piątek, 12 października 2018

Duńskie bułeczki z ogniska, czyli snobrød w praktyce

Ognisko zwykle kojarzy nam się z kiełbaską, pieczeniem chleba czy ziemniaków. W Danii na ognisku piecze się pszenne bułki oplecione wokół patyka. 


Z zakręconymi na patyk bułeczkami spotkaliśmy się po raz pierwszy podczas festiwalu Kulinarnego w Odense. Wielkie plastikowe pudełko wypełnione było surowym drożdżowym ciastem. Każdy mógł sobie wziąć patyk, trochę ciasta i zawinąć je wokół rzeczonego patyka. Potem ostrożnie trzeba patyk umieścić nad żarem (a nie ogiem) i czekać.

Pieczenie snobrød jest niesamowitym doświadczeniem. Patyk nie może dotykać ognia, bo ciasto się przypali i będzie niejadalne. Zbyt mały żar nie przypiecze ciasta i nici z bułeczki. Jest o co się starać. Mocno chrupiące i zapieczone z zewnątrz bułeczki są niesamowicie miękkie w środku. Są po prostu pyszne i naprawdę warto się z nimi trochę pogimnastykować. Z doświadczenia napiszę, że lepiej patyk trzymać w pozycji poziomej. W przeciwnym razie bułka spada i trawi ją ogień. Trzymanie ciasta nad zbyt małym żarem może sprawić, że zacznie brzydko wysychać lub co gorsza spływać z patyka (bo będzie ciepło, ale niewystarczająco, żeby ciasto upiec).

Do tej pory nie zauważyliśmy żadnych większych dodatków do snorebrod niż ketchup. Większość ludzi po prostu jadła gorące bułki prosto z patyka bez żadnych dodatków. Wydaje nam się, że odrobina solonego masła z czosnkiem byłaby idealna.



Czas przygotowania: 5 minut

Składniki:
1 ¼ szklanki wody
25 g świeżych drożdży
1 łyżka cukru
1 łyżeczka soli
½ kg mąki pszennej

1. Do miski kruszymy drożdże, dodajemy cukier i ciepłą wodę. Mieszamy i czekamy, aż drożdże ruszą.
2. Do drożdży dodajemy mąkę i sól. Wyrabiamy ciasto, aż będzie odchodziło od ręki.
3. Zostawiamy do wyrośnięcia na minimum pół godziny.
4. Odkrywamy kawałek ciasta, formujemy z niego wałek i zawijamy wokół patyka. Ciasto musi przykleić się do patyka.
5. Pieczemy nad żarem, aż będzie z zewnątrz zapieczone, a w środku upieczone (trzeba to delikatnie sprawdzić).



niedziela, 30 września 2018

Pieczona pita i warzywa, czyli ulubiona śniadaniówka naszych dzieci

Nigdy nie przyszło nam do głowy, że w taki prosty sposób możemy zachęcić dzieci do jedzenia warzyw. Ręce to słowo klucz.


Pewnego dnia dostaliśmy ze szkoły wiadomość. Nauczyciele prosili, żeby rodzice przyjrzeli się śniadaniówkom dzieci. Delikatnie sugerowali, że niektóre dzieci dostają rzeczy, których nie lubią i są przez cały dzień głodne. Zachęcali do rozmowy z dziećmi, sporządzenia listy ulubionych smaków i przygotowania takiej śniadaniówki, którą spokojnie można zjeść palcami. Wśród pomysłów był hummus z warzywami i serek. Poszliśmy za tym tropem. Zapakowaliśmy im do szkoły hummus, pokroiliśmy warzywa i dorzuciliśmy kilka pełnoziarnistych krakersów. Do domu wrócił hummus, który ewidentnie był słabym ogniwem śniadaniówki. Kilka dni później nie mieliśmy w lodówce prawie niczego oprócz światła. Wieczorem lał deszcz, więc naprawdę nie mieliśmy ochoty wychodzić po zakupy. Wtedy też upiekliśmy kawałki pity, bo dzieci lubią chrupiące pieczywo. Pokroiliśmy w paski warzywa (potem dowiedzieliśmy się, że tylko czerwona papryka jest jadalna). Do małego pojemniczka daliśmy serek typu philadephia. Adam sugerował dodatnie masła orzechowego lub tahiny. Tak byłoby pewnie smaczniej. Jednak jedno dziecko w klasie ma koszmarną alergię na orzeszki ziemne i nikt nawet nie próbuje ich przynosić do szkoły.

Popołudniu zobaczyliśmy puste śniadaniówki. Usłyszeliśmy też, że to było najlepsze drugie śniadanie. Bo super kolorowe, bo chrupało, bo można było bezkarnie oblizywać palce. Warzywami można się też było podzielić i wymieniać (zielona papryka za czerwoną...)

Nam w tej śniadaniówce najbardziej jednak smakowała pita. Jest inna niż zwykłe krakersy czy pieczywo ryżowe. Upieczona, doskonale nadaje się do serków, past, hummusów i świeżych warzyw. Nie mięknie tak łatwo, a to ogromna zaleta kiedy trzeba ją przechowywać z marchewkami i ogórkami. Warzywa koniecznie krojcie w cienkie paski lub małe kawałki. Ładniej wyglądają i dzieciom smakują znacznie bardziej niż np. pół marchewki. Takie paseczki łatwiej też zanurzyć w serku. Ze względu na dobro otoczenia nie próbujcie do śniadaniówek wkładać pieczonych buraków (zwykle spadają na jakieś jasne spodnie kolegi).

Wpis powstał we współpracy z Cisowianką i restauracją Water&Wine


Czas przygotowania: 20 minut

Składniki na 1 porcję:

1 pita
1 łyżka oliwy z oliwek
1 marchewka
1/2 papryki
1/2 ogórka świeżego
2 łyżki serka typu philadephia 
ew. 1 łyżeczka masła orzechowego lub tahiny

1. Pitę kroimy w trójkąty, smarujemy oliwą z oliwek i pieczemy ok. 5 minut w 200 stopniach Celsjusza.

2. Pitę studzimy.

3. Warzywa myjemy i kroimy w paseczki.

4. Jeśli możemy i chcemy, serek mieszamy z masłem orzechowym lub tahiną i przekładamy do pojemnika.

czwartek, 20 września 2018

Sałatka z pieczonym burakiem w miodzie i twarogiem

To jedna z naszych ulubionych sałatek do pracy. Łączy w sobie bardzo polskie smaki i jest niezwykle piękna. 

Czasem do pracy zabieramy to, co akurat mamy pod ręką. Są też tacy, którzy pudełka lunchowe traktują z ogromną uważnością i wieczorem długo przygotowują posiłek. Wieczorny rytuał lunchowy bardzo nam się podoba i kusi. Szczególnie teraz, kiedy mieszkamy w Danii. Tutaj większość pracowników na lunch je sałatkę lub kanapkę. Zazwyczaj przynosi ją z domu i widać, że zazwyczaj są to przemyślane pudełka hojnie wypełnione warzywami. Ponieważ zwykle przygotowujemy trzy śniadaniówki próbujemy połączyć smaki, które lubią wszyscy. U nas, szczęśliwie, wszyscy lubią pieczone buraki i twaróg. 

Tę sałątkę można spokojnie nazwać polską. Nie dlatego, że jest tak wszechobecna jak sałatka jarzynowa, ale ze względu na składniki. Pęczak, twaróg i pieczone buraki to przecież na wskroś nasze lokalne produkty, które bardzo się lubią na talerzu. Twaróg, a nie feta, sprawia że całość jest niezwykle delikatna, słodkawa i lekka. 

Twaróg zasługuje na oddzielny wpis. Jest to ser tak niezwykły i tak lubiący towarzystwo. Raz jest słodki, raz występuje w wersji słonej. Dokładnie pamiętam smak i kremową konsystencję twarogu z Mlecznej Drogi, który zaserwował nam szef kuchni restauracji Water&Wine. Do tego momentu zawsze wydawało mi się, że twaróg to po prostu taki biały ser. Szef Marek Flisiński pokazał, że dobry twaróg nie jest kwaśny, za to cudownie kremowy, tłusty i aromatyczny. Właśnie takiego twarogu poszukaj do sałatki. Nie zapomnij też upiec kilku buraków więcej. 


Czas przygotowania: 30 minut
Czas oczekiwania: 2 godziny

Składniki dla 2 osób:
150 g umytych liści szpinaku
200 g twarogu tłustego 
2 buraki
1/2 szklanki ziaren pęczaku
2 łyżki pestek z dyni
1 łyżka miodu
2 łyżki octu jabłkowego
6 łyżek oleju rzepakowego


1. Buraki myjemy, zawijamy w folię i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Pieczemy do miękkości, około godziny.

