (takie w kapuście kiszonej to sztos!). Czasem na grilla trafiają warzywa, chleb z mozzarellą, ryby. Jednak Jakub Steuermark podczas warsztatów grillowych zorganizowanych przez Tesco pokazał nam rewelacyjny przepis na porchettę. Kawałek boczku wypełnił plastrami fenkułu (czyli włoskiego kopru), porów, chilli, rodzynek i ziół. Wszystko upiekł tak, by skóra była idealnie chrupka, a środek wilgotny i delikatnie słodki. Potem plastry porchetty wrzucił na ruszt. Nabrała niesamowitej chrupkości.

Porchetta to danie idealne! Po pierwsze, można i trzeba przygotować je dzień wcześniej w domu. Zatem grill to kwestia paru minut. Po drugie, jest tak dobre, że można je przygotować w wersji "prosto z piekarnika". Może być zatem daniem popisowym i na grilla i na rodzinny obiad. Wystarczy podać ją ze świeżym pieczywem lub pieczonymi ziemniakami i warzywami. 

Za przepis i zdjęcia dziękujemy organizatorowi niesamowitych warsztatów - Tesco. 


Składniki: 

1 boczek wieprzowy ze skórą i bez żeber 
200 ml czerwonego wina słodkiego 
2 papryczki chili 
1 fenkuł 
2 cytryny (skórka i sok) 
2 czerwone cebule 
1 zestaw włoszczyzny 
oliwa z oliwek
garść rodzynek 
garść liści szałwii 
garść liści mięty 
sól 

siatka wędzarnicza lub sznurek masarski


Przygotowanie (na dzień przed grillem): 
1. Boczek rozetnij od wewnątrz, tak aby rozciąć dwa płaty mięsa i rozłożyć je na boki.

2. Mięso skrop winem, sokiem z cytryny i rozłóż wewnątrz mięsa liście szałwii, mięty, pociętą w piórka cebulę, fenkuł oraz papryczki chili.

3. Dodaj rodzynki i skórkę z cytryn.

4. Całość zawiń i włóż do siatki wędzarniczej lub zepnij sznurkiem jak baleron.

5. Włoszczyznę potnij i ułóż na blasze, skórę boczku lekko skrop oliwą i posyp obficie solą.

6. Ułóż na warzywach i wstaw do pieca nagrzanego na 200 stopni.

7.  Po około 45 minutach zmniejsz temperaturę do 160 stopni i piecz kolejne 45 minut.

8. Wyłącz piekarnik i wystudź porchettę nie wyciągając jej z piekarnika.

9. Ostudzone mięso wyciągnij, zdejmij sznurek, wstaw do lodówki.

10. Sos z warzywami odciśnij i zachowaj płyn. Wstaw do lodówki.

11. Następnego dnia pokrój plastry porchetty i grilluj na dużym ogniu.

12. Z zachowanego płynu zdejmij tłuszcz i podgrzej w małym rondlu obok na grillu.

13. Podawaj grillowane plastry porchetty z własnym sosem.