sobota, 9 czerwca 2018

Wiosenny ogród Water&Wine

Ogrody lubię raczej podziwiać niż się nimi zajmować. Jest jednak jeden ogród pośrodku którego mogłabym zamieszkać – to ogród ze wspaniałą restauracją.


fot. Maciej Stankiewicz

Water&Wine to miejsce tuż obok Nałęczowa stworzone przez Cisowiankę. Byliśmy tam na wiosnę tylko raz – dwa lata temu. O naszej ówczesnej wizycie możecie przeczytać w tym tekście. W tym roku pojechałam tam ponownie. Nie sama, oczywiście! Były wszystkie Damy W&W – Magda, Maia, Agata, Sylwia, Kasia, Agata i nasz ulubiony fotograf Maciej Stankiewicz. To właśnie jego zdjęcia możecie podziwiać. 

fot. Maciej Stankiewicz

Na miejscu przywitał nas srebrny water bar mieniący się w słońcu. Był to prawdziwy water truck! W nim zjawiskowa Ewelina, która jest kwintesencją kelnerki – rzeczowa, sympatyczna, doskonale znająca wszystkie składniki, słuchająca. Lampka idealnie schłodzonego szampana, domowe chorizo, karczek, półgęsek, sery z Mlecznej Drogi, kimchi i fermentowane marchewki. Tyle wystarczyło, żebyśmy wszyscy poczuli odprężający powiew lata. Uwierzcie, inaczej pije się szampana patrząc na piękną winnicę! Jest w tym coś hollywoodzkiego i sybarytycznego. Po prostu, wszystkie czułyśmy się na swoim miejscu.

fot. Maciej Stankiewicz

fot. Maciej Stankiewicz
Potem zdecydowałyśmy, że dość tego oddawania się przyjemnościom. Należy zażyć pracy. W zwiewnych sukienkach poszłyśmy na pole. Poskubałyśmy sobie truskawek prosto z krzaczka, zerwałyśmy kwiaty bzu, znalazłyśmy szczawik zajęczy i kilka ziół.

fot. Maciej Stankiewicz
fot. Maciej Stankiewicz
fot. Maciej Stankiewicz
Potem wróciliśmy wspólnie do restauracji. Nie było to jednak to samo miejsce, które możecie obejrzeć w innych naszych relacjach. W Water and Wine stanął zupełnie nowy budynek – Chef’s Table. Jest tam miejsce dla ośmiorga gości, szefa kuchni Marka Flisińskiego, jego sous-szefa Kamila Raczyńskiego i Michała …. Goście są zaproszeni, by wspólnie z kucharzami tworzyć swoje dania. Ja miałam tym razem ogromnie odpowiedzialną rolę - musiałam obrać 30 białych szparagów.

fot. Maciej Stankiewicz

Teraz przechodzimy do sedna: menu!

Kiedy usiadłyśmy do stołu zostałyśmy poczęstowane wodą z syfonu z Cisowianką perlage, domowym kompotem truskawkowym i kwiatami róży. To było po prostu pięknie.

fot. Maciej Stankiewicz

Rozpoczęliśmy zupełnie niewinnie od szparagów grillowanych z kwiatem soli podanych z miętowym majonezem. To danie jest dla mnie niezwykle zmysłowe, bo koniecznie trzeba je jeść palcami. Poza tym, ten sznureczek oplatający zielone zawiniątka wygląda jakby strzegł największego skarbu. Na mnie działają takie sztuczki szefów kuchni i mam ogromną radość z każdego przecinania, rozrywania, dolewania.

fot. Maciej Stankiewicz


Potem przyszło kolejne dzieło sztuki na talerzu – kwiaty czarnego bzu w tempurze z syropem z kwiatów czarnego bzu i pudrem z kwiatów czarnego bzu. To było chrupiące, nieco ostre i kwaśne. Tak piękne, że szkoda było jeść!

Chwilę później na stole pojawił się chleb. Dla mnie – osoby uzależnionej od dobrego chleba na zakwasie to zawsze najważniejszy moment. Chleb z płaskurką i pszenno-żytni we francuskim stylu ze skórką tak chrupiącą, że rozpadała się na drobniutkie okruszki podane były ze świeżym ciągle ostrym w smaku olejem lnianym. Oczywiście, że kocham masło. Tym razem wszystkie dodatki niepotrzebnie odwracały uwagę od Króla Stołu.

fot. Maciej Stankiewicz

Czy jedliście kiedyś sałaciankę? To tradycyjna zupa z okolic Nałęczowa, która robi się z sałaty. Pieczona sałata i kwiaty szczypiorku to niezwykle kontrastowe połączenie – sałata wydaje się zachowacza, ale wtedy trafiasz na kwiat i czujesz, że jest ostro, intensywnie, nieco pieprznie.

fot. Maciej Stankiewicz

Moje białe szparagi wróciły do nas w niezwykłym daniu – zostały zgrillowane i podane w sosie z kiszonych szparagów z maślanką. W zestawieniu z sosem białe szparagi pierwszy raz w życiu wydały mi się słodkie, lekkie i niewinne. Sos był nie tylko piekielnie smaczny, ale pozwalał też na skosztowanie kolejnej kromki chleba.

fot. Maciej Stankiewicz

Nareszcie przyszła pora na danie główne! Były to pieczone młode korzenie z pure marchwiowym i wegańskim demi glace. Demi glace to klasycznie bardzo intensywny mięsny sos. Udało im się tak zestawić warzywa słodkie i wytrawne i tak je piec, że wyszedł cudowny sos, który zawładnął całym moim podniebieniem. Kubki smakowe szalały, bo to pure z marchewki było lekko słodkie, ale jednak coś tam w nim grało, warzywa były cudownie słodkie i nagle wszystko zostaje przewrócone do góry nogami przez sos. Mnie to danie zachwyciło. Przypomniało mi dzieciństwo, kiedy podczas niedzielnego obiadu mieszałam wszystkie składniki drugiego dania na papkę i dopiero czułam jak smakuje obiad.

fot. Maciej Stankiewicz

Potem przyszła pora na dwa desery oficjalne. Pierwszy to śliwka nałęczowska. To ukłon w stronę mamy szefa kuchni, która lata temu opracowała technologię produkcji śliwki nałęczowskiej do popularnych czekoladek „śliwka w czekoladzie”. Tutaj jest śliwka – miękka, intensywna w smaku, ciągnąca się jak świeża krówka i chrupiąca intensywna ciemna czekolada oprószona suszonymi malinami. Zjadłam tylko jedną. Naprawdę toczyłam wewnętrzną walkę, żeby którejś z dziewczyn nie capnąć kolejnej śliweczki.

fot. Maciej Stankiewicz

Deserem głównym z niespodzianką były lody szczawiowe ze szczawikiem zajęczym i … mrówkami. Mrówki smakują jak cytrusy – są lekko kwaskowate, mocno orzeźwiające, niektórym przypominają trawę cytrynową. Spróbowałam. Raczej nie będę próbowała tego w domu.

Po tym cudownym obiedzie zostałyśmy zaproszone do Water Baru, gdzie czekał imieniowy torcik dla Magd z pistacjami, czarną porzeczką i jadalnym złotem, które pięknie powiewało przy dźwiękach „sto lat”. Wzruszyłyśmy się bardzo!

Powiedzcie, kto by nie chciał zamieszkać w środku takiego ogrodu?

fot. Maciej Stankiewicz

2 komentarze:

Dziękujemy za odwiedziny!
M+A