2. Pęczak wsypujemy do garnka, wlewamy 1 szklankę wody, dodajemy szczyptę soli i gotujemy na małym ogniu, aż kasza zmięknie. Pęczak studzimy.

3. Upieczone buraki obieramy, kroimy w kostkę.

4. W szklance mieszamy miód, ocet, olej, aż powstanie gęsty sos.

5. Sos mieszamy z burakami.

6. Do miski wrzucamy szpinak, pęczak, pokruszony twaróg, pestki z dyni. Dodajemy buraki w sosie. Wszystko delikatnie mieszamy.

piątek, 14 września 2018

Dlaczego na duńskich ulicach leży cynamon?

Pewnego dnia nasze dziecko wpadło rowerem na słup. Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie to że słup był cały w cynamonie. Pół chodnika wokół też. 


Cynamon widzieliśmy nie tylko wokół różnych słupów, ale też wokół ławek. O co chodzi? Czy cynamon jest aż tak tani, że trzeba go rozsypywać a może Duńczycy tak kochają jego zapach, że muszą go mieć wszędzie? Nie!

Wyobraż sobie, że masz 25 lat i nie masz żony albo męża. Spotykasz się z przyjaciółmi. Oni zamiast prezentów dzierżą w dłoniach torebki z cynamonem (w wersji delikatnej) lub białko jajka z cynamonem (w wersji hard). Przywiązują cię do słupa lub sadzają na ławce i zaczynają. Sypią na ciebie cynamon, a potem oblewają cię wodą. Wtedy lepiej się wciera we włosy, twarz i ubranie. Jeśli masz męża lub żonę to ta wonna tradycja zupełnie cię omija. Statystycznie jednak ożenisz się w wieku 34 lat, a za mąż wyjdziesz w wieku 32. Dlatego możesz się przygotowywać już do 30. urodzin kiedy to obsypią cię ... pieprzem.


Tradycja obsypywania jubilatów cynamonem nie jest duńską odpowiedzią na cinnamon challenge. Praktykowana jest mniej więcej od XVI wieku (pomyślcie ile ton cynamonu jest na duńskich ulicach!). Handlarze przyprawami zajęci prowadzeniem swoich biznesów i podróżami zapominali o sprawach sercowych. W ramach przypomnienia im o żeniaczce życzliwi przyjaciele i rodzina obsypywali ich przyprawami. Dzisiaj cynamon to po prostu symbol 25. urodzin i znak, że wszyscy się razem świetnie bawią.

Cynamonowe urodziny wydają się zupełnie beztroskie, ale w 2017 roku w Odense jubilat zajął się ogniem! Cynamon, jak się okazuje, jest substancją łatwopalną. Chłopak w trakcie urodzinowego rytuału po prostu zamienił się w kulę ognia. Na szczęście, jego znajomi przygotowani na polewanie go wodą (w celu utrwalenia cynamonowego efektu) byli w stanie go uratować. Koniec końców, miał tylko poparzone nogi.


piątek, 31 sierpnia 2018

Ziemniaki w soli i matias, czyli najlepszy lunch do pracy

Lunch do pracy nie musi być kanapką i zwykłą sałatką. Lunch do pracy powinien mówić "to jest twój czas na odpoczynek. Należy Ci się."



Przyznamy szczerze - lunch w pracy zawsze wydawał nam się jakimś mitem. Czy można porządnym posiłkiem nazwać jedzenie czegoś pośpiesznie przy biurku czy stoliku w trakcie przemieszczania się z jednego miejsca w drugie? O tym jak przyjemny może być lunch w pracy przekonaliśmy się w Danii. Punktualnie o 12:00 wszyscy pracownicy naukowi wydziału spotykają się w stołówce, żeby wspólnie zjeść i porozmawiać. Większość z nich ma pudełka przyniesione z domu. W nich jest zawsze mnóstwo warzyw, jakiś owoc, słynne kanapki z wieloma składnikami lub sałatki. W takich okolicznościach nie wypada po prostu na szybko czegoś w siebie wrzucić. W takich okolicznościach posiłek staje się prawdziwym rytuałem - momentem w którym nie tylko zaspakajasz swój głód, ale tworzysz jakąś wspólnotę. Trochę jak w domu kiedy wszyscy zasiadają do stołu i nareszcie mają czas porozmawiać (i się pokłócić, i powspierać, i pocieszyć). 

Dlatego też zawartość pudełka nie może być przypadkowa. W szkole naszych dzieci od pierwszego dnia proszono, by włożyć nieco wysiłku w przygotowywanie lunchu dla uczniów. Żeby to było coś urozmaiconego, zdrowego, pożywnego. Nasze dzieci uwielbiają śledzie, więc ziemniaki w soli z matjasem i jajkiem to dla nich prawdziwy rarytas. My ten przepis przygotowaliśmy z myślą o naszych nieco starszych pracujących Czytelnikach. Podajemy Wam recepturę na "szybkie i ekonomiczne ziemniaki". Dlaczego? Dlatego, że gotujemy je w mocno osolonej wodzie tylko przez 10 minut, a kolejny kwadrans ziemniaki sobie już tylko dochodzą w tym wrzątku. Idealnie by do tego pasowały ziemniaki z ogniska - takie jakie kiedyś przygotował szef Marek Flisiński w restauracji Water&Wine. Niestety, przygotowywanie ogniska nie jest w naszym zasięgu. Na szczęście, pozostaje sól i porządne matiasy - o tym jak wybrać te najlepsze przeczytajcie koniecznie tutaj! 

Przepis powstał we współpracy z restauracją Water&Wine. Jeśli szukacie miejsca na niezwykłą kolację to koniecznie musicie tam pojechać. Na naszym blogu znajdziecie kilka relacji z kolacji przygotowanych przez szefa Marka Flisińskiego, Kamila Raczyńskiego i ich zespół. Czytając je przekonacie się, że Water&Wine to coś więcej niż miejsce z dobrym jedzeniem. 


Czas przygotowania: 30 minut

Składniki na 2 porcje:
300 g drobnych ziemniaków
2 łyżki soli
250 g matiasa
1/2 czerwonej cebuli
2 jajka na twardo
3 łyżki śmietany 12%
świeży szczypior
pieprz


1. Do garnka wkładamy ziemniaki w skórce (porządnie umyte), wsypujemy sól. Zalewamy wodą tak, by przykryła ziemniaki. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy 10 minut. Przykrywamy i zostawiamy pod przykryciem na kwadrans. 

2. Jajka gotujemy na twardo. Obieramy. Kroimy. 

3. Matiasy kroimy w kostkę. Cebulę siekamy.

4. Ziemniaki ocedzamy, stawiamy na ogień i raz po raz je podrzucając odparowujemy wodę. Ziemniaki będą miały pomarszczoną skórkę. 

5. Gotowe ziemniaki studzimy. Delikatnie je kroimy na mniejsze kawałki. Dodajemy matiasy, jajka, śmietanę, posiekany szczypior. Doprawiamy do smaku pieprzem. 

czwartek, 30 sierpnia 2018

Smørkage - duńskie ciasto maślane

Czy jest coś lepszego niż ciasto drożdżowe? Ciasto drożdżowe z migdałami i nieprzyzwoitą ilością masła. 


Jeśli jest w Danii jakiś produkt, który wydaje się wszechobecny to jest to masło. Mam poczucie, że Duńczycy są zakochani w swoim solonym maśle. Trochę im się nie dziwię - 250 g kostka Lurpaka musi mieszkaćw naszej lodówce zawsze. Czasem jest ona wystarczającym powodem, żeby sobie zrobić małą kanapeczkę. Nie wiem w czym tkwi sekret tego masła, ale ono po prostu zawsze wydaje się cudownie świeże. Ten niewielki dodatek soli sprawia, że masło jest nie tylko neutralnym klejem pozwalajacym szynce i serowi zostać w miejscu, ale ono jest tutaj głównym bohaterem kanapki. Nic dziwnego, że masło stało się też głównym składnikiem popularnego tutaj ciasta. Duńskiego ciasta maślanego. W wolnym tłumaczeniu - jest to ciasto półfrancuskie przełożone masą marcepanową z odrobiną waniliowego crème pâtissière (o którym z przekąsem lubimy mówić "budyń"). Jeśli jest jakieś bardziej kaloryczne ciasto to możecie dać nam znać. To jest niesamowicie maślane i słodkie. Już w trakcie pieczenia część masła próbuje uciec z formy. Na szczęście, po ostudzeniu zostaje w cieście i masie. Sprawia, że wszystko jest takie ... sycące.

Myślę, że to ciasto maślane to jest właśnie duńska odpowiedź na jesienną słotę. Kiedy na dworze wieje i leje, Ty siedzisz w wygodnym fotelu, masz wokół siebie miliony świeczek, kubek mleka (albo kawy przelewowej) i kawałek absolutnie nieprzyzwoicie bogatego ciasta. Takiego ciasta, które sprawia że od razu czujesz się lepiej.

Marcepan w Danii to wszędobylski składnik. Jest w batonikach, malutkich słodyczach i większych wypiekach. Najlepszy marcepan produkowany jest w Odense, czyli naszej nowej małej ojczyźnie. Do tej pory raczej nie zwracałam na to uwagi, ale ten tutejszy marcepan zawiera ponad 60% migdałów. Dla porównania, popularne marcepanowe batoniki z dyskontu to tylko 40% migdałów. Różnica w smaku jest naprawdę zauważalna. Jeśli kochacie masło i migdały to jest to przepis dla Was.

Uwaga! Podczas pieczenia crème pâtissière ma dość luźną strukturę. Po upieczeniu w miejscu zetknięcia ciasta drożdżowego z kremem powstaje taka cienka warstwa... budyniu. Przypomina to trochę surowe ciasto, ale nie jest to surowe ciasto tylko ten krem. Jeśli boicie się takich "niespodzianek" to pomińcie dodawanie tego kremu. Będzie szybciej i prościej. Myślę też, że w smaku nie zmieni się zbyt wiele.


Czas przygotowania: 45 minut
Czas oczekiwania: 1 godzina 15 minut
Czas pieczenia: 40 minut

Składniki:

ciasto:
25 g drożdży świeżych
4 łyżki cukru
150 ml mleka ciepłego
450 g mąki 
1/2 łyżeczki kardamonu
szczypta soli
1 jajko
150 g masła pokrojonego w kostkę

crème pâtissière:
150 ml mleka
1 laska wanilii (lub 1 łyżeczka cukru waniliowego)
1 żółtko
3 łyżeczki mąki ziemniaczanej
2 łyżki cukru

masa marcepanowa:
100 g miękkiego masła
100 g marcepanu
50 g cukru białego
50 g cukru brązowego


1. Drożdże kruszymy do miski. Dodajemy cukier, ciepłe mleko. Mieszamy i zostawiamy na 5 minut.

2. Do drożdży dodajemy mąkę, kardamon, szczyptę soli i jajko. Wyrabiamy ciasto przez 2 minuty. Potem dodajemy masło i wyrabiamy tylko do połączenia składników. Uwaga! W cieście mają być grudki masła.

3. Ciasto przykrywamy czystą ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia na 40 minut. W tym czasie przygotowujemy crème pâtissière i masę marcepanową.

4. Jak zrobić krem? W rondlu zagotowujemy mleko z wanilią. W tym czasie do miski wbijamy żółtko, dodajemy cukier, mąkę ziemniaczaną i dokładnie mieszamy. Kiedy zagotuje się mleko wolnym strumieniem wlewamy mleko do miseczki z jajkiem i mąką CIĄGLE MIESZAJĄC. Wszystko przelewamy do rondelka i ciągle mieszając zagotowujemy. Zdejmujemy z ognia.

5. Jak zrobić masę marcepanową? Marcepan ścieramy na tarce. Dodajemy masło i dwa rodzaje cukru. Mieszamy ręką (tak jest najlepiej, ponieważ ciepłe dłonie rozpuszczą masło i pozwolą składnikom się połączyć).

6. Tortownicę o średnicy ok. 25 cm wykładamy papierem do pieczenia. To ważne!

7. Wyrośnięte ciasto drożdżowe dzielimy na 3 części. Jedną z nich wykładamy dno tortownicy o średnicy ok. 25 cm. Smarujemy 1/3 masy marcepanowej i kremem budyniowym. Pozostałe ciasto wałkujemy na prostokąt o wymiarach 30 cm x 10 cm. Smarujemy go pozostałą masą marcepanową, zwijamy w wałek. Wałek kroimy na 8 kawałków.

8. Na środku totownicy układamy największy "ślimak marcepanowy". Resztę ślimaków układamy wokół środka. Wszystko przykrywamy ściereczką i zostawiamy do napuszenia na 20 minut.

9. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni Celsjsza. Wyrośnięte ciasto wstawiamy do pieca i pieczemy 25 minut. Po tym czasie przykrywamy je od góry folią alumioniową i pieczemy kolejne 20 minut.

10. Upieczone ciasto wyciągamy z piekarnika i studzimy w blaszce. Tortownicę rozpinamy dopiero, kiedy ciasto będzie letnie. W przeciwnym razie wszystko się rozpadnie.




środa, 29 sierpnia 2018

Szafranowe bułki orkiszowe z migdałami i czekoladą

Zbliża się szkoła. Oznacza to jedno - znowu trzeba będzie przygotowywać pojemniczki, słoiczki i śniadaniówki. Mamy dla Was niesłodki pomysł na szlachetną bułeczkę maślaną. 


Drożdżówka to przez pewien czas był temat zupełnie polityczny. Dla nas ciasto drożdżowe od zawsze miało jakąś szczególną wartość. To pewnie przez ten cały proces, który jest potrzeby żeby z kilku prostych składników wyszło coś, co chrupie na zewnątrz a jest lekkie w środku. Drożdżówka to też niekoniecznie słodka bułka z dżemem, twarożkiem czy makiem. Może być przecież szafranową maślaną bułką z mielonymi migdałami i kilkoma kawałeczkami porządnej gorzkiej czekolady.

Zainspirowani restauracją Water&Wine w której część wypieków powstaje z mąk bezglutenowych próbowaliśmy piec różne bezglutenowe bułeczki z czekoladą. Próbowaliśmy na przykład mąki gryczanej. Jednak zdania na ich temat były bardzo podzielone - dzieciaki zupełnie się do nich nie przekonały. Nam, dorosłym, smakowały bardzo. Były takim mariażem blinów z porządną czekoladą. Chcąc jednak nieco uszlachetnić bułeczki i odjąć trochę mąki glutenowej dodaliśmy do nich szafran i mielone migdały. Dzięki temu są naturalnie słodsze (migdały są cudownie słodziutkie), bardziej sycące i piękniejsze. Szafran to jednak coś niesamowitego - kilka niteczek sprawia, że ciasto nabiera pięknej żółtej barwy. Kilka niteczek za dużo, a ciasto robi się nieapetycznie suche. Dlatego szczypta szafranu to naprawdę mała szczypta. Słoneczne bułeczki idealnie pasują do śniadaniówki. Nasze dzieciaki uwielbiają je ze świeżym masłem. 


Czas przygotowania: 15 minut
Czas oczekiwania: 90 minut
Czas pieczenia: 15-18 minut

Składniki:

25 g drożdży świeżych 
6 łyżek cukru 
250 ml mleka
szczypta szafranu
300 g mąki orkiszowej białej
200 g mąki migdałowej
50 g rozpuszczonego masła
szczypta soli
50 g gorzkiej czekolady
1 jajko

1. W rondelku zagotowujemy mleko z szafranem. Studzimy do około 36 stopni Celsjusza (po włożeniu palca do mleka nie powinno parzyć!)

2. Drożdże kruszymy do miski. Dodajemy cukier i mleko. Mieszamy i czekamy, aż drożdże "ruszą" - około 5 minut. W tym czasie kroimy czekoladę na drobne kawałki.

3. Do drożdży, mleka i cukru dodajemy mąkę orkiszową, mąkę migdałową, rozpuszczone masło i sól.

4. Wyrabiamy ciasto, aż będzie odstawać od ręki - około 5 minut. Pod koniec dodajemy czekoladę i szybko zagniatamy.

5. Ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia na godzinę.

6. Gotowe ciasto dzielimy na 10 części. Z każdej z nich formujemy kuleczkę. Kulki układamy na blaszce, przykrywamy ściereczką i zostawiamy do napuszenia na 30 minut.

7. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni Celsjusza. Jajko rozkłócamy. Smarujemy nim wierzch bułeczek.

8. Bułeczki pieczemy do zezłocenia - 15-18 minut.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Brunsviger, czyli fiońskie ciasto urodzinowe

Ciasto drożdżowe z duża ilością karmelu jest po prostu cudowne i kuszące. Nic dziwnego, że Duńczycy serwują się w urodzinowe poranki.


Fionia uważa, że to wlasnie tu narodził się brunsviger i tylko tutejsze receptury są prawdziwe. Jutlandia też je wypieka. Ale oni podobno nie wymyślili dekorowania ciasta. O co w zasadzie chodzi i czym jest to ciasto, że walczą o nie Jutlandia i Fionia?

Drożdżowy placek oblany roztopionym masłem i brązowym cukrem to coś cudownego. Brązowy cukier to jednak nie jest cukier trzcinowy tylko biały cukier z dodatkiem melasy (w Polsce coś takiego robi cukier królewski). Żeby tej cukrowej pyszności w placku było więcej, przed dolaniem resztki masła w cieście robi się głębokie dziury. Upieczony placek dekoruje się posypką kolorową, posypką lukrecjową i obowiązkowymi duńskimi flagami. Dodatkowo, umieszcza się na nim rysunek jubilata (w wersji de luxe ludek zrobiony jest z białej czekolady). Jak czytaliście Dzieci z Bullerbyn to na prwno znacie ten rytuał. Obdarowywana lub obdarowywany budzą się rano, ale udają że śpią. Czekają aż przyjdą członkowie rodziny z ciepłym drożdżowym ciastem i prezentem. Potem wszyscy wspólnie jedzą śniadanie. Popołudniu serwowany jest klasyczny tort.

Nawet jeśli nie macie urodzin to brunsviger to pyszny drożdżowy placek do kawy, ktory można robić sobie bez okazji. Chociaż prawdę mówiąc na świecie codziennie tyle osób obchodzi urodziny ...


Czas przygotowania: 10 minut
Czas oczekiwania: 50 minut 
Czas pieczenia: 20 minut

Składniki:
50 g drożdży
1 szklanka ciepłego mleka
3 łyżki cukru
2 jajka
3 1/2 szklanki mąki pszennej 
80 g rozpuszczonego solonego masła (lub masła nieoslonego i 1/4 łyżeczki soli)
1 łyżeczka cynamonu lub kardamonu

Polewa:
200 g masła 
3/4 szklanki brązowego cukru
szczypta soli

1. Drożdże mieszamy z mlekiem i cukrem. Czekamy 5 minut, aż ruszą.

2. Dodajemy pozostałe składniki i wyrabiamy ciasto, aż będzie jednolite.

3. Ciasto przykrywamy ściereczką i pozostawiamy do wyrośnięcia na 30 minut.

4. Po tym czasie wyrośnięte ciasto przekładamy do formy (my użyliśmy prostokątnej blaszki 30 cm x 40 cm) i pozwalamy mu napuszyć się kolejne 20 minut. W tym czasie przygotujemy polewę.

5. W rondlu rozpuszczamy masło, dodajemy cukier i sól. Mieszamy tylko do rozpuszczenia cukru.

6. Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni.

7.Gotowe ciasto oblewamy 3/4 zawartości rondelka. Robimy palcami głębokie dziury (nie przebijamy ciasta na wylot!). Wlewamy pozostałe masło z cukrem.

8. Wstawiamy do piekarnika i pieczemy 20 minut.

wtorek, 21 sierpnia 2018

Jak smakuje Dania?

Na hasło "wyjeżdżamy na rok do Danii" niektórzy reagowali entuzjastycznym "zazdroszczę!", a inni pukali się w głowę zastawiając się jaki czort podkusił nas do tak ogromnej zmiany. Spakowaliśmy jednak nasze życie w kartony, część z nich wpakowaliśmy do auta i ruszyliśmy w podróż.



W Danii jesteśmy od trzech tygodni. To bardzo mało, żeby poczuć się chociaż odrobinkę jak u siebie. Są jednak rzeczy, które zauważamy i którymi chcielibyśmy się z Wami podzielić "na gorąco". Niektórych z naszych obserwacji nie moglibyśmy dokonać, gdyby niezbyt fortunne obroty spraw. Na potrzeby napisania tego tekstu nie stwarzaliśmy sytuacji niebezpiecznych dla zdrowia celowo. Po prostu, kiedy jesteś gdzieś z dziećmi musisz brać pod uwagę różne scenariusze.

1. Jaki dobry chleb

Podróżując lubimy sobie poutyskiwać na jakość pieczywa w różnych krajach. Zwykle nie szukamy jakoś specjalnych miejsc. Tutaj nie musisz niczego szukać - wystarczy wejść do piekarni. Rozkochaliśmy się w ciężkim żytnim pełnoziarnistym chlebie, który ma w sobie młotkowane ziarna żyta. Jedna kromka naprawdę syci głód. Nie jest tylko dobrym podkładem do tego, co ma być na górze. Ona jest pyszna sama w sobie. Z solonym masłem jest rewelacyjna!

2. Przepraszam, gdzie znajdę niesolone masło?

Pamiętam jak wygraliśmy konkurs na Kulinarnego Bloga Roku, który organizowała duńska firma Arla. Kiedy te kilka lat temu zobaczyliśmy w polskim sklepie solone masło Lurpak od razu zakupiliśmy kostkę. To było takie małe objawienie - masło, które od razu jest delikatnie słone. Uwielbiamy solone masło! Zawsze w lodówce mieliśmy kostkę "na wszelki wypadek". Przecież na co dzień kupowaliśmy masło zwykłe, bo pasuje i do kanapki i do wypieków. Tutaj w markecie obok naszego domu nie było niesolonego masła przez kilka dni.

Solone masło jest po prostu domyślną formą masła. Chcąc upiec tradycyjne duńskie ciasto drożdżowe zawahałam się czy użyć tego solonego masła. Jeden telefon do duńskiej znajomej rozwiał moje wąptliowości - "użyj tego masła tylko już nie dodawaj soli do ciasta. Dzięki temu wyrośnie i będzie miało lepszą strukturę". Także niesolone tu luksus.

3. Nutella? My jemy kanapki z czekoladą

Cieniutkie płatki czekolady gorzkiej lub mlecznej leżą na półce obok dżemów, nutelli i masła orzechowego. Jeśli myślicie, że taka czekolada lubi się z białą bułką to znak, że kochacie nutellę. Tutaj taką czekoladę je się na kwaskowatym żytnim chlebie. To niesamowite doświadczenie dla podniebienia - nuty mocno kakaowe mocno "wyłażą" w połączeniu z intensywnym smakiem chleba. Raj!

4. Kanapki jemy sztućcami

Pierwszy brunch w duńskim domu był dla nas delikatnym szokiem. Otóż obok talerzy pojawiły się sztućce. Niby to normalne, ale na stole stały kanapki. Zupełnie nie rozumiejąc o co chodzi zaczęłam jeść rękami ku wielkiej uciesze naszych znajomych. Bardzo szybko uświadomili mi, że dania lunchowe je się sztućcami. Kanapka to właśnie danie samo w sobie. Widelec i nóż są zatem niezbędne.

5. Mleko 3,5 lub 1,5

Pierwsza wizyta w sklepie spożywczym uświadomiła mi dwie rzeczy. Arla jest niekwestionowaną królową nabiału. Lodówki uginają się od ich mleka, serów, jogurtów i produktów, których nie ma w Polsce. Samo mleko to nie 3,2% i 2% tylko 3,5% (sod) i 1,5% (let). Nasze tłuste serduszka oczywiście wolą to pełne.


6. Bardzo lubimy nabiał

Zawsze myślałam, że to Polacy są mistrzami w produkcji produktów mlecznych. Mamy świetne sery (nawet tutaj można kupić polski Bursztyn i Rubin), dobre mleko i eksportujemy ogromne ilości mleka w proszku. Dopiero w Danii zobaczyłam jak mało przykładamy wagi do produktów nabiałowych z półki jogurtów i napój. Naprawdę nigdzie nie widziałam takiego wyboru tak różnorodnych produktów - maślanki, kefiry, skyr do jedzenia i picia, ymer (coś w stylu kefiro-zsiadłego mleka), A-38 (sama nazwa mnie rozwala), koldskol (czyli lokalny chłodnik na bazie zsiadłego mleka, maślanki, żółtek i cukru). Wszystko pakowane w litrowe kartony. Są też mniejsze opakowania, ale nie robią takiego wrażenia.


7. I lego

Lego pochodzi oczywiście z Danii. Mogłoby się wydawać, że nie ma niczego dziwnego, że jest wszędzie. Ale ono naprawdę jest wszędzie - w domach, w urzędach, w szkole, w szpitalu i w poczekalni w przychodni, w kawiarni, w kąciku dla dzieci w piekarni i w fokarium. Trochę jak u nas papier i połamane kredki.

8. Lukrecja is the king

Jakiś czas temu na łamach Kultury Liberalnej spieraliśmy się z Adamem o lukrecję. Ja nie jestem wielką fanką, Adam lubi. Kiedy na potrzeby tego tekstu poszłam wczoraj do sklepu, żeby przekonać się ile tej lukrecji jest to poczułam się nieco onieśmielona. Prawie każda paczka żelków ma w sobie te z czarną tasiemką. Samej lukrecji jest rodzajów mnóstwo - solona, mocna, delikatnie lukrecjowa, czarna jak węgiel i taka ciut delikatniejsza w kolorze. Jest lukrecja w czekoladzie i czekolada z kawałkami lukrecji i orzeszkami. Są lukrecjowe gumy i cukierki na odświeżenie oddechu. Mam postanowienie, żeby lukrecję zacząć tolerować. Nie wiem czy uda nam się jakoś szczególnie polubić (bo by powiedziały na to fistaszki?). Na pewno dam jej szansę.

8. Lunch to rzecz kluczowa, a kolacja o 18:00 to rzecz święta

Frokost, czyli lunch, możnaby nieco zignorować. Skoro wszystkie restauracje i kawiarnie przygotowują z tej okazji zimne menu - sałatki, kanapki, tortille to nie może być to jakiś kluczowy posiłek. To prawda, nie jest posiłkiem najważniejszym. Jest jednak bardzo ważny społecznie. Lunchu raczej się nie je samemu przy biurku. Na uniwersytecie, w szkole, w szpitalu wszyscy siadają wspólnie przy stole, wyciągają pudełka z kanapkami lub sałatkami, biorą sztućce i wspólnie jedzą. W szpitalu lunch nakładasz sobie sam (jeśli jesteś w stanie). Na korytarzu stoi wózek z makaronem, nuggetsami, warzywami, pieczywem, jajkami, wędlinami, czekoladą w plasterkach, mlekiem, napojami. Bierzesz talerz i jesz to na co masz akurat ochotę. Nasze dziecko było zachwycone.

Wszystkie konflikty w Danii muszą zostać rozwiązane do godziny 18:00. Wtedy bowiem zaczyna się kolacja - ciepły posiłek jedzony wspólnie przy stole. Duńczycy lubią wieprzowinę, ziemniaki (ze skórką). Dzięki Clausowi Meyerowi (który jest autorem wielu książek, m.in. wydanej na polskim rynku Kuchni Skandynawii) duńska kuchnia przeszła rewolucję. Powrócono do jedzenia zapomnianych warzyw, posiłki są ciekawsze i lżejsze. W Danii Meyer wydał niesamowitą książkę "Almanac" w której zawarł przepisy na lunche i kolacje na każdy dzień tygodnia. Zgodnie z dostępnością składników, oczywiście. Niesamowite było dla mnie to, że kiedy po raz pierwszy otworzyłam tę książkę zobaczyłam tydzień 37. Pomyślałam "ok, 37 tydzień w roku". Dopiero kiedy dzieci rozpoczęły szkołę zrozumiałam, że Duńczycy w ten sposób komunikują upływ czasu. Dla przykładu - o wycieczce szkolnej powiedzieli nam "w czwartek w 35 tygodniu".

Jeśli macie jakieś własne obserwacje to koniecznie dajcie nam znać.


wtorek, 31 lipca 2018

Jagody z boczkiem, czyli nasz nowy sposób na letnią sałatkę

Myślisz, że to kolejna nudna sałatka? Myślisz, że boczek z jagodami to jakaś pomyłka? Spróbuj!


Widok świeżych jagód przywołuje słodkie wspomnienia - letnich placków brudzących paluchy, makaronu ze śmietaną, który miał najpiękniejszy kolor dzięki jagodom. Jagody to też zupa owocowa, która spektakularnie plami ubrania właśnie po to, by pamiętać o niej w długie zimowe wieczory. Zupa, makaron, placek, pierogi - jagody kojarzą się wyłącznie ze słodkimi daniami. Skąd więc boczek?

Boczek to nasza mała słabość. Szczególnym afektem darzymy taki cienki, chrupiący boczek z miękkim środkiem (brzmi zupełnie jak dobra beza, prawda?) Jakieś 6 lat temu, kiedy mieszkaliśmy w USA, zapanowała tam nieuleczalna zupełnie empidemia klonowej boczkomanii. Gdzie się człowiek nie odwrócił tam widział boczek z syropem klonowym - w śniadaniu z jajkami, na lunchu w kanapce, w cukierni na cupcakes i w lodach. U nas na blogu boczek wylądował w ciateczkach. Skoro boczek tak cudowne smakuje z syropem klonowym (i miodem też) to pewnie dobrze smakuje z jagodami, pomyśleliśmy. Ponieważ działamy dość spontanicznie, szybciutko podsmażyliśmy boczek i spróbowaliśmy go ze świeżymi jagodami. Cudowność - jest troszeczkę słono, ale za chwile kwaśne zwykle jagody pękają i oblewają boczek swoim słodkim sokiem. Tak, proszę Państwa, działają przeciwieństwa smakowe. Coś, co wydaje nam się nieco kwaskowate dzięki ciupińce słonego nagle staje się słodyczą. Takie łączenie smaków podpatrzyliśmy w restauracji Water&Wine u szefa Marka Flisińskiego. Karmel z miso? Oczywiście. Lody z kwiatem soli? Naturalnie! Dzięki takim niezwykłym doświadczeniom smakowanym wiedzieliśmy, że jagody i boczek muszą się udać.  Tyle, że kto będzie jadł sam boczek z jagodami? 

Okazuje się, że skoro pomidory są stworzone wprost do łączenia ich na podniebiu z malinami (i kozim serem jak tutaj) czy czereśniami (jak tutaj) to i jagody są dla nich dobrym kompanem. Dla urozmaicenia dodaliśmy awokado i podaliśmy sałatkę w liściach sałaty. To nasz ukłon w stronę akcji No Waste (i jeszcze większy ukłon w stronę jedzenia palcami, które uwielbiamy). Uwierzcie, nikt do tej pory nie jadł czegoś takiego. Jagód w sałatce. Zachwytom nie ma końca - spróbujcie na gościach. 

P.S. W trakcie pisania tego przepisu wpadło mi do głowy, by następnym razem zrobić jagodowy sos do sałatek. Albo grillowanego mięsa...

Co zrobić żeby sałata była soczyście zielona i chrupiąca? 
Trzeba ją umyć w zimnej wodzie (wkładając liście), a następnie na 5 minut włożyć do miski wypełnionej kostkami lodu i lodowatą wodą. 


Czas przygotowania: 20 minut
Składniki na 4 porcje:

4 małe liście sałaty rzymskiej
100 g boczku wędzonego
1 małe dojrzałe awokado
8 pomarańczowych pomidorków
4 czerwone pomidorki
1/2 szklanki jagód

sos:
4 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno
1 łyżka octu jabłkowego
1 łyżeczka miodu
1/2 łyżeczki musztardy

1. Sałatę myjemy w zimnej wodzie i na 5 minut wkładamy do miski z zimną wodą z lodem. W międzyczasie przygotowujemy boczek. 

2. Boczek kroimy w cienkie paseczki i na wolnym ogniu smażymy, aż stanie się chrupki - około 4 minut.

3. Sałatę wyciągamy z miski i osuszamy. 

4. Pomidorki kroimy w kosteczkę, podobnie awokado. 

5. Jagody myjemy i suszymy. 

6. Składniki sosu (oprócz oleju) wlewamy do miseczki. Ciągle mieszając wolno dolewamy olej, aż powstanie gęsty sos. 

7. Na liściach sałaty układamy boczek, awokado, pomidorki i jagody. Skrapiamy sosem. 

poniedziałek, 30 lipca 2018

Czy krowie mleko jest złe? KONKURS

Podobnie jak pszenica i gluten, mleko zaczyna wzbudzać wiele kontrowersji - bo nie jest tolerowane przez nasz organizm, bo wcale nie zawiera dużo białka, bo spokojnie można je zastąpić mlekiem roślinnym. Razem z Kotem Mleczysławem, którego profil możecie polubić tutaj, spróbujemy uporać się z tymi mitami. Jednocześnie zapraszamy Was do wzięcia udziału w konkursie!


1. Mleko wcale nie ma dużo białka

Białko stanowi podstawowy składnik każdego pożywienia. W organizmie człowieka białka pełnią wszystkie istotne funkcje – budulcowe, metaboliczne, hormonalne, odpornościowe. Niestety, większości aminokwasów organizm nie umie wyprodukować sam. Trzeba je zatem dostarczyć. Mleko zawiera wszystkie niezbędne aminokwasy warunkujące prawidłowy metabolizm organizmu. Przy czym białka zawarte w mleku – serwatkowe i kazeinowe – są łatwo przyswajalne. Dlatego Instytutu Żywności i Żywienia, krajowey ośrodka naukowo-badawczy opracowujący normy żywienia człowieka w Polsce, zaleca spożywanie 2 porcji produktów mlecznych dziennie. Zawartość białka w 100 ml mleka to 3.4 gramów.

2. Mleko można zastąpić mlekiem roślinnym

Oczywiście, że rano zamiast szklanki kawy z mlekiem krowim możemy wypić szklankę kawy z mlekiem roślinnym. Jednak różnica między mlekiem krowim, a roślinnym jest ogromna i nie ogranicza się do smaku. Mleko roślinne to zwykle woda, ryż/owies/migdały/kokos, sól i tłuszcz roślinny. Prawdziwe mleko, oprócz wody, zawiera rozgałęzione aminokwasy egzogenne, które odpowiadają m.in. za procesy naprawcze w naszym organiźmie. To właśnie dlatego suplementy dla sportowców bazują na serwatce z krowiego mleka. Mleko zawiera też kwasy tłuszczowe SCFA, które dają nam zastrzyk energii, a nie powodują powstawania tkanki tłuszczowej. Mleko zawiera też szereg witamin B1, B2, B4 ( cholina) B6,B12, wit.PP  oraz witaminy rozpuszczalne w tłuszczach A, E, D, K. Dzięki zawartości tłuszczu w mleku witamy te są dobrze przyswajalne przez nasz organizm.

3. Mleko wcale nie zawiera tak dużo wapnia

To jest chyba najczęściej spotykany mit. Szklanka mleka dostarczy tyle samo wapnia (240 mg), co aż 1 kg pomarańczy, 2 chleby graham, 400 g fasolki szparagowej, 2,5 kg kaszy gryczanej, 200 g tofu. Tę samą ilość wapnia, która jest zawarta w szklance mleka można znaleźć np. w szklance jogurtu, maślanki lub kefiru czy 300 g sera białego lub grubszym plastrze żółtego sera.

4. Mleko i produkty mleczne są ciężkostrawne

O tym, że mleko jest ciężkostrawne mówią wszyscy ci, którzy mają nietolerancję laktozy. Innymi słowy, brakuje im enzymu - laktazy- który pomaga w trawieniu cukru mlecznego. Nie oznacza to jednak, że muszą zrezygnować ze wszystkich produktów mlecznych.

Rolnictwo zastąpiło łowiectwo i zbieractwo około 10 000 lat temu. Gdy mleko krowie zostało uznane za potencjalne źródło pożywienia, początkowo spożywano je w postaci produktów takich jak jogurt i ser, bo świeże mleko było trudniej przechować. Dzięki temu ludzki organizm zaczął produkować laktazę - enzym potrzebny do rozłożenia cukru mlecznego. Jogurt i ser mają niższą zawartość laktozy, więc są lepiej tolerowane. Żółty ser, dla przykładu, jest zawsze produktem bezlaktozowym (nawet jeśli nie ma na nim tej informacji - podczas dojrzewania sera laktoza zostaje całkowicie rozłożona).

5. Mleko zawiera dużo hormonów

Jeden z mlecznych mitów mówi, że mleko zawiera mnóstwo hormonów. Chodzi głównie o hormon wzrostu - IGF-1. Badania z 2016 roku pokazują, że ten hormon nie wykazuje żadnej aktywności biologicznej w organiźmie człowieka (czyli nie ma żadnego wpływu na nasz organizm). Ponad to, jego zawartość w krwi człowieka po spożyciu zalecanej dziennej porcji produktów mlecznych jest dokładnie taka sama jaką mamy na co dzień w naszej... ślinie. Mleko nie ma wpływu na poziom estrogenów czy testosteronu.


KONKURS



Czy znasz już Kota Mleczysława, wielkiego miłośnika mleka? Jeśli nie to możesz zapoznać się z nim na facebooku i polubić jego profil.

Konkurs jest prosty: zaproponuj mleczne śniadanie dla kota Mleczysława. Może być słodkie, ale może być też wytawne, do chwycenia w łapkę lub zjedzenia łyżką. 

Do wygrania jest zestaw fondue (1 miejsce), i dwie poduszki (dla 2 i 3 miejsca).

Swoje śniadaniowe propozycje prześlij do 5.08.2018 na adres crustanddust(at)gmail.com 

Powodzenia!

sobota, 28 lipca 2018

Plackodzianki, czyli jagodowe placki piknikowe

Masz straszną ochotę na jagodzianki hojnie wypełnione świeżymi jagodami, kupujesz jedną w cukierni i okazuje się, że zamiast jagód ma w środku zwyczajny dżem. Wtedy planujesz już ten moment, kiedy upieczesz własne bułeczki, ale znowu nie masz czasu. Mamy na to sposób. 



Plackodzianki to mariaż jagodzianki z plackami. Od zwykłych placków różnią się niewielkim dodatkiem drożdży, przez co są bardzo puszyste. Jagód w nich jest sporo. Każdy kęs to po prostu mikro-jagodzianka. Robi się je szybciutko, więc są dobrą opcją na śniadanie czy drugie śniadanie. Pięknie farbują zęby i palce, więc efekt jagodziankowy jest! 

Plackodzianki świetnie smakują z cukrem pudrem albo syropem klonowym. Bitą śmietaną też nie pogardzą, chociaż przy tych temperaturach nie ryzykowałabym. Ciepłe są pyszne, ale mnie bardziej smakują ostudzone. Są wtedy naprawdę jak malutkie bułeczki drożdżowe. Ostudzone jagody są też mniej wybuchowe. Dzięki temu ryzyko jagodowych pamiątek na ubraniach maleje. 

Przepis powstał z inspiracji resturacją Water and Wine wokół której rośnie moc dzikich owoców. Szef kuchni Marek Flisiński czaruje z nich dania niespodziewane. Z pewnością z jagód zrobiłby jakiś niesamowity chłodnik albo deser, który zachwycałby smakiem i fakturami. Water and Wine to piękne miejsce, a latem tym cudowniejsze, że natura sama pcha się do kuchni.


Czas przygotowania: 30 minut
Liczba porcji: 4

Składniki: 

2 łyżeczki suchych drożdży 
1 łyżeczka cukru
1/2 szklanki ciepłego mleka
2 szklanki mąki tortowej
1/2 szklanki mąki pełnoziarnistej 
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 szklanki maślanki
2 jajka
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego 
1 1/2 szklanki świeżych jagód

1. Drożdże mieszamy z cukrem i ciepłym mlekiem. Odstawiamy na 5 minut.

2. Do drożdży dodajemy pozostałe składniki, oprócz jagód - mąkę tortową i pełnoziarnistą, proszek do pieczenia, maślankę, jajka i ekstrakt waniliowy. Mieszamy łyżką do powstania jednolitej masy.

3. Miseczkę z masą przykrywamy czystą ścierką i odstawiamy w ciepłe miejsce na 15 minut.

4. Jagody myjemy i suszymy.

5. Do wyrośniętej masy dodajemy jagody i delikatnie mieszamy. 

6. Placuszki smażymy na gorącym oleju, aż się zezłocą z obu stron. Podajemy z cukrem pudrem, 
syropem klonowym lub bitą śmietaną. 


czwartek, 12 lipca 2018

SPA Bończa, czyli takiego gotowania jeszcze nie było

W Bończy świat się kończy, mówi przysłowie. Autor przysłowia ewidentnie nie był tam, gdzie życie zaczyna się po czterdziestce.



Bończa to wieś niedaleko Warki. Wokół same sady, jabłka, czereśnie i zieloności. Wieś liczy kilkanaście domów. Jaki macie obraz takiej wsi i jej mieszkańców? Kościół, dom, obiad, wnuki? Żebyście się  nie zdziwili!

W Bończy wita nas pani sołtys. Mówi o sobie sołtys, bo nie lubi żeńskich form. Wokół niej kilka młodych kobiet z jajami – sypią dowcipami, karmią pesto z pokrzywy, pokazują profesjonalny film o Bończy i ich planach. Otwierają przepastną szafę w której jest milion słoików – musztarda piekielnica, słodka laska (truskawki z wanilią), sławetne pesto. Wszystko w takich samych słoikach z pięknymi etykietami. Made with Love in Bończa. Mam nadzieję, że niedługo takie słoiki będzie można kupić. Smakują miłością!



Wszystko dzieje się w świetlicy z piękną kuchnią, szafami, stołem do tenisa stołowego i … hipsterskim napisem Bończa. Plac zabaw? Asfalt? Jarmark? Wszystko tu jest. Chwilę później panie porywają dzieci na piracki statek, który zwiedza Szkółkę Owocową Bończa.  My zostajemy w SPA Bończa. 

SPA czyli Seniorzy Preferują Aktywność. Po staremu – Koło Gospodyń Wiejskich. „I żebyście się mieszczuchy nie przebierały za gospodynie wiejskie, bo nie ma co się lansować na wieś”, mówi jedna z nich. Panie spotykają się co tydzień wieczorem – rozmawiają, gotują, dzielą się radami (np. gdzie jest najlepsze sushi). Robimy szare kluski (tak się mówi na Podlasiu) czyli pyzy i racuchy drożdżowe. Ja, jako Drożdżowa Baba, jestem w zespole racuchowym. Ale wcześniej karnie trę ziemniaki. W trakcie tarcia mówię paniom, że moi rodzice to mają taką ruską maszynkę. I wtedy słyszę „kochana, my to wszystko robimy w thermomixie. Dzisiaj tylko tak tradycyjnie”. Moje wszystkie wyobrażenia o wsi i kole gospodyń wiejskich rozpadają się jak domek z kart i czuję się z tym cudownie.


Dowiaduję się, że kobieta w sadzie robi wszystko, że wielopokoleniowe domy są cudowne chociaż trudno na początku podzielić się obowiązkami (bo ojciec to kocha kotlety, a synowa chciałaby tak delikatniej z dietą), że raz na jakiś czas fajnie wyskoczyć do miasta na sushi czy ramen, że kolendra to w ziarenkach, ale raczej nie natka, że trudno jest pogodzić się z myślą, że dzieci nie chcą być sadownikami, że na wsi nie ma nudy bo jest tyle do zrobienia i przegadania. Widać, że panie znają się jak łyse konie i są po prostu ze sobą zżyte. Ale widać coś jeszcze: energię, chęć uczenia się, głód świata.

Ze Szkółki Owocowej dzieciaki wracają szczęśliwe i głodne. Opowiadają o 320 kg jabłek, które mieszczą się w skrzynio-palecie, o drzewach rosnących gęsto, o soku tłoczonym, o pszczołach, o wrześniowym rejwachu w sadzie. Szkółka Owocowa to dla nich jedna z najlepszych przygód w jabłkowym życiu. Jeśli macie dzieci w wieku szkolnym to idealny pomysł na jednodniową wycieczkę z Warszawy i okolic. Szkółka należy do Wareckiego Szlaku Jabłkowego.


A racuchy? Przepis teściowej – najlepszy na świecie. Są miękkie, delikatne, puszyste. Nie wolno żałować im tłuszczu – muszą swodobnie się w nim poruszać. Jeśli dodamy do ciasta kapkę spirytusu, placki tłuszczu nie wypiją. Zróbcie koniecznie (możecie tylko robić czasem z połowy porcji, bo kilogram to za dużo nawet dla 5 osobowej rodziny).


Składniki: 

1 kg mąki pszennej
1 litr mleka
5 dkg drożdży
1 łyżka cukru
2 całe jajka
3 żółtka
aromat waniliowy 

1. Mleko podgrzewamy, aż będzie ciepłe. Odmierzamy ¼ kubka. Resztę wlewamy do miski w której będzie wyrastało racuchowe ciasto.

2. Do mleka w kubeczku dodajemy drożdże i cukier. Mieszamy dokładnie. Czekamy, aż drożdże ruszą (czyli się delikatnie spienią).

3. Do dużej miski dodajemy pozostałe składniki. Mieszamy dokładnie ciasto.

4. Jednolite ciasto przykrywamy czystą ściereczką i pozostawiamy w ciepłym miejscu do podwojenia objętości.

5. Placki smażymy na dobrze rozgrzanym tłuszczu, który wypełnia około 2 cm patelni (licząc od dna).

6. Placki nakładamy ostrożnie łyżką wcześniej zanurzoną w wodzie (dzięki temu ciasto się nie klei).

7. Smażymy z obu stron na złoto. Oprószamy cukrem pudrem.


środa, 11 lipca 2018

Nie masz czasu na pieczenie ciasta? Zrób scones z borówkami

Kiedy masz wielką ochotę na ciasto, ale nie masz tyle czasu. Co robisz? Ja robię scones.


Scones odkryłam na drugim roku studiów podczas wizyty u przyjaciół w Oxfordzie. Ależ to były czasy! Jedliśmy najtańszą kiełbasę z jabłkami (w smaku dość wymagająca), makaron z gotowym sosem i tonę najtańszych gliniastych bułeczek o wdzięcznej nazwie scones. Wszystko po to, żeby móc napić się kawy w Starbucks (bo to było coś w 2006)  i wypić piwo w ulubionym pubie Tolkiena. Klasyczni polscy studenci.

Jakis czas pózniej mieszkaliśmy w USA i tam po raz kolejny spróbowałam scones. Ależ były inne. Jakby delikatniejsze, nieco tylko gliniaste, wypełnione hojnie borówkami. Same w sobie były po prostu dobre, ale z ciepłą kawą aromatyzowaną orzechami laskowymi smakowały po prostu odlotowo! Od tamtej pory scones mają specjalne miejsce w moich biodrach i robię je, kiedy tylko w TKmaxx dorwę aromatyzowaną kawę. To jak Fish and Chips albo Gin z Tonikiem.

Złota zasada sconesow jest taka: rób na odwal się. Naprawdę. Zbyt mocno wymieszane i wyrobione, idealnie gładkie ciasto to nie scones. To ciasto półkruche. Scones wymagają tylko połączenia składników. Jak coś opada to zakładamy, że tak właśnie ma być. Nierówno, nieidealnie, domowo. Mam doświadczenie w mieszaniu ciasta na scones mikserem - nie róbcie tego. Prawdziwe scones to kwintesencja pieczenia w trudnych czasowo warunkach.


Czas przygotowania: 10 minut
Czas pieczenia: 20 minut 

Składniki na 8 sztuk:

2 szklanki mąki pszennej
1/2 szklanki cukru
1 łyżka proszku do pieczenia 
szczypta soli 
1 łyżka cukru waniliowego albo ekstraktu 
1 jajko
200 ml śmietany 18%
170 g zimnego masła
1 szklanka umytych borówek 
opcjonalnie: 1/2 szklanki drobnego cukru 

1. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.

2. Składniki sypkie mieszamy w misce.

3. Masło siekamy. Dodajemy do sypkich składników i łączymy palcami tak, żeby masło miało wielkość ciecierzycy.

4. Dodajemy jajko, śmietanę, borówki. Mieszamy ręką do połączenia składników.

5. Z ciasta formujemy płaski placek o średnicy kartki a4. Kroimy go na 8 części (jak pizzę).
Jeśli chcemy chrupką skórkę na bułeczkach otoczmy je w cukrze drobnym.

6. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika na 20-25 minut (do zezłocenia).


piątek, 6 lipca 2018

Chcesz próbować naprawdę lokalnych specjałów? Szukaj tego znaku

Biała czapka na niebieskim tle umieszczona na słoiku, kartonie, butelce czy drzwiach restauracji. To symbol Sieci Dziedzictwa Kulinarnego – znak, który gwarantuje, że produkt pochodzi z konkretnego regionu i wytwarzany jest według tradycyjnej receptury, a miejsce kultywuje regionalne tradycje. 


Dawno temu w 1995 roku, kiedy wszyscy wyrzucaliśmy z domów oleje i kupowaliśmy oliwę z oliwek w dalekiej Skandynawii postanowiono promować produkty lokalne. Coraz więcej na rynku pojawiało się produktów importowanych, a produkty lokalne potrzebowały wsparcia. Mieszkańcy szwedzkiej Skanii i duńskiego Bornholmu postanowili znaleźć sposób na wyróżnienie tego, co robili sami. Wymyślono Sieć Dziedzictwa Kulinarnego. Głównym celem regionów znajdujących się w sieci jest promocja lokalnej żywności opartej na regionalnych surowcach. Regiony realizują działania, które mają na celu promocję i poprawę, jakości regionalnej żywności oraz wzmocnienie regionalnej tożsamości. Producenci (ale też sklepy czy agroturystyki) zrzeszone w Sieci Dziedzictwa Kulinarnego mają prawo do korzystania z  logo sieci. Logo daję gwarancję, że produkt czy miejsce służy ochronie tego, co lokalne.

Sieć Dziedzictwa Kulinarnego Mazowsze to sieć najbliższa naszemu sercu. Mazowsze wydaje nam się bardzo różnorodnym i bardzo niedocenionym regionem. Ma tak wiele do zaoferowania i dla ciała i dla ducha. Nam oczywiście jest blisko do tych hedonistycznych przyjemności podniebienia. Nie jesteśmy jednak egoistami i podzielimy się z Wami mazowieckimi perełkami. Pierwsze zestawienie sprzed 4 lat możecie przeczytać TUTAJ. Dalej są same nowości.

1. Miody Tuszyńscy

O miodach z tej niezwykłej pasieki możecie przeczytać w obszernym wpisie – wystarczy kliknąć. Przez ostatnie 2 tygodnie jemy codziennie owsiankę z miodem rzepakowym i nie wydaje mi się, żeby mógł się nam znudzić. Pasieka państwa Tuszyńskich to miejsce w którym czuć, że pszczoły to pasja wielu pokoleń.



sobota, 30 czerwca 2018

Jeden składnik, który zmieni smak Twego nudnego ryżu z jabłkami

Kiedy ryż z jabłkami stał się klasyczną "zapchaj dziurą" i daniem na czarną godzinę sięgnęłam po jeden składnik, który zmienił wszystko. Nagle ryż stał się szlachetny i wyjątkowo subtelny.


Masło. Julia Child mówiła, że nie ma nic lepszego niż masło. Kurt Scheller twierdzi, że jeśli w jakimś daniu brakuje czegoś niewypowiedzianego to znaczy, że trzeba dodać masła lub śmietany. Ich teorię potwierdza podniebienie. Podczas ostatniego letniego lunchu w restauracji Water and Wine o którym możecie przeczytać tutaj zostały nam podane szparagi i fasolka szparagowa. Smakowały rewelacyjnie - niby tak zwyczajnie, a jednak zupełnie inaczej. Dlaczego? Dlatego, że do wody w której się gotowały dodano masła. W takiej maślanej emulsji już w domu ugotowaliśmy też brokuła i był to zdecydowanie najlepszy brokuł w naszym życiu. Nie dość, że chrupki to jeszcze taki ... delikatnie maślany. Zaledwie muśnięty tym maślanym smakiem. Rozpływam się tak nad tym masłem, ale naprawdę nawet taki zwykły ryż z jabłkami z dodatkiem masła (i soku jabłkowego, ale o tym zaraz) to jakaś zupełna petarda.

Sok jabłkowy. Pamiętam jak kiedyś rozmawiałam z Maią Sobczak, autorką bloga Qmam kasze. Maia opowiadała o tym jak jej syn uwielbia zacierkę na soku owocowym. Było to dla mnie objawienie. Przecież zamiast mleka czy wody do jaglanki, ryżu, kaszy manny, płatków owsianych mogę dodać soku. Taka kasza na soku nie wymaga dodatkowego słodzenia. Lubi się za to ze świeżymi owocami, orzechami i przyprawami korzennymi. My domową przyprawę do piernika sypiemy do owsianki nawet w lipcu radośnie podśpiewując przy tym Merry Christmas. Smakuje cudownie z truskawkami, czereśniami, borówkami, jagodami.

Ryż na wodzie z dodatkiem soku jabłkowego i masła to zupełnie inna odsłona przedszkolnego ryżu. Nagle sam ryż staje się szlachetnym składnikiem, który można jeść i jeść. Lubimy pakować go dzieciom do śniadaniówek i zabierać na pikniki. Ponieważ nie zawiera mleka nie boi się słońca. Jedliśmy go na polanie w lesie w towarzystwie świeżo zebranych jagód i na plaży (w towarzystwie świeżo nawianego piasku). Jest cudny i szybki!

Inspiracją do powstania tego przepisu były dania z naszej ukochanej restauracji Water and Wine 

piątek, 22 czerwca 2018

Skąd się bierze miód?

Pszczoły to jedne z najbardziej fascynujących stworzeń. Jak żyją pszczoły i jak powstaje miód opowiadali nam bracia i dziadek Tuszyńscy. 


W pasiece Tuszyńskich witają nas trzy pokolenia - dziadek, jego syn i wnuki (z żoną i narzeczoną). Senior rodu opowiada jak to jego własny dziadek i ojciec pozwolili mu zbudować ule kiedy był trzpiotem latającym po drzewach. Pierwsze ule, prawie siedemdziesięcioletnie, nadal stoją w pasiece i nadal służą kolejnym pokoleniom pszczół. Jego syn nie odziedziczył miłości do pszczół. Za to wnuki traktują pszczelarstwo jako swoje powołanie - słuchając ich ma się poczucie, że nie tylko wiedzą wszystko o pszczołach, ale że je po prostu szanują. Patrząc na pasiekę od razu czuje się, że jest to miejsce z długoletnią tradycją, którą przekazuje się w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Nic dziwnego, że pasieka Tuszyńskich może poszczycić się białą czapką na niebieskim tle, czyli przynależnością do Sieci Dziedzictwa Kulinarnego Mazowsza. Więcej o tym znaku możecie przeczytać w tym wpisie.


Gdzie mieszkają pszczoły?

W ulach, oczywiście. Ul składa się z dwóch części - gniazdowej w której mieszka pszczela matka składająca jajka i miodnej, która jest zimową spiżarnią pszczół. Między dwiema częściami ula pszczelarze instalują kratkę odgrodową - dzięki niej królowa nie przechodzi do części miodnej i nie składa tam jaj. Z ula można wyjść tylko z części gniazdowej. Dlaczego nie ma wyjścia z ula w części miodnej? To proste - nikt nie chce, żeby miód był zanieczyszczony. Jest jeszcze jedna odpowiedź - pszczoły lubią się rabować (pszczoły z obcych uli potrafią przylecieć do innego ula i wykraść miód). Czy królowa w ogóle wychodzi z ula? Tak, ale tylko raz w swoim około 5-6 letnim życiu. Królowa wylatuje po to, żeby zostać zapłodnioną. Kolejne lata spędza w ulu. W drugim roku życia pszczela matka może złożyć nawet... 2000 jaj dziennie.


Ile żyją pszczoły?

czwartek, 21 czerwca 2018

Fasolka szparagowa, czyli lunch w kwadrans

Kiedy kończą się szparagi na pocieszenie pojawiaja się ona - dwukolorowa fasolka szparagowa. Można ją gotować, smażyć i zapiekać. My wrzuciliśmy ją do lunchboxa. 



Jak gotować fasolkę szparagową?

To proste. Weź garnek, zagotuj w nim wodę i dodaj tyle soli, żeby smakowała jak woda morska. Tak, trzeba będzie spróbować. Wrzuć fasolkę (ja obcinam końcówki, ale nie jest to konieczne) i gotuj około 10 minut. Ja lubię fasolkę al dente, taką którą stawia opór. Jeśli wolisz fasolkę mięciutką jak makaron z rosołu, zostaw ją we wrzątku na kolejne 2 minuty. Potem przelej lodowatą wodą (jeśli chcesz, żeby pozostała chrupka) i już.

Fasolki i szparagi owinięte w pieczone liście i skropione olejem były jedną z przystawek w restauracji Water&Wine. Zachwyciłam się tym, jak wspaniale smakuje prostota. Przecież warzywa i olej to coś, co mamy na wyciągnięcie ręki, co nie wymaga jakichś kuchennych akrobacji. Czasem te najprostsze rozwiązania są najgenialniejsze w smaku.

Naszą fasolkę w dwóch kolorach skropiliśmy olejem rzepakowym tłoczonym na zimno, posypaliśmy odrobiną sera pleśniniowego i hojną ilością orzechów włoskich. Wszystko włożyliśmy do lunchboxa i zabraliśmy do pracy. Prościej i lepiej się chyba nie da.


Czas przygotowania: 15 minut

Składniki:
100 g fasolki zielonej
100 g fasolki białej
2 łyżki sera pleśniowego
3 łyżki orzechów włoskich
2 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno

1. Fasolkę dokładnie myjemy i możemy uciąć im końcówki.
2. W garnku zagotowujemy wodę i solimy tak, by smakowała jak woda morska.
3. Wrzucamy fasolkę i gotujemy na małym ogniu, aż będzie al dente (około 10 minut).
4. Przelewamy fasolkę zimną wodą.
5. Odcedzamy dokładnie.
6. Fasolkę skrapiamy olejem, posypujemy orzechami i serem.

niedziela, 17 czerwca 2018

Skąd się biorą jabłka w sklepie?

Kiedy robię szarlotkę albo prażę jabłka do owsianki  nie zadaję sobie pytania skąd one się w zasadzie wzięły, kto je zerwał, jak przyjechały do sklepu. Dzięki wizycie w gospodarstwie sadowniczym Marka Szymaniaka i jego żony mogę Wam pokazać, jak wygląda "jabłkowa droga".


Jabłonki niewiele wyższe od koszykarza posadzone są dość gęsto, bo co 1 metr. Każda z nich obsypana jest malutkimi jabłuszkami. Pod jabłkonkami ścielą się malutkie zielone spady, czyli jabłka które nigdy nie dojrzeją. Tak wygląda sad w połowie czerwca. Ale sezon zaczyna się tutaj wczesną wiosną.



W kwietniu sad wygląda przepięknie. Małe biało-różowe kwiatki są obietnicą dorodnych jabłek we wrześniu. Kwiecień i wczesna wiosna lubią zaskakiwać przymrozkami. Jabłoni nie otula się włókniną. Sposobem na ochronę kwiatów jest... spryskanie ich wodą. Niska temperatura zamienia wodę w lód, który otula kwiaty. Kwiaty pokryte lodem nie opadają. Dzięki temu przymrozki nie muszą skończyć się klęską nieurodzaju. To było dla mnie zaskakujące, że lód chroni kwiaty.


W maju i czerwcu drzewa odciąża się strącając najsłabsze owoce. Dzięki temu te, które są na drzewie mają szansę urosnąć i pięknie się wybarwić. Wybarwianie się jest bardzo ważne. Ludzie chcą kupować jabłka jednokolorowe -- mniej chętnie sięgają po jabłka, które z jednej strony są zielone, a z drugiej czerwone. Sadownicy starają się, by wszystkie jabłka soczyście czerwone lub zielone